poniedziałek, 22 stycznia 2018

Miesiąc piernikowego nosa

Miesiąc z Luśką. Już! Miesiąc to już sporo czasu na zapoznanie się, ale i tak wciąż tak wiele do odkrycia.

Udała nam się piesa. Jest wspaniała do dzieci, w kilka dni po adopcji przeżyła nalot znajomych z przychówkiem, szarpnięcie za ogon przez roczniaka i próbę wydojenia (!) przez czterolatkę. Ani mruknęła.
Jest małą wariatką i iskierką, jej ogonek żyje własnym życiem, machając w poziomie, pionie i kręcąc młynka. Śmigiełko.
Jest we mnie zakochana. Mam oto drugą córeczkę z tzw. mamozą. Tylko mama i mama. Chodzi wszędzie jak cień. Wpatrzona jak w obrazek.
Jest pieszczochem nie z tej ziemi, spragnionym miłości bardziej niż jedzenia. Jak to było... Psy składają się z miłości i merdającego ogonka.
Ma swoje za uszami. Próbuje pożreć wszelkie inne psy, jakby była co najmniej rottweilerem. Zdecydowanie ma myśliwską krew w swoich rudych żyłkach, nos pracuje non stop, ogonek poziomuje się, a łapka podnosi, kiedy coś ciekawego pojawi się/ zapachnie na horyzoncie.
Potrafi też być stanowcza i bronić swego. Wie już o tym Lilacz i jego lewe ucho. Dziura na wylot. kara za kradzież jedzenia.

O, Lusia jest też psem, który się uśmiecha. Rano wita mnie taki oto gremlin, ze zmrużonymi oczami i szerokim uśmiechem na paszczy. Jak tu nie kochać?

niedziela, 31 grudnia 2017

Czas podsumowań

No i już. Tyle. Koniec. Chyba niestety rację miał mój tata, ze kiedy dorastamy, kolejne lata wygladają już jak migające przed oczami "zielone - białe - zielone - białe...". Dopiero co byl Sylwester, a dziś kolejny. Kolejny taki, jak to u nas. Nie szalejemy, nie imprezujemy. Niańczymy psa. Lilacz znosi wystrzały bardzo źle, nie zostawiłabym jej w tę noc samej w domu, nawet po sedacji. luśka to na razie nasza mała terra incognita, nie mamy pojęcia, czego się spodziewać. Na spacerach na dalekie wystrzały reaguje dobrze. Ale nie zaryzykuję. I tak nie odczuwam potrzeby pójścia na zabawę. Będzie film i szampan 0%. nuda ;)

Koniec roku zwykle skłania do podsumowań. Co zrealizowaliśmy, czego nie, co było warte, a co niewarte zachodu... Jak to było ze mną?

Porażka roku : budowa domu. Tyle lat czekania. Tyle papierów. Tyle nerwów. Tyle razy powiedziane "za rok już będziemy w domu" (na święta, na wakacje, na wiosnę) i co też wtedy zrealizujemy. A w wakacje, odbiwszy się po raz kolejny od sciany, skapitulowaliśmy. Dość. To przestało być marzeniem, to zaczęło być walką. Nierówną.

ALE. Za to mamy nasze przepiękne mieszkanie, w którym czujemy się jak ryba w wodzie. Wreszcie mieliśmy święta na nowym, wreszcie odetchnęliśmy i urządziliśmy się tak, jak chcieliśmy.

 Drugą najważniejszą rzeczą, jest z pewnością adopcja Luśki. Minął tydzień i jesteśmy bardzo zadowoleni z wyboru. Jest słodka, kochana, wdzięczna i zabawna. I wcale jakoś mocno nie odczuliśmy różnicy między jednym a dwoma psami.

Trzecią ważną sprawą, jest przedszkole Kaliny. Super decyzja, dobra placówka, niesamowity rozwój córu.

Czwarta - podróż do Wiednia. 5 dni, a przeżyć jak z miesiąca. niesamowity kop energetyczny, niesamowity klimat, powiew świeżości, ucieczka do innego świata. Ach!

A poza tym: jest stabilnie. Są plusy, są minusy, ale jest stabilnie. Praca jest, zdrowie jest, nikt nie umarł. I mnie to wystarczy.

Nie robię planów. Mam nadzieje i marzenia. Że nadal będzie co najmniej tak dobrze, jak jest. Że będziemy zdrowi. Że zostanę jeszcze raz ciocią. To chyba moje największe pragnienie na ten nowy rok. Ściskam kciuki do białości.

Wam, kochani, życzę tego samego: żeby nie było gorzej i żeby była nadzieja i marzenia.

wtorek, 26 grudnia 2017

Gwiazdkowo

Jestem w rozpaczy. Tyle czekania, łapanie na siłę nastroju, no i znowu po świętach...

