Koniec. I dobrze. Nie znoszę listopada. Było zimno, był śnie, śnieg się roztopił, wieje, mży, gałęzie stukają o okna i balkony. Szaro, ciemno, chce się spać bez końca. Letarg. Niechciej. Brak motywacji. Brak cierpliwości. Jednocześnie mnie nosi i zasypiam na stojąco. Wściekam się na psa i dziecko, choć powinnam na siebie, bo nie mam siły wykrzesać z siebie entuzjazmu, nie mam siły ciągać się z nimi na te spacery, uprzednio umordowawszy się ganiając potomkinię z kolejnymi elementami ciepłego odzienia.
Ale już jutro grudzień. Mój ukochany, gwiazdkowy. Zacznę na dobre słuchać piosenek świątecznych, nastroję się. Będzie już inaczej, choć pewnie tylko wewnątrz, bo na zewnątrz nadal ta sama plucha.
Dziś jako ilustracja mój dzielny, biedny koński emeryt na pierwszym, nieśmiałym śniegu. Odżył trochę, nawet trochę biega i nie kuleje tak bardzo. Bawi się ze swoim ulubionym kolegą Piorunem. Tuli się do mnie (on???), apetyt ma, jak zawsze, smoczy. Cieszę się. Niech będzie, niech trwa. Mało mnie przy nim i dla niego. Ale on dla mnie jest. Zawsze wiem, że gdzieś tam jest i czeka.
Witaj w świecie siłaczki! Siłaczka jest nauczycielką angielskiego, niedużą ciałem, acz wielką duchem babką, która stara się wziąć byka za rogi i się nie dać :) Zapraszam do czytania, komentowania, próbowania moich smakołyków, dzielenia się spostrzeżeniami, chwalenia się, narzekania - no, co komu w duszy gra :)
poniedziałek, 30 listopada 2015
wtorek, 17 listopada 2015
Moja mała kozica
W ramach kolejnego update'u, co słychać u Kalinki.
No, głównie to słychać, co znowu zmajstrowała. Oj, trafił nam się ananasek niezły. Nie jest to dziecko wycofane, spokojne, zdecydowanie jest ją widać i słychać. I jest za kim latać, kogo ratować, komu zabierać niebezpieczne narzędzia z drogi i przez kogo wieczorami padać jak mucha.
A ja myślałam, że przy raczkowaniu trzeba mieć oczy dookoła głowy ;).
Oczywiście piszę z przekąsem, bo generalnie to jestem zadowolona, że się córu tak zacnie rozwija, że jest sprawna, silna, ciekawa świata, śmiała (no, zależy gdzie). Że nauczyła się biegać, skakać, wspinać, ze ma coraz lepszą równowagę i koordynację ruchów.
Zdecydowanie przedkłada rozwój fizyczny nad naukę mowy - gada wciąż po swojemu, czasem łaskawie obdarzając nas pojedynczym "mama", "tata", "dzidzia", "ihaha", "tu" czy "cieść". Ale to już zbytek łaski. Tak samo książeczki - jak ma ochotę, to pokaże tego kotka ("no co ci rodzice, tacy duzi i nie wiedzą, który to kot... A, pokażę im raz, niech mają, może się w końcu nauczą, głąbale jedne..."). Mąż mój nazywa Kalinę małym czubkiem i jest to doskonale pasujące określenie.
No, głównie to słychać, co znowu zmajstrowała. Oj, trafił nam się ananasek niezły. Nie jest to dziecko wycofane, spokojne, zdecydowanie jest ją widać i słychać. I jest za kim latać, kogo ratować, komu zabierać niebezpieczne narzędzia z drogi i przez kogo wieczorami padać jak mucha.
A ja myślałam, że przy raczkowaniu trzeba mieć oczy dookoła głowy ;).
Oczywiście piszę z przekąsem, bo generalnie to jestem zadowolona, że się córu tak zacnie rozwija, że jest sprawna, silna, ciekawa świata, śmiała (no, zależy gdzie). Że nauczyła się biegać, skakać, wspinać, ze ma coraz lepszą równowagę i koordynację ruchów.
