niedziela, 18 sierpnia 2013

Zielone placki



Obiecałam przepis na hicior z cukinii i nie napisałam, shame on me!

Jako, że placki jakoś nie chcą się nam znudzić, dziś znowu były grane w kuchni. I nadal się nie znudziły. Tym razem były z mąką gryczaną - jako, że muszę się chwilowo pożegnać z pszenicą - i spokojnie dało radę, ciasto było odrobinę bardziej treściwe, a w smaku tak samo pyszne. No, to lecim:

2 cukinie zetrzeć (dość duże) i ok. 10 min odsączyć. W blenderze rozdrobnić (ale nie na papkę) 1 średnią cebulę, garść liści bazylii i 2 ząbki czosnku. Dodać do cukinii. Dodać pół łyżeczki ostrej papryki w proszku, 2 jajka, mąkę (6-8 łyżek, ciasto ma być w miarę płynne). Doprawić solą i pieprzem. Smażyć na patelni na dość głębokim oleju. Uwaga - lubią się rozpadać przy obracaniu! po usmażeniu odsączyć na papierze, podawać z gęstą kwaśną śmietaną. Mój Masterchef dodaje, że "dołożyć szczyptę serca" <3

A co poza tym? A, no, fajny był to weekend. Bo rodzinny, dużo czasu spędziliśmy razem. Dziś wypadła spontaniczna wycieczka do Iławy celem obejrzenia pewnego pojazdu (na razie bez szczegółów), tudzież wrzucenia psa Leeloo do lasu i do jeziora. Pies już nic a nic nie pamiętał, że wczoraj hasał. O, nie. Znów wypruła z auta i galopowała po lesie, aż dudniło. No, normalnie, jakby koń leciał! A nie 18-kilowy lisek.
Pies pięknie aportował patyki, po mistrzowsku sturlał się też z nabrzeża do wody - tak to się kończy, jak się tarzasz tuż przy wodzie...


sobota, 17 sierpnia 2013

Dobry dzień

Tak po prostu dobry. I pożytecznie spędzony. W każdym razie od momentu, jak już wstaliśmy - mnie się naprawdę ogromnie rzadko zdarza spać do 10.00...

Luby zawzięcie porządkował mieszkanie, a ja pojechałam walczyć z demonami. Czyli - u Łosia był kowal. Łoś koniem jest raczej grzecznym, dopóki ktoś nie postanawia przeprowadzić zamachu na jego życie i dobrostan. Niestety, taką sytuacją jest wizyta weterynarza i kowala. Odkąd dwa lata temu Łoś musiał mieć szyte czoło, stał się bardzo wrażliwy na swoim punkcie i z zaciętością godną Spartakusa tępiącego Rzymian (oj, chyba za dużo seriali...) walczy o siebie. A ja staram się nie pogarszać sytuacji swoją paniką. Dziś był ulubiony zestaw pana kowala, czyli Łoś, Piorun i dwie przeżywające właścicielki. Ale się udało, Łośko grzeczny, ja nie narobiłam siary ;)

Po powrocie do domu i zakupach, dostąpiłam zaszczytu w postaci obiadu spod ręki mojego prywatnego Master Chefa. Och, jakże on dziś poszalał. Makaron pełnoziarnisty, kurczak, brokuły i sos z tysiąca pyszności: suszonych pomidorów, śmietany, orzechów włoskich, czosnku, chilli i odrobiny bazylii. Kolorowe, pachnące i pyszne. Czuję się dopieszczona.
Ale na tym nie koniec. Ponieważ pies od obiadu bardzo intensywnie się na nas "paczał", ruszyliśmy za miasto w poszukiwaniu terenu do hasania. Bo pies Leeloo nie lubi się bawić, nie lubi tresury, ale za to uwielbia hasać. W samochodzie jest nieznośna, bo z tej podniety wydaje z siebie mnóstwo dźwięków, jodłuje, kwęka i jęczy, a z samochodu wypada jak na sprężynie i biega. Tak było i dziś i nawet prawie udało się wrócić suchą nogą. Łapą, znaczy się. Niestety, wracając, pies zaliczył rów z wodą, który "nagle, nie wiadomo czemu", pojawił się na łące. Typowo. Pańcio akurat odkurzył, dywan i legowisko świetnie się więc nadają do wycierania brudnych psich pleców. Lovely, dear!

No i proszę, jak niewiele potrzeba, aby dobrze spędzić dzień. Dobre jedzenie, dobry humor oraz najlepsze na świecie towarzystwo.

