piątek, 21 lipca 2017

Warszawa zdobyta. Nowa wakacyjna tradycja.

nie każda tradycja musi być stara jak świat. Niektóre dopiero się rodzą. Nasza narodziła się rok temu i zamierzamy ją kontynuować. My, czyli mama, ja i córu (no, dopóki będzie chciała, pewnie jako nastolatka zbojkotuje). A mianowicie - tydzień wakacji w Warszawie. Mała namiastka spędzania czasu z mamą. Babskie poranki i wieczory. Nadrabianie zaległości towarzyskich. I kulinarnych :).

To był bardzo intensywny tydzień. Nie wszystko zdążyłam. Mokotów czeka na sierpień, kiedy to wpadniemy na chwilę w ramach "międzylądowania" w dalszej podróży.

Ale wiele zdążyłam. Zaczęłyśmy od grubszego szopingu. I tak lało. Dziecko obkupione, bo zdolna matka zapakowała całą torbę ubrań, pominąwszy... tiszerty. Poza tym kalosze, adidasy, lody i sporo czasu w kąciku zabaw. Jak to z Kaliną.

Poniedziałek to był dopiero dzień. Porwałam się na zlot. Zlot dziewczyn z przychówkiem, źródło znajomości - forum jeździeckie. Czyste szaleństwo. 8 bab, 13 dzieci, istny koniec świata. Ale było fantastycznie, intensywnie, dziecko pokazało sie z najgorszej strony - przegrzała się tak, ze skończyło się na ryku. Kilka razy. Przechwaliłam ją :p
Wtorek znów przywitał nas ulewą, nawiedziłyśmy więc lokalną salę zabaw. W półtorej godziny zlatałam się gorzej niż na jakimkolwiek aerobiku czy "skalpelu" w życiu, za to młoda wybiegana bardzo skutecznie. Babcia też. Obie mi padły po obiedzie.
Potem trzeba było odsapnąć, środę przeznaczyłam na pielęgnowanie przyjaźni. Rano spotkanie z moją przyjaciółką Ewą, ostatnie takie na luzie, zanim pojawi się jej potomek. A wieczorem moja kochana, najlepsza na świecie Sis, paczka żelków jak za dawnych czasów, choć żadna z nas nie powinna, i ploty. Brakuje mi tego, boże, jak mi brakuje...

Czwartek pod znakiem takim samym jak środa. Tylko pielęgnacja jeszcze dawniejszej znajomości. Pierwsze od chyba 7 lat spotkanie z moją niegdyś najlepszą przyjaciółką, Moniką. Możecie ją pamiętać z wpisu o wakacjach z dawnych lat. Oj, pozmieniało się, jesteśmy teraz totalne różne, na różnych etapach w życiu, w różnych bajkach, tak naprawdę... A jednak nadal sporo łączy.
Przy okazji, Kalina zaznała jazdy tramwajem i wybawiła się w fantastycznym kąciku (ba, KĄCIE) zabaw w kawiarni Pompon. Polecam serdecznie, naprawdę zacne miejsce dla dzieciaków.

Upalny piątek to czas dla rodziny i działking u moich dziadków. Kalina coraz bardziej ucywilizowana, więc pradziadkowie zadowoleni z jakiejś tam formy kontaktu. Pies wybiegany, dziecko wybiegane, my popasione ciastem, herbatą i sokiem. Zielono, trochę magicznie, trochę jak w Tajemniczym Ogrodzie (choć tam chyba nie było miliona krzaków pomidorów...)
Sobota pod znakiem zoo. To niesamowite, ale moja przyjaciółka Asia potrafiła wraz z rodzinką zebrać się z Piotrkowa i przyjechać do nas specjalnie po to, by spotkać się w zoo! Piszemy do siebie listy od kilkunastu lat. Znamy się lepiej niż z niejedną osobą na żywo. "Razem" byłyśmy w ciąży i doświadczałyśmy macierzyństwa. I nas to ze sobą bardzo związało.
Zoo jak zawsze dało radę, Kalina wreszcie dość kumata, aby je docenić, a kolega Maciek nawet na koniec się rozruszał i trochę pogadali, razem zjedli michę placków i pograli w piłkę.




wieczorem pożegnalna kolacja na Starym Żoliborzu i w niedzielę do domu, odwiedzając jeszcze po drodze siostrę męża mego z mężem i malutkim bobkiem. Żal, ze trzeba wracać.