Było cudownie, jak zawsze. Choć przez ten pośpiech nieco za nerwowo. Jak nie u nas, jak u typowego Polaka ;)

Wigilie na 3 osoby mają tę zaletę, że jemy tylko to, co lubimy i więcej nie szykujemy. Że zaczynamy, kiedy jesteśmy po prostu gotowi.

pierwsze święta w wyczekanym nowym domu!!! Jej, jak myśmy o tym marzyli... W naszym pięknym salonie, przy naszej pięknej nowej choince, przy dźwiękach Mazowsza z winylowej płyty...  Wyśmienity barszcz, kopa sałatki i śledzie - i już człowiek najedzony. Kompot z suszu, wyborny.

Mieszkanie na czwartym piętrze ma swoje zalety. Kalinka i tata poszli wyglądać Mikołaja, a "mikołaj" miał(a) czas wrzucić to i owo pod choinkę. A było co wrzucać. Miało być skromnie, bo kupno mieszkania, a... wyszło jak zawsze. Gwiazdą wieczoru było Kaliny wymarzone "pink auto". jeździła w nim po domu a dziś nawet pogoda pozwoliła na dziewiczy rejs po dworze. może nas pogięło, auto w bloku... Ale ten uśmiech był tego wart...

Rodzice też wzbogacili się o masę rzeczy, w tym kilka winyli. Ja dostałam Samaela z limitowanej edycji, no szok w krótkich spodenkach...

Wczoraj zawitali do nas teściowie z prawdziwą drewnianą kuchnią dla Kaliny. Przepiękną. chyba jednak grzeczna ta córu była. Albo dobrze udawała. Nie wnikam. Było cudownie. Kocham moją rodzinę, kocham mój nowy dom i kocham święta.







Mam nadzieję, że u Was było co najmniej tak samo pięknie!!!

Święta, czas na radosną nowinę

Nieee, to nie to, co myślicie. A skąd wiem, co myślicie? bo już tyle osób mi ciążę wmawia, tyle dopytuje o drugie, że po prostu wiem ;)

Chociaż... Poniekąd macie rację. bo nasza rodzina właśnie się powiększyła.

Może to szaleństwo, może to pod wpływem świąt, ale... Postanowiliśmy podarować dom, miłość i lepsze życie jeszcze jednej niekochanej istotce. Oczarował mnie psiak z ogłoszenia. Męczyłam, męczyłam, aż wymęczyłam męża. A tu się okazało, że nie dla nas on. Spuściłam nos na kwintę, a mój najwspanialszy z mężów... przysłał mi zdjęcie podwójnej smyczy z zapytaniem "to kiedy jedziemy do schroniska...?". Kochany. Ma dobre serce.

I tak od słów do czynów, dzień przed wigilią zamieszkała z nami Luśka. Około 2-3 letni mieszaniec, dam sobie głowę uciąć, że z beaglem. Budowa, krok, pozy, podniesiona po myśliwsku łapka i zamiłowanie do węszenia. Z profilu jak Snupek. Nawet pachnie zupełnie jak Snupek. Reinkarnacja istnieje!!!

W odróżnieniu od Lilacza, panna odważna, żwawa, przylepna aż do bólu, z parciem na szkło, poczuła się pewnie już na drugi dzień.

Czeka nas trochę pracy. Luśka kocha kanapę i łóżko, mimo barykad, jakimś cudem przespała się na poduszkach. Trochę skacze z radosci na człowieka. Troche wymusza głaskanie. No nic, będziemy rzeźbić.

Ze starszą zaskakująco dobrze, na razie bez większych zgrzytów.

O, taka jest śliczna kluska, rudo - biszkoptowa z różowym nosem, jak twierdzi Kalina.

cieszymy się, że nie marznie już w boksie schroniskowym. A moje wiecznie spragnione miłości serce ma więcej duszyczek do kochania.



środa, 20 grudnia 2017

Ruszyła świąteczna maszyna kuchenna, ospale...

Czy ja już pisałam, że jakoś w tym roku brakuje czasu...?
Dawniej śledzie marynowały się i na 10 dni przed, farsze do uszek pomrożone czekały na swój dzień, a teraz...? Teraz ledwo zakupy zrobione, a i nie wszystkie. Dziecko od tygodnia z gilem w domu, mąż po pracy nie wie, jak się nazywa, ja zajechana przez dziecko, które zostawszy w domu nie ma co zrobić z energią...

Dziś uznałam, że już mus i nawet histerie dziedziczki mnie nie powstrzymały. W odówce maceruje sie mój ukochany śledź w powidłach, a w misce piętrzą się pierniczki. W tym roku Kalina mega zaangażowana, od ugniatania ciasta, przez trzepanie jajek z miodem, po wałkowanie i wycinanie. Na koniec pożarła ogromnego, jak dla niej, piernikowego ludka i zatwierdziła produkt. Trochę oszczędne te pierniki, dwa jajka zamiast trzech (tyle miałam), cukru też niepełna porcja... Będą zdrowsze.

Odkrylam na YouTube piękne kolędy beskidzkie, grały mi do pierniczków, a ja śpiewałam i płakałam (kolędy mnie wyjątkowo wzruszają). Kalina wtórowała mi... "Twinkle twinkle little star". Ma swój świat, to na pewno.

Już ostatnia prosta. Zostały cztery adwentowe domki! Idę łapać nastrój, bo zaraz będzie po świętach...


niedziela, 17 grudnia 2017

I znowu idą święta

No i mamy tydzień do Wigilii! Tydzień!!!!! Jak to???

Zapracowany ten koniec roku jak dawno. Nic czasu, nic sił, nic nastroju... Ale się staramy.

Kolejny już nasz jarmark bożonarodzeniowy. Kalina coraz większa i bardziej kumata, coraz fajniej to przeżywa. Szkoda tylko, ze z przedszkola wrócił z nią katar i na jarmark wyskoczylismy na moment, w ramach codziennego wietrzenia. Dobre i to. Zjedliśmy wspaniały obiad w Filmowej (uwielbiamy to miejsce, mimo, że pamięta lepsze czasy, ale pamięta też naszą pierwszą randkę i to jest najważniejsze) - polecam pierogi i zupę krem z białych warzyw, no mega!

I na dwór. Pamiętacie balon Maszę z zeszłego roku? W tym mieszka z nami Minionek. Najdrozszy balon ever, no ale czego się nie robi dla dziecka...
Dekoracje świetlne nie zawiodły, zapach grzańca i bigosu cudownie drapał w nosie, grano kolędy, był teatrzyk... Olsztyńskie centrum pięknie oświetlone, pięknie...



Ale to nie koniec. W domu czekała na nas gwiazda wieczoru. Choinka!!! Nowy dom, nowe życie, nowa choinka. Szarpnęliśmy się na bombki. Szklane, ręcznie robione, z oczkiem, jak z dzieciństwa. Nie żałujemy. Jest wspaniała.


I dziś już było świątecznie. Przyjechał mój Drugi Tata, zjedliśmy obiad przy choince i dźwiękach kolęd z winylowej płyty. Pogadaliśmy i posmialismy się. Było cudownie i ten jeden obiad obudził we mnie ducha świąt. Jak to dobrze, że mam przy sobie takich ludzi... 

piątek, 1 grudnia 2017

Kalendarz adwentowy i śnieg, czyli hej, grudzień!

No i jest, jest! Grudzień, magiczny, cudny. Zaczął sie najlepiej, jak mógł - spadł śnieg! Zaczął padać już wczoraj i padał całą noc. Rano wyjrzałam przez moje ulubione okrągłe okno i aż westchnęłam z zachwytu:

Mój zachwyt trochę oklapł, kiedy przyszło do odśnieżania auta z gruuuubej warstwy bynajmniej nie puchu, a lepiącego, cieżkiego tworu, spiesząc się do przedszkola. Ale co tam. Po porzuceniu potomkini udałam się do stajni, a tam jak w bajce (do tego stopnia, że napęd 4x4 poszedł w ruch...), nawet druty pastucha elektrycznego w białej szacie, mokra cisza i podekscytowane konie. Ba, nawet mój emeryt kulapeta pozwolił sobie na galopady i podskubywanie młodszych kolegów. Serce rośnie, jak na niego patrzę. Jak sobie dzielnie radzi... Pożarł przywiezione marchewki, pietruszki i buraczka, i poleciał dalej być koniem.

Dziś też ważny dzień w gwiazdkowej edukacji Kalinki. Dostała list od Mikołaja. Tak tak, OD. Swój już wysłała, a teraz dostała odpowiedź. Wszystko dzięki Elfi (znajdziecie w sieci), pięknie wydany list w czerwonej kopercie, pocztówka, naklejka... A czeka jeszcze wideo, w którym Mikołaj pokazuje swój warsztat, w tym prezent dla Kaliny, zwracając się do niej po imieniu... My z Anty-Księciem się wzruszyliśmy oglądając, a Kalina to chyba padnie. Kto jeszcze nie zna Elfi, to marsz na stronę!
Ponadto, Kalina dostała swój pierwszy kalendarz adwentowy. Już zostałam pouczona, ze adwent to od niedzieli, no ale nasz świecki "adwent" od dziś.
Jak byłam mała, nie było mody na takie rozbudowane kalendarze. Były jakieś tam liche czekoladowe i już. Jedna koleżanka z klasy miała taki z przegródkami, w które rodzice wkładali słodycze i małe zabawki. Ale to była kompletna egzotyka.
Mnie tata przywoził kalendarze z Niemiec. Też czekoladowe, ale jakie! Zupełnie inne od polskich. Przepięknie ilustrowane, z kolorowanką lub wycinanką z tyłu. A i czekoladki wyjątkowe - misternie odlane i przepyszne. Do dziś pamiętam.
(zdjęcie starych kalendarzy pożyczone z internetu)

Kalendarz Kaliny jest na wypasie. 24 śliczne, biało - czerwone tekturowe domki z Ikei, a w każdym skarb. Jej ulubione figurki smoków do kolekcji, lale w czapkach zwierząt, małe zwierzaczki, drewniane ozdóbki na choinkę, gumki i spinki do włosów. Mam z tego co najmniej taką samą radość jak ona. Cudownie obserwuje się świecące ze szczęścia oczy swojego dziecka...

A u Was, były i/lub są kalendarze adwentowe?