Na koniec kilka mignięć wieczornego spaceru.






czwartek, 15 sierpnia 2013

Polska remontem stoi czyli dzień całowania klamek

No tak. Wolny dzień, święto, Anty-Książę nie w pracy - no to trzeba nam na wycieczkę! Luby, który te strony zna lepiej niż ja i dzielnie robi mi za przewodnika (i kierowcę, bo on lubi jeździć, a ja lubię być wożona), opracował kilka pomysłów i dziś rano ustaliliśmy, że celem będzie Elbląg. Jako, że Luby w swoim życiu prawie już został archeologiem, na wykopkach i rzeczach wykopanych się zna. I zapragnął pokazać mi znaleziska, jakimi chwali się elbląskie muzeum. Żeby nie było, byliśmy przezorni, stronę internetową przejrzeliśmy wszerz i wzdłuż, informacji o tym, by dziś miało być zamknięte - brak. Ba, nawet jakąś imprezę reklamowali, tworzoną we współpracy z rzeczonym muzeum. Zatem brrrrum bum bum i w drogę.

No oczywiście, że było zamknięte! Rozkopane, rozdłubane, zamknięte i nawet karteczki z informacją. Zamknięte i już. Festynu zresztą też jakoś nie widać... Cóż robić, rzut oka na Starówkę - "Nowówkę" (bo niemal cała jest odbudowana/ zbudowana na nowo) i do znajomej nam już knajpy "Pod Aniołami" na meksykańskie jedzonko, które ciepło wspominamy.

No i nie wiem, czy to przez nasze rozgoryczenie z powodu muzeum, czy naprawdę wszystko co dobre, szybko się kończy, ale jakoś tak nas nie porwały te smaki. Ot, poprawne. Ale taką chimichangę zrobilibyśmy sami w domku, na pewno bez kładzenia jej na warstwie kulek ziemniaczanych (!). Ba, nawet salsę umiem taką zrobić. Tak więc: miło, w miarę smacznie, do nie-zobaczenia państwu.

Nie dajemy za wygraną. Let's make the most of it! Udajemy się obejrzeć Kanał Ostródzko - Elbląski, a tak konkretnie, to rozgryzać zawiłości działania mechanizmów przenoszących statki na wyższy/ niższy poziom po pochylniach. Luby na nowo ożywiony - będzie pokazywał i objaśniał!
Do pierwszej pochylni nie dojechaliśmy - remont drogi, przejazd tylko dla budowlańców, zaopatrzenia i mieszkańców. Do kolejnej dotarliśmy, ale... Okazuje się, że cały ten system jest obecnie w remoncie. Pan pilnujący radośnie oznajmia, że tak ma być jeszcze dwa lata. Ale też pozwala wejść za płot i oglądać.

Trochę kosmos - zarówno cały pomysł z przenoszeniem łodzi i stateczków na szynach przez pagórki, jak i obecny wygląd maszynerii.

Podkłady znikąd i donikąd. pordzewiałe szyny, ziejące z ziemi otwory, beton i metal, wszystko zamarłe w oczekiwaniu, aż znów pociągnie ładunek. Za to można podejrzeć to, co zazwyczaj jest gdzieś pod wodą.








Ten potwór powyżej, to platforma przewożąca statek - po prostu wehikuł sadowi się tam jak w koszyczku i powoli podróżuje pod górę lub na dół. Czy tylko mnie kojarzy się to z filmem "Fitzcarraldo"?





No cóż, bywa i tak. Pamiętajmy, ze to tylko złośliwość losowa i ze nie zawsze sobie możemy wszystko zaplanować. I nie ma co się złościć - my, wracając, stwierdziliśmy, że to był fajny dzień. Bo spędziliśmy go razem, bo uwielbiamy razem być i razem gdzieś się wypuścić - nawet razem całować te wszystkie klamki!


sobota, 10 sierpnia 2013

Bogate życie wewnętrzne



To wyrażenie doskonale mnie opisuje. Od niejednej osoby już słyszałam, że z moich snów powstałby scenariusz do etiud filmowych godnych Davida Lyncha. Albo zbiór opowiadań SF. Często myślałam o tym, że warto by gdzieś te sny zapisywać - więc czemu nie tu?
Niemal zawsze śnią mi się budynki - szkoły, hotele, fabryki, bloki. Zawsze są one dziwne, przeczą prawom fizyki, mają pełno korytarzy, zakamarków, szalone windy, ruszające się schody, nieskończoną liczbę pięter...