Na koniec jeszcze Kalina z dziadkami. Jak oni są, to ja mogę nie istnieć :)


czwartek, 29 czerwca 2017

Dziecko - update kolejny

Kochani! Mało mnie tu, wiem. Dzieje się sporo, ale nie ma jak pisać. Straciłam komputer, to raz. Dziecko zazdrośnie nie daje klikać w klawiaturę, to dwa. Proza życie mnie trochę przygniotła, to trzy. I mamy nędzny wynik jednego posta na miesiąc...

Dziś o młodej. Młoda za miesiąc kończy trzy lata... serio? Już trzy?!

Młoda już dawno nie jest bobasem. Jest prawie dorosła - duża mała, jak sama o sobie mówi. Ma charakter, jest stanowcza, pyskata, przemądrzała, ale jest też marudą. Ciężkie to życie z nią czasami.

Rozgadała się wreszcie fest. Nie zadaje miliona pytań, co prawda, bo ona z tych, co nie pytają, ona z tych, co znają odpowiedź na wszystko. Po tatusiu :) Wszystko wyjaśni, "bo", "bo inaczej" i "przecież" to jedne z częściej używanych fraz.
Nauczyła się sporo po angielsku z bajek i uroczo miesza - będę miała pink auto/ gdzie jest moja lala werewolf. Piosenek zna chyba więcej po angielsku niż po polsku, ale nadrabiamy. Umie już o ogórku, o dzikim dziku, o myciu zębów i coś tam pewnie jeszcze.

Jest niezwykle towarzyska i społeczna wśród dzieci, każdego chce łapać za rękę, z każdym się pobawi - nieważne, czy ten ktoś ma 9 miesięcy, czy 9 lat. Lepiej dogaduje się z chłopakami, może też dlatego, że dziewczynki na naszym podwórku to jakieś rozpuszczone wredoty głównie... Ma nawet swojego ukochanego, Tomka. Taki sam czort jak ona, na równi się biją i tulają, ale generalnie jest sztama. Naszego tatusia Tomek również oswoił i woła do niego per "tato" (typu z balkonu "tataaaaa! Gdzie Kalina!". Jaja jak cepeliny.

Nareszcie udało się pożegnać pieluchy, są tylko na noc.

Jeździ na rowerku biegowym. Jak szatan.

Sama się rozbiera i próbuje ubierać.

Uwielbia chodzić na zakupy - "do kiepu". I bawić się w sklep. Do niedawna wszystko sprzedawała po dwa, obecnie po dwanaście. Niezła podwyżka. Dobra Zmiana by się nie powstydziła.

Bardzo lubi motyw Halloween, każe sobie puszczać piosenki, bawić się w zombie i duchy. Moja krew!

A taka jest śliczna:

piątek, 26 maja 2017

Mamusiowy Dzień

I znowu jest Dzień Matki. Mój trzeci. Mojej mamy trzydziesty trzeci.

Moja mama jest prze-wspaniała. To już wiecie. Ale tak naprawdę, dopiero odkąd sama jestem mamą, doceniam ją w 100%. Bo wiadomo - jak się jest małym, to pewne rzeczy traktuje się jako oczywistą oczywistość, należą się jak psu buda i już. Przywilej wieku. Jak się jest nastolatką, to pewne rzeczy wkurzają, przeszkadzają, burzą, każą fukać, prychać i odrzucać. Przywilej wieku. A potem rodzisz dziecko i nagle... O, mamuniu, jaka Ty byłaś dzielna! Jak Ty to wszystko zniosłaś, tyle lat? Już wiem, jak to jest spa c jak zając pod miedzą, słysząc każde stęknięcie i zrywając się na każde zakwilenie. Jak to jest tarabanić się do sklepów, autobusów z wózkiem i siatami, kolędować po urzędach i lekarzach z dzieckiem pod pachą, siwieć ze stresu ilekroć małe zachoruje, przewróci się, spadnie z drabinek. Pękać z dumy z każdego małego i dużego sukcesu. Kochać tak obłędnie i bezbrzeżnie, że zapiera dech i czasem si e zastanawiasz, czy tyle miłości udźwigniesz.

Mami - masz mój dozgonny "szacun"!

piątek, 28 kwietnia 2017

Kwiecień - plecień

Milczę, milczę... Kwiecień poprzeplatał nam nie tylko pogodę (głównie przeplata ohydną na zmianę z koszmarną...), ale i zdarzenia wszelakie. Albo nie mam kiedy, albo nie mam siły pisać...

Tak więc, stęsknieni Czytacze, przegląd miesiąca!

Zmagań z budowlaną papierologią ciąg dalszy. Na razie lakonicznie i nie zapeszając. Mam nadzieję, ze już wkrótce będą relacje z placu budowy!

Święta były. Uwielbiam święta wśród mojej rodziny. Mimo pogody, mimo ciasnoty Dziadkowego mieszkanka, mimo hałasu - a może właśnie za to...? Za moich rodziców stających na głowie, zajmując się wnuczką. Za moich dziadków, którzy przyszykowali chlebowego baranka i podpisali go specjalnie dla młodej - "Kijanka". Za nieśmiałe, czułe gesty w stronę prawnuczki - delikatne smyranie po włosach, ucałowanie rączki. Za tonę jajek, których potem nie da rady przejeść. Za jedyne w swoim rodzaju zdjęcie, na którym są aż cztery pokolenia, siedzące na tapczanie - meblościance sprzed pół wieku...


Kwiecień to też ważna decyzja, hmm, transportowa - udało mi się namówić małża na zmianę fotelika, w jakim podróżuje Kijanka. I dzieki temu, skorzysta jeszcze przez, mam nadzieję, jakieś dwa lata z najbezpieczniejszej opcji jazdy tyłem. Królowa sama sobie wybrała fotel (no, kolor wybrała, ale nie od dziś wiadomo, ze dla kobiety kolor w samochodzie liczy się najbardziej...), a ja czuję, że dzięki temu zadbałam o mój skarb jeszcze lepiej.
No i kwiecień to mega wydarzenie muzyczne. Doczekaliśmy wreszcie i zakupione jeszcze w grudniu bilety na Ghost stały się ciałem! Co to był za koncert... Chyba rzucili na mnie jakiś swój diabelski czar, bo dobry tydzień wychodziłam ze stanu jakiegoś, nie wiem, upojenia, przestawiałam się na szarą rzeczywistość. Był to zdecydowanie najlepszy koncert, na jakim byłam. Mocny, energetyczny, świetnie zagrany, doskonale zaśpiewany (a wiemy, jak wokal lubi dać po tyłach na żywo...), świetny show, świetne poczucie humoru frontmana, a do dziś nam obojgu nic innego nie gra pod kopułą, jak kolejne ich utwory. Magia, (nie)czysta magia!
Taki to był ten mój kwiecień... Cudowny.

niedziela, 12 marca 2017

O tym, jak oszukiwać dziecko dla dobra ogółu.

Źli jesteśmy. Zła matka, zły ojciec i źli dziadkowie.

Oszukujemy niewinne, dwuletnie dziecko...

Pewnie wszyscy rodzice czasem muszą. Jak byłam mała, bałam się bardzo Blaszanego Drwala z dobranocki o Czarnoksiężniku z Oz. I kiedy zasiedzieliśmy się gdzieś i wracajac zaczynałam panikować, że nie zdążymy na bajkę... rodzice mówili "no tak, ale dziś jest o blaszanym ludziku!", na co ja "aaa, to nie chcę". Wilk syty i owca cała.

Nam się zdarza mówić, ze idę do pracy, kiedy jadę sama do stajni. Inaczej młoda koniecznie też by chciała i wtedy nic bym nie zrobiła, ani nie wyczyściła Łosia, ani nie wsiadła. Więc, póki nie kuma, ze jest weekend... jadę "do pracy".

I dziś pojechałam "do pracy" z tatą. mąż i mama zostali z młodą. Było cudnie, ale ja nie o tym.

Wracamy, rozmawiamy. Mama pyta, jak było "w pracy", tata odpowiada.
- I jak było w pracy?
- Fajnie. Praca popracowana.
- I jak... eee... biurko? Wyczyszczone?
- Wyczyszczone, bo bardzo było ubłocone. I inne... eee... biurka... też stały takie brudne tam za płotem...
- I Kaja narzuciła na biurko, eee, obrusik?

Poziom absurdu niebywały, ja wymiękłam przy biurkach stojących na pastwisku...

piątek, 10 marca 2017

To już pięć lat...

Mija pięć lat, odkąd nie ma Pi. Pamiętam, jakby to było dopiero co. Pamiętam, jak 8 marca jeszcze na mnie nawarczał, że mam przyjąć czekoladki na Dzień Kobiet, a ja pomyślałam, że może nie jest aż tak źle. Było. Gdybym to ja wiedziała, że zostały nam trzy dni...