Zdecydowanie przedkłada rozwój fizyczny nad naukę mowy - gada wciąż po swojemu, czasem łaskawie obdarzając nas pojedynczym "mama", "tata", "dzidzia", "ihaha", "tu" czy "cieść". Ale to już zbytek łaski. Tak samo książeczki - jak ma ochotę, to pokaże tego kotka ("no co ci rodzice, tacy duzi i nie wiedzą, który to kot... A, pokażę im raz, niech mają, może się w końcu nauczą, głąbale jedne..."). Mąż mój nazywa Kalinę małym czubkiem i jest to doskonale pasujące określenie.
poniedziałek, 9 listopada 2015
Kuchenne DIY, czyli żegnaj wędlino z tacki
Dziś napiszę o swojej nowej zabawce, kuchennym gadżecie zwanym szynkowarem.
Ileż można jeść wędliny z supermarketu. Coraz podlejsze, coraz droższe, a w składzie zdecydowanie za dużo E. Poczytałam, pomyślałam i napisałam list do Mikołaja: "szynkowar poproszę". Mikołaj-tata w goracej wodzie kąpany (nomen omen - bo tak się robi mięsko w szynkowarze!) i gadżet zakupił niezwłocznie. No cóż.
Wygląda toto niepozornie. Ot, plastikowe wiaderko z nakrętką, a w niej tłok, sprężyna i praska. Plus dodatkowo walec - reduktor, kiedy robimy pół porcji. Plus termometr.
Na pierwszy raz postanowiłam postawić na bezpieczną klasykę - wędlina drobiowa. Kupiłam pół kilo cycka z kurczaka i mielone z indyka. Kuraka pokroiłam w drobną kostkę, dodałam mielone (proporcje 2:1), porządnie wygniotłam z pieprzem, solą, miodem i ziołami prowansalskimi. Upchałam do kubełka, docisnęłam i na noc d lodówki. Dziś wstawiłam do gara z wodą i dwie godzinki sobie pyrkało w 85 stopniach. przez otworki odlałam wodę wydzieloną podczas gotowania. Ostudziłam na parapecie w kuchni, p czym do lodówki. Zjedliśmy na kolację na kanapkach z ogórasem kiszonym. Muszę przyznać, że jest pyszne! Chude, aromatyczne, no i wiem, z czego zrobione. Jest mi fajnie i czuję wiatr w żaglach.
Ileż można jeść wędliny z supermarketu. Coraz podlejsze, coraz droższe, a w składzie zdecydowanie za dużo E. Poczytałam, pomyślałam i napisałam list do Mikołaja: "szynkowar poproszę". Mikołaj-tata w goracej wodzie kąpany (nomen omen - bo tak się robi mięsko w szynkowarze!) i gadżet zakupił niezwłocznie. No cóż.
Wygląda toto niepozornie. Ot, plastikowe wiaderko z nakrętką, a w niej tłok, sprężyna i praska. Plus dodatkowo walec - reduktor, kiedy robimy pół porcji. Plus termometr.
Na pierwszy raz postanowiłam postawić na bezpieczną klasykę - wędlina drobiowa. Kupiłam pół kilo cycka z kurczaka i mielone z indyka. Kuraka pokroiłam w drobną kostkę, dodałam mielone (proporcje 2:1), porządnie wygniotłam z pieprzem, solą, miodem i ziołami prowansalskimi. Upchałam do kubełka, docisnęłam i na noc d lodówki. Dziś wstawiłam do gara z wodą i dwie godzinki sobie pyrkało w 85 stopniach. przez otworki odlałam wodę wydzieloną podczas gotowania. Ostudziłam na parapecie w kuchni, p czym do lodówki. Zjedliśmy na kolację na kanapkach z ogórasem kiszonym. Muszę przyznać, że jest pyszne! Chude, aromatyczne, no i wiem, z czego zrobione. Jest mi fajnie i czuję wiatr w żaglach.
czwartek, 5 listopada 2015
Róża z innego wymiaru
Nie, nie o kosmitach będzie. Refleksyjnie, listopadowo będzie. To bardzo osobisty wpis, więc proszę potraktować go z należytą powagą.
Przyszedł do mnie we wtorek mój Drugi Tata. No, wpadł i wypadł, jak to on. Już pisałam o tym. Czasem mówię o nim "człowiek foksterier", bo energią przypomina mi te niezmordowane zwierzaki.
Tata przyniósł podarki dla młodej i różę dla mnie. Pytam, co to za okazja.