Dziś o trzech z nich.

Sen dzisiejszy. Zaczyna się od szaleńczego biegu przez miasto. Miasto jest czarno - białe, wszystko jest czarno - białe. Biegnę z tatą. Od niego dowiedziałam się, że jest to odtworzenie akcji powstańczej. Jakiekolwiek powstanie by to nie było. Tego się już nie dowiem. Panika, szał, przestraszeni ludzie. A ja w tym wszystkim żałuję, że... nie mam aparatu, aby to uwiecznić. Następna odsłona snu: jestem na porodówce. Przez cesarskie cięcie na świat przychodzi moje dziecko, które okazuje się... małym kotem. Dzikim. Coś w stylu geparda, może serwala, cętki ma. Jestem zdziwiona, no ale co tam, dziecko to dziecko, kochać trzeba. Spotykam moją mamę, zakochana się we wnuku. Jest dobrze, tylko wnuk rośnie i nagle nie jest już kotem, a raczej szczenięciem wilka. Noszę na rękach, choć waży coraz więcej, a ja w końcu po cesarce, boję się o szwy, brzuch boli. Nagle gruchnęła wieść: nasz świat został najechany. Trzeba uciekać. Lecę z mym szczenięciem po schodach, drabinach, pamiętam cały czas, by być lekko pochylona - może szwy nie puszczą. Schody się kończą, przechodzą w most wiszący nad przepaścią buchającą ogniem, zsuwam się po nim coraz szybciej i szybciej... aż do przebudzenia. O dziwo, jestem w Olsztynie, w moim małym M-3, brzuch boli - pęcherz wygania z wyra...

Sen ze środy. Jadę do lekarza, towarzyszy mi mój Luby i mama. Lekarz jakoś nie kwapi się do obsługi pacjentów, w garniturze wyskakuje z gabinetu i mówi, że zaraz wróci. Co się oczywiście nie dzieje. Kamil nudzi się w samochodzie, mama nerwowo drepce obok. W pewnej chwili przychodzi, mówiąc: "o, widzisz tam tę estakadę? Widzisz, jaki korek? Ci panowie z budowy mówią, że tam idzie dołem droga, która mogłaby pomóc rozładować zator. Poprosili mnie, żebym im tam pomogła". No tak, nawet panowie z budowy wiedzą, że na obliczeniach to mama się zna...

"Sen wszech czasów", jak dotąd. Chyba zeszłoroczny. Jesteśmy w pokoju. Wystrój jak z wczesnych lat 90, boazeria, paprotki, plastikowe krzesło, itp. Na środku pokoju jest regał. metalowy, przytwierdzony na stałe do podłogi i sufitu. I co się okazuje - to nie jest jakiś tam sobie regał! O, nie! Jest to ni mniej, ni więcej, tylko... wehikuł czasu! Cudowna maszyna, pozwalająca na podróże w czasie i przestrzeni. Aby w taką podróż się udać, należy biegać dookoła rzeczonego regału, zakręcając poprzez złapanie się go ręką, coraz szybciej. Jednakże, aby podróż taka była bezpieczna, musimy mieć przewodnika. Któregoś z grupy małych chłopaczków, specjalnie do tego szkolonych. Dziecko bowiem, przez swoją wrażliwość, potrafi poruszać się sprawnie pomiędzy wymiarami. Dorosły niechybnie by się zgubił.
Tak się złożyło, iż podróży w czasie zapragnął i... Jarosław Kaczyński. Pojawia się więc w pokoju, zdeterminowany. Dziwny jest to Kaczyński, lekko przezroczysty i niebieski, jak duchy z filmu "Przerażacze", jednak wiemy z całą pewnością, że to on. Zasiada na wózku inwalidzkim, zabiera ze sobą przewodnika i pędzi...

I potem się dziwię, ze budzę się zmęczona ;)

PS ilustracja do posta to oczywiście Zdzisław Beksiński

piątek, 9 sierpnia 2013

Nowa Lokalna Patriotka

Tak właśnie zwykłam siebie nazywać. A post pisany jest z okazji drugiej rocznicy przeprowadzki do Olsztyna. Czasami wydaje mi się, że minęło ze sto lat, a nie dwa. Że wszystko, co było przedtem, nie wydarzyło się naprawdę, a jedynie się śniło, bądź też ktoś mi tylko o tym opowiadał. Czasem mój mózg mnie zadziwia tym, jak sobie ze wszystkim radzi. Jak niektóre rzeczy odsuwa, spłaszcza, przeinacza - żeby tylko ułatwić sobie funkcjonowanie.

Niemniej jednak - dwa lata minęły. Na początku bardzo się buntowałam, kiedy P. zaproponował, że może jednak nie Warszawa. Potem coraz bardziej mi się ten pomysł podobał. Przecież tyle razy mówiłam, że chciałabym mieszkać na Warmii (ach, te wakacje w Mycynach), obiecywałam Łosiowi, że na stare lata będzie mieszkał na "Mazurach" (cudzysłów celowy, jako, że dla wielu Olsztyn to Mazury). No i się udało.
Początek, jak to początek - średni. Do stajni jeździłam według rozpiski w stylu "minąć traktory, skręcić w lewo, zjechać z ronda między dwoma budynkami z wieżyczką". Po osiedlu spacerowałam "po kwadratach", aby się nie zgubić między blokami. I w końcu się nauczyłam. Jak przyjeżdża do mnie mama, to mogę zaszpanować, ze tu jest ulica taka, tu owaka... Jeszcze nie jest idealnie, ale sobie radzę.

Kurczę, odżyłam tu po tej Warszawie. Mnóstwo ludzi pyta, jak mogę nie chcieć wracać. Przecież tam jest WSZYSTKO. No właśnie: wszystko na raz. Za dużo wszystkiego. Tata się zawsze śmiał, że jestem wiejska baba z miasta. Źle mi w tłumie. Źle mi w korkach, stresie, presji (oj, presję to ja bardzo źle znoszę). Jak sobie przypomnę ludzi biegnących rano przejściem podziemnym pod Metrem Centrum... Czułam się tam zawsze jak mały Simba pomiędzy gnu pędzącymi wąwozem. A tu? Tu się jeździ wolniej, chodzi wolniej (na początku się wściekałam, że się ludzie wloką chodnikiem; okazało się, że to ja tak gnałam). To jest moje tempo życia, moja wielkość miasta. To jestem w stanie ogarnąć, to nie powoduje paniki. Tu się nie duszę. Tu żyję.

Żeby nie było - czasem tęsknię. Najbardziej za bliskimi. Przecież ja tam wszystkich zostawiłam. Rodzinę, przyjaciół, Siostrę (dla niewtajemniczonych: Siostra jest siostrą nie z urodzenia, a z wyboru; założę się, że rodzona nie byłaby w połowie tak wspaniała i kochana)... Za nimi tęsknię. Staramy się spotykać, jak jest okazja. Dzwonimy, piszemy. Taki związek na odległość :)
No i knajp mi brakuje. W lipcu tata zabrał nas na wieczorną wyżerkę i na spacer po centrum - i przy jednej stołecznej ulicy było więcej knajp niż w całym Olsztynie... W takich momentach nieco żal. Ale to tylko 200km, co to dla nas.


czwartek, 8 sierpnia 2013

Podróże kulinarne

No tak. Zazwyczaj, jadąc na wakacje, myśli się o tym, co się zobaczy. I oczywiście, o tym TEŻ myślę. Ale łapię się na tym, że w pierwszej kolejności jest to coś w stylu "ooooh, gooodie, now what are we gonna eat...?". No cóż ja poradzę. Do Lizbony lata się na miecznika i ten ich śmieszny ser, ni to biały, ni to żółty. Do Barcy na czarną paellę. do Paryża na uliczne naleśniki i mule u Leona. Nawet jak jedziemy do Warszawy, mój kochany tatuś, który mnie dobrze zna, zawsze zaplanuje jakieś jedzeniowe wyprawy.

Zatem - Suwalszczyzna. Nasze tegoroczne małe wakacje. Że tereny piękne, to jedno. Aj, mieć tam domek, drewniany taki... Warmia piękna, ale tam - to dopiero jest pięknie! I do tego ta lokalna kuchnia (no, choć przyznam, że po kilku dniach marzy się o czymś lżejszym). Jakby ktoś był w okolicach Suwałk, polecam bar Wigraszek w Bryzglu (taaa, jeśli chodzi o nazwy miejscowości, też możemy ze sobą konkurować...). Zaszaleliśmy i zamówiliśmy widoczny powyżej "półmisek regionalny". Babka ziemniaczana (nie podołaliśmy; Lilaczek kończył); soczewiak - pierwszy raz jadłam, jak na moje podniebienie, jest to pieróg z ciasta drożdżowego, smażony w głębokim tłuszczu, nadziany soczewicą i cebulą; no i kartacze. Te ostatnie jeszcze dwa dni później powtórzyliśmy. Jejuśku, jakie smaki... Zwracam też uwagę na dość ciekawe garni ;)

Zawsze staram się, będąc gdzieś, próbować lokalnej kuchni. Bo kuchnia jest częścią kultury. Podróżując z tatą, lubiliśmy zawsze znaleźć knajpkę taką mniej dla turystów, bardziej dla lokalesów. Jak ta w Lizbonie, z panią rozpartą swoją wielką rufą na małym stołeczku i dzieciakiem rzucającym kauczukową piłką. Wystrój dziwny, klimat dziwny, za to ryba - marzenie!
O, albo podjadanie na ulicy. Jak te kulki kij-wie-z-czego w Kuala Lumpur. Pan wyjmował szaszłyka z torebki, maczał w piekielnie ostrym sosie i voila, można szamać.

A propos jedzenia na ulicy, to Olsztynianom polecam pojawiającą się u nas ciężaróweczkę z burgerami - Wartburger. Naprawdę, chyba najlepsze uliczne hamburgery, jakie ostatnio jedliśmy. Buła w łapkę i można jeść na pomoście :D


Siłaczka - reaktywacja

Ponoć to bardzo typowe dla osób spod znaku bliźniąt - zacząć coś nowego i zaraz porzucić na rzecz innych ciekawych rzeczy. Tak naprawdę nie wiem, czemu porzuciłam "Siłaczkę"; może to faktycznie był słomiany zapał, może po prostu wtedy przestałam jej potrzebować... Bardzo dużo działo się w moim życiu w tamtym czasie, musiałam nauczyć się żyć na nowo, musiałam się niejako zmusić, aby to wszystko ciągnąć. I póki "Siłaczka" mi w tym pomagała, to była. Potem zajęłam się innymi sprawami i jakoś tak wyszło.

A teraz mamy sezon ogórkowy, czasu więcej, życie chyba wróciło do normy. I zatęskniłam za moją "Siłaczką", za pisaniem. Zobaczymy, czy i jak długo Pani-Typowy-Bliźniak pociągnie :)

Przez ten ponad rok wiele się zmieniło. Zresztą, co ja mówię, przez ostatnie 3 lata moje życie zmienia się ciągle i czasem drastycznie. Dla osoby, która z natury nie lubi zmian, jest to nie lada wyzwanie - sprostać i nadążyć. A zatem - mały update:

- niosę oświaty kaganiec już w dwóch lokalnych szkołach językowych. Jest nieźle, nadal nie marzę o żadnej innej pracy.
- nareszcie udało mi się kupić DOBRY samochód (a już zwątpiłam)
- w moim życiu pojawił się Książę z Bajki, a może raczej Anty-Książę, bo sam twierdzi, że księciem z bajki nigdy nie będzie. Zdecydowanie najważniejsze, co się wydarzyło. Co pozwoliło mi odzyskać radość życia i nie zwariować.
- znowu jestem szczęśliwa. Niesamowite.
- lubię niebieski ser pleśniowy. Również nie do wiary :D
- odzwyczajam się od cukru. Jest ciężko, chyba jednak byłam uzależniona...

Co wspanialsze, mój Anty-Książę gotuje! I to jak! Aż czasem się zastanawiam, czy aby na pewno JA umiem gotować. Czasem nie wpuszcza mnie do kuchni. To znaczy - nie dosłownie, ale nic nie pozwala zrobić. Włoskie makarony, zupy, sałatki, placki, kartacze - no wszystko! Mam nadzieję, ze pozwoli mi się czasem podzielić i swoim przepisem.

Lato, lato! Na co sezon w Waszej kuchni? Ulubione owoce i warzywa sezonowe? U mnie zdecydowanie czereśnie (czemuż, ach, czemuż są tak krótko???) i cukinia. Pod każdą postacią. Zapewne wkrótce załączę przepis na zielone placki, bo są u nas obecnie hitem.

No dobra, nie wszystko na raz. Myślę, że na post reaktywacyjny wystarczy. i myślę, że się będzie ta "Siłaczka" jakoś toczyć. Mniej lub bardziej intensywnie. Będzie o jedzeniu, ale nie tylko - ot, o życiu, o tym, jak się nie dać, jak szukać małych szczęść i drobnych przyjemności. Zapraszam - więcej wkrótce :)