Nie zrozumcie mnie źle, ale...ja staram się za dużo nie myśleć. Nie analizować. Nie rozważać, co by było, gdyby. Bo na pewno byłoby zupełnie inaczej, byłabym w innym miejscu, w innym czasie, w innym życiu. Za dużo myślenia może w takiej sytuacji doprowadzić do szaleństwa. Wiem, że są ludzie, którzy krzywo patrzą, kiedy osoba po takiej tragedii na nowo układa sobie życie. Szybko. Bo ja szybko sobie je ułożyłam. Ale myślę - ba, ja to wiem - że nic lepszego nie mogło mi się przytrafić i że mój cudowny Anty-Książę mnie uratował przed utonięciem. I myślę, że tam, gdzie Pi teraz jest, patrzy i jest zadowolony, że dałam radę i żyję dalej.
Bo, co by nie mówić, Pi miał swoje za uszami (a raczej za uchem - kto znał, ten wie), ale przede wszystkim był niesamowicie dobrym człowiekiem. Ciepłym, serdecznym, pomocnym. Przyjacielem wszystkich. Nie dało się go nie lubić. I on wszystkich lubił. Sam twierdził, ze jest nudny i nieciekawy, a jego głos mógłby czytać dzieciom bajki, bo na bank by usnęły. Ale to chyba nie tak. A głos miał fantastyczny i wspaniale się go słuchało.

Znowu w marcu smutno i tylko nadchodząca wiosna człowieka ciągnie na powierzchnię.

Wspominam Pi i, jak zawsze, myślę, że to dzięki niemu jestem kim jestem, i gdzie jestem.

A w tym roku chciałabym jeszcze podziękować mojemu mężowi, że się wtedy pojawił i że moja historia nigdy nie była dla niego problemem.

I chciałabym podziękować ludziom, których poznałam dzięki Pi, a którzy nadal o mnie trochę pamiętają i się do mnie przyznają: przede wszystkim Drugiemu Tacie aka Dziadzio Ajziej, a także Michałowi, Wojtkowi, Mai i Makarowi z rodziną. To ogromnie wiele dla mnie znaczy.

poniedziałek, 6 marca 2017

Bo akwarium nie lubi próżni

- Dość mam tych rybek, ciągle coś!
- Do przeprowadzki nic nowego nie kupimy, no, może roślinki.
I tym podobne deklaracje. Cóż, ostatnio coś nie mieliśmy szczęścia do rybek. Tytus żył nam ponad 1,5 roku, glonojad Odo ma ze dwa i jest twardy. Ale ławicę neonków wykosiła jakaś choroba (zapewne już ze sklepu) z wysypką, a ławicę gupików wykosił chyba... Odo, bo bardzo szybko zniknęły, a jakichś nadgryzionych trupków znaleźliśmy może ze dwa-trzy...

I miało nie być niczego, jak u polityka w swetrze ;)

Ale jak to mój mąż - wszedł z dzieckiem "tylko pooglądać", a wyszedł z roślinkami i... dwiema złotymi rybkami, tzw. welonami. Dziecko wybrało. Widać. Jeden jest pomarańczowy z przerostem tkanki na czole, a drugi czarny, tzw. teleskop - czyli z ogromnym wytrzeszczem.
Dziecko jest w nich absolutnie zakochane, wciąż je ogląda, karmi,komentuje. Nadała im imiona Orange i Black :) Logicznie, nie?
Ja na początku popukałam się w głowę, potem oznajmiłam, że rybki są okropnie brzydkie, a potem... No, teraz to i ja jestem w nich zakochana.

Są śmieszne strasznie, takie tłuste i nieco niezdarne, duże, ruchliwe, potwornie żarłoczne (i brudzące...), bardzo towarzyskie - wciąż trzymają się razem, smyrają się. Cały czas szukają jedzenia... No, jak takie wodne psy :p

Piszą mądrzejsi, ze welonki są długowieczne i bardzo wytrzymałe na różne warunki. Wiadomo, staramy się jak najlepiej dbać o nasz baniak, ale jesteśmy wciaż żółtodziobami i pewnie popełniamy jeszcze błędy. Mam nadzieję, ze wreszcie trafiliśmy na ryby, które zostaną z nami na dłuzej. Po przeprowadzce dostaną i one większe "M".

Patrzcie, jakie cudaki! <3