piątek, 26 maja 2017

Mamusiowy Dzień

I znowu jest Dzień Matki. Mój trzeci. Mojej mamy trzydziesty trzeci.

Moja mama jest prze-wspaniała. To już wiecie. Ale tak naprawdę, dopiero odkąd sama jestem mamą, doceniam ją w 100%. Bo wiadomo - jak się jest małym, to pewne rzeczy traktuje się jako oczywistą oczywistość, należą się jak psu buda i już. Przywilej wieku. Jak się jest nastolatką, to pewne rzeczy wkurzają, przeszkadzają, burzą, każą fukać, prychać i odrzucać. Przywilej wieku. A potem rodzisz dziecko i nagle... O, mamuniu, jaka Ty byłaś dzielna! Jak Ty to wszystko zniosłaś, tyle lat? Już wiem, jak to jest spa c jak zając pod miedzą, słysząc każde stęknięcie i zrywając się na każde zakwilenie. Jak to jest tarabanić się do sklepów, autobusów z wózkiem i siatami, kolędować po urzędach i lekarzach z dzieckiem pod pachą, siwieć ze stresu ilekroć małe zachoruje, przewróci się, spadnie z drabinek. Pękać z dumy z każdego małego i dużego sukcesu. Kochać tak obłędnie i bezbrzeżnie, że zapiera dech i czasem si e zastanawiasz, czy tyle miłości udźwigniesz.

Mami - masz mój dozgonny "szacun"!

piątek, 28 kwietnia 2017

Kwiecień - plecień

Milczę, milczę... Kwiecień poprzeplatał nam nie tylko pogodę (głównie przeplata ohydną na zmianę z koszmarną...), ale i zdarzenia wszelakie. Albo nie mam kiedy, albo nie mam siły pisać...

Tak więc, stęsknieni Czytacze, przegląd miesiąca!

Zmagań z budowlaną papierologią ciąg dalszy. Na razie lakonicznie i nie zapeszając. Mam nadzieję, ze już wkrótce będą relacje z placu budowy!

Święta były. Uwielbiam święta wśród mojej rodziny. Mimo pogody, mimo ciasnoty Dziadkowego mieszkanka, mimo hałasu - a może właśnie za to...? Za moich rodziców stających na głowie, zajmując się wnuczką. Za moich dziadków, którzy przyszykowali chlebowego baranka i podpisali go specjalnie dla młodej - "Kijanka". Za nieśmiałe, czułe gesty w stronę prawnuczki - delikatne smyranie po włosach, ucałowanie rączki. Za tonę jajek, których potem nie da rady przejeść. Za jedyne w swoim rodzaju zdjęcie, na którym są aż cztery pokolenia, siedzące na tapczanie - meblościance sprzed pół wieku...


Kwiecień to też ważna decyzja, hmm, transportowa - udało mi się namówić małża na zmianę fotelika, w jakim podróżuje Kijanka. I dzieki temu, skorzysta jeszcze przez, mam nadzieję, jakieś dwa lata z najbezpieczniejszej opcji jazdy tyłem. Królowa sama sobie wybrała fotel (no, kolor wybrała, ale nie od dziś wiadomo, ze dla kobiety kolor w samochodzie liczy się najbardziej...), a ja czuję, że dzięki temu zadbałam o mój skarb jeszcze lepiej.
No i kwiecień to mega wydarzenie muzyczne. Doczekaliśmy wreszcie i zakupione jeszcze w grudniu bilety na Ghost stały się ciałem! Co to był za koncert... Chyba rzucili na mnie jakiś swój diabelski czar, bo dobry tydzień wychodziłam ze stanu jakiegoś, nie wiem, upojenia, przestawiałam się na szarą rzeczywistość. Był to zdecydowanie najlepszy koncert, na jakim byłam. Mocny, energetyczny, świetnie zagrany, doskonale zaśpiewany (a wiemy, jak wokal lubi dać po tyłach na żywo...), świetny show, świetne poczucie humoru frontmana, a do dziś nam obojgu nic innego nie gra pod kopułą, jak kolejne ich utwory. Magia, (nie)czysta magia!
Taki to był ten mój kwiecień... Cudowny.

niedziela, 12 marca 2017

O tym, jak oszukiwać dziecko dla dobra ogółu.

Źli jesteśmy. Zła matka, zły ojciec i źli dziadkowie.

Oszukujemy niewinne, dwuletnie dziecko...

Pewnie wszyscy rodzice czasem muszą. Jak byłam mała, bałam się bardzo Blaszanego Drwala z dobranocki o Czarnoksiężniku z Oz. I kiedy zasiedzieliśmy się gdzieś i wracajac zaczynałam panikować, że nie zdążymy na bajkę... rodzice mówili "no tak, ale dziś jest o blaszanym ludziku!", na co ja "aaa, to nie chcę". Wilk syty i owca cała.

Nam się zdarza mówić, ze idę do pracy, kiedy jadę sama do stajni. Inaczej młoda koniecznie też by chciała i wtedy nic bym nie zrobiła, ani nie wyczyściła Łosia, ani nie wsiadła. Więc, póki nie kuma, ze jest weekend... jadę "do pracy".

I dziś pojechałam "do pracy" z tatą. mąż i mama zostali z młodą. Było cudnie, ale ja nie o tym.

Wracamy, rozmawiamy. Mama pyta, jak było "w pracy", tata odpowiada.
- I jak było w pracy?
- Fajnie. Praca popracowana.
- I jak... eee... biurko? Wyczyszczone?
- Wyczyszczone, bo bardzo było ubłocone. I inne... eee... biurka... też stały takie brudne tam za płotem...
- I Kaja narzuciła na biurko, eee, obrusik?

Poziom absurdu niebywały, ja wymiękłam przy biurkach stojących na pastwisku...

piątek, 10 marca 2017

To już pięć lat...

Mija pięć lat, odkąd nie ma Pi. Pamiętam, jakby to było dopiero co. Pamiętam, jak 8 marca jeszcze na mnie nawarczał, że mam przyjąć czekoladki na Dzień Kobiet, a ja pomyślałam, że może nie jest aż tak źle. Było. Gdybym to ja wiedziała, że zostały nam trzy dni...

Nie zrozumcie mnie źle, ale...ja staram się za dużo nie myśleć. Nie analizować. Nie rozważać, co by było, gdyby. Bo na pewno byłoby zupełnie inaczej, byłabym w innym miejscu, w innym czasie, w innym życiu. Za dużo myślenia może w takiej sytuacji doprowadzić do szaleństwa. Wiem, że są ludzie, którzy krzywo patrzą, kiedy osoba po takiej tragedii na nowo układa sobie życie. Szybko. Bo ja szybko sobie je ułożyłam. Ale myślę - ba, ja to wiem - że nic lepszego nie mogło mi się przytrafić i że mój cudowny Anty-Książę mnie uratował przed utonięciem. I myślę, że tam, gdzie Pi teraz jest, patrzy i jest zadowolony, że dałam radę i żyję dalej.
Bo, co by nie mówić, Pi miał swoje za uszami (a raczej za uchem - kto znał, ten wie), ale przede wszystkim był niesamowicie dobrym człowiekiem. Ciepłym, serdecznym, pomocnym. Przyjacielem wszystkich. Nie dało się go nie lubić. I on wszystkich lubił. Sam twierdził, ze jest nudny i nieciekawy, a jego głos mógłby czytać dzieciom bajki, bo na bank by usnęły. Ale to chyba nie tak. A głos miał fantastyczny i wspaniale się go słuchało.

Znowu w marcu smutno i tylko nadchodząca wiosna człowieka ciągnie na powierzchnię.

Wspominam Pi i, jak zawsze, myślę, że to dzięki niemu jestem kim jestem, i gdzie jestem.

A w tym roku chciałabym jeszcze podziękować mojemu mężowi, że się wtedy pojawił i że moja historia nigdy nie była dla niego problemem.

I chciałabym podziękować ludziom, których poznałam dzięki Pi, a którzy nadal o mnie trochę pamiętają i się do mnie przyznają: przede wszystkim Drugiemu Tacie aka Dziadzio Ajziej, a także Michałowi, Wojtkowi, Mai i Makarowi z rodziną. To ogromnie wiele dla mnie znaczy.

poniedziałek, 6 marca 2017

Bo akwarium nie lubi próżni

- Dość mam tych rybek, ciągle coś!
- Do przeprowadzki nic nowego nie kupimy, no, może roślinki.
I tym podobne deklaracje. Cóż, ostatnio coś nie mieliśmy szczęścia do rybek. Tytus żył nam ponad 1,5 roku, glonojad Odo ma ze dwa i jest twardy. Ale ławicę neonków wykosiła jakaś choroba (zapewne już ze sklepu) z wysypką, a ławicę gupików wykosił chyba... Odo, bo bardzo szybko zniknęły, a jakichś nadgryzionych trupków znaleźliśmy może ze dwa-trzy...

I miało nie być niczego, jak u polityka w swetrze ;)

Ale jak to mój mąż - wszedł z dzieckiem "tylko pooglądać", a wyszedł z roślinkami i... dwiema złotymi rybkami, tzw. welonami. Dziecko wybrało. Widać. Jeden jest pomarańczowy z przerostem tkanki na czole, a drugi czarny, tzw. teleskop - czyli z ogromnym wytrzeszczem.
Dziecko jest w nich absolutnie zakochane, wciąż je ogląda, karmi,komentuje. Nadała im imiona Orange i Black :) Logicznie, nie?
Ja na początku popukałam się w głowę, potem oznajmiłam, że rybki są okropnie brzydkie, a potem... No, teraz to i ja jestem w nich zakochana.

Są śmieszne strasznie, takie tłuste i nieco niezdarne, duże, ruchliwe, potwornie żarłoczne (i brudzące...), bardzo towarzyskie - wciąż trzymają się razem, smyrają się. Cały czas szukają jedzenia... No, jak takie wodne psy :p

Piszą mądrzejsi, ze welonki są długowieczne i bardzo wytrzymałe na różne warunki. Wiadomo, staramy się jak najlepiej dbać o nasz baniak, ale jesteśmy wciaż żółtodziobami i pewnie popełniamy jeszcze błędy. Mam nadzieję, ze wreszcie trafiliśmy na ryby, które zostaną z nami na dłuzej. Po przeprowadzce dostaną i one większe "M".

Patrzcie, jakie cudaki! <3





niedziela, 5 marca 2017

Pierwsze morze Kijanki

Wiosna przyszła, pora na wszelkie akcje "spontan". Wczoraj taki piękny dzień, to na dziś mąż mój najlepszy zaproponował wypad nad morze. Torba na full, dziecko w fotelik, pies w bagażnik, Maria Peszek w odtwarzacz i fruuu! Jak zwykle do Mikoszewa, bo tam jest cicho i spokojnie, plaża szeroka.

Wczoraj taki piękny dzień, a tu... no oczywiście po drodze dopadł nas deszcz. Póki mżyło, było OK. Ale wkrótce mżawka przeszła w konkretniejsze opady, no żesz kurczaczki. No co poradzić...

Dziecko wyraźnie podniecone, pokrzykiwało "plaża, plaża!" i włączyło piąty bieg. Biegała, piszczała, podskakiwała, zbierała patyki i muszle. Pies, jak to pies - jak wystrzelony z procy. Co z tego, ze zimno - morze było jej. Cała mokra, po uszy, bo fale nakryły ją całkowicie, ale dzielnie "ratowała patyczki", jak zawsze. Głupiutki ten nasz pies jest...

Mamy niedosyt morza. Za krótko, za zimno. Koniecznie musimy Młodą zabrać jak będzie cieplej, na kopanie dołków i obadanie morza i plaży bosą stopą :)





czwartek, 2 marca 2017

Ostatnie naście...

No i stało się, kolejny rok zleciał i nastały kolejne Łosiowe urodziny. Ostatnie "nastki", kolejne będą już okrąglutkie... Rany, kiedy to zleciało, kiedy ze źrebaka zrobił się stary koń...

Pojechaliśmy całą rodziną, mimo deszczu. Mój wspaniały mąż był cudowny, zajął latorośl wymyślnymi zabawami w stylu "łowienie ryb za pomocą bata - wędki", a ja mogłam jubilata wycałować (czego szczerze nie znosi), wyczyścić z tygodniowego błota i zapodać "tort" widoczny na zdjęciu - zrobiony z warstwy buraków, warstwy marchwi i posypany cukierkami. O, i takie prezenty Łoś ceni najbardziej. Szamał aż dudniło (a zęby, odpukać, ma wciąż wszystkie i mocne), na koniec zostawiając na dnie miski tylko sok, który zresztą również wysiorbał.

A mnie, jak co roku, nachodzi refleksja. Ta smutniejsza - że ciekawe, ile nam jeszcze zostało tych rocznic, ile jeszcze te zmęczone nogi dadzą radę dźwigać 700-kilowe cielsko, kłaść je i podnosić. Że, znowu, szkoda, że nie dbałam o niego lepiej, nie użytkowałam zgodnie z jego możliwościami, kiedy był młodszy.
I ta weselsza - że zdecydowanie jest to zwierzak mojego życia. Najukochańszy, najlepszy, najważniejszy. Im jesteśmy oboje starsi, tym bardziej go cenię. I widzę, jak wiele ma zalet. Tak, zalet. Że zawsze przychodzi do mnie, kiedy po niego idę na pastwisko. Że mnie nigdy nie zrzucił (jeden upadek na dołku pod śniegiem, dwie wywrotki). Że zniósł tyle dziwnych pomysłów - tereny bez siodła, bez ogłowia, zabawy, wygłupy na wakacjach z Olgą i Randią, tereny samotne i w grupie, skoki, zawody. Że jest taki silny i wytrzymały, dzięki czemu wciąż ze mną jest po tym, jak omal nie utopiłam go w rzeczce. Że tak naprawdę zawsze był w pracy koniem bardzo szczerym i starającym się - tylko to ja za dużo wymagałam, zrzucałam na niego swój brak umiejętności i swoje frustracje. A on po prostu nie wszystko mógł zrobić - ze względu na swoją budowę, kłopoty z nogami czy niedostatek cierpliwości. Że można go puścić do stada praktycznie z każdym - chodził we dwójkę i w ósemkę, z wałachami, klaczami, źrebakami.

Łosiulku, kochanie, życzę ci jak najdłuższego zycia we względnym zdrowiu. Trzymaj się, bo dzięki tobie trzymam się i ja. Kocham Cię, bandyto!