"A. Śnił mi się Pi i kazał Ci kupić kwiatek."
I tak się trochę zastanawiam, jak to z tym jest. Niełatwe i nieoczywiste są to rozmyślania, bo nie jestem religijna i mam problem z określeniem, czy "tam", "potem" cokolwiek jest. Co po życiu. Zazwyczaj twierdzę, że nic. Chociaż... Są takie chwile, że się łamię. Choćby przy tej róży.
Tej nocy, kiedy Pi odszedł, miałam dziwny sen. Przychodzę do szpitala, a na łóżku siedzi taki 10-12 letni chłopiec. Ja jednak wiem, że to Pi. Siedzi ubrany w granatowy, zimowy kombinezon, czapkę i szalik. Pytam, dlaczego się ubrał. "A, bo ja już stąd wychodzę". Budzę się z dziwnym uczuciem. Patrzę na zegarek. 2:30.
Rano mój tata przynosi wiadomość, że koło wpół do trzeciej Pi zgasł.
I nie wiem - to wszystko dzieje się w naszym mózgu, przeładowanym bodźcami, próbującym sobie poradzić z tym, co najgorsze? Czy może jednak istnieje coś więcej niż na powierzchni? Czuję się zbyt mała, by o tym rozstrzygać. Przycupnę sobie tu i będę dalej się dziwić nad "rzeczami, które nie śniły się filozofom".
Przyszedł do mnie we wtorek mój Drugi Tata. No, wpadł i wypadł, jak to on. Już pisałam o tym. Czasem mówię o nim "człowiek foksterier", bo energią przypomina mi te niezmordowane zwierzaki.
Tata przyniósł podarki dla młodej i różę dla mnie. Pytam, co to za okazja.
"A. Śnił mi się Pi i kazał Ci kupić kwiatek."
I tak się trochę zastanawiam, jak to z tym jest. Niełatwe i nieoczywiste są to rozmyślania, bo nie jestem religijna i mam problem z określeniem, czy "tam", "potem" cokolwiek jest. Co po życiu. Zazwyczaj twierdzę, że nic. Chociaż... Są takie chwile, że się łamię. Choćby przy tej róży.
Tej nocy, kiedy Pi odszedł, miałam dziwny sen. Przychodzę do szpitala, a na łóżku siedzi taki 10-12 letni chłopiec. Ja jednak wiem, że to Pi. Siedzi ubrany w granatowy, zimowy kombinezon, czapkę i szalik. Pytam, dlaczego się ubrał. "A, bo ja już stąd wychodzę". Budzę się z dziwnym uczuciem. Patrzę na zegarek. 2:30.
Rano mój tata przynosi wiadomość, że koło wpół do trzeciej Pi zgasł.
I nie wiem - to wszystko dzieje się w naszym mózgu, przeładowanym bodźcami, próbującym sobie poradzić z tym, co najgorsze? Czy może jednak istnieje coś więcej niż na powierzchni? Czuję się zbyt mała, by o tym rozstrzygać. Przycupnę sobie tu i będę dalej się dziwić nad "rzeczami, które nie śniły się filozofom".
niedziela, 1 listopada 2015
Halloween A.D. 2015
Czekałam, czekałam i doczekałam! Jeszcze nie Gwiazdka, ale na Halloween też czekam z utęsknieniem cały rok. Wypatruję czarno - pomarańczowych gadżetów w sklepach, planuję upiorny seans filmowy i czekam aby zanurzyć ręce w dyniowych wnętrznościach, po czym nożykiem obdarzyć dynię potworną twarzą.
Nadeszło! Już tydzień temu zaopatrzyłam się w Lidlu w żelki, chrupki i inne drobiazgi. Filmowo, postawiliśmy na sprawdzoną pozycję i postanowiliśmy nie ryzykować nieudanych horrorów. W ruch poszedł więc "Zombieland", co z tego, że już widziany. Przeszkolenia na wypadek ataku umarlaków nigdy za wiele, a wskazówki typu "unikaj łazienek", czy"double tap" warto zapamiętać. W razie czego :P
Moja wiara w kupno dyni last minute została nieco zachwiana - chyba trafiłam na ostatnią pozostałą w lokalnym warzywniaku. Hipermarkety nie miały. A rzeczony warzywniak miał trzy giganty i jedną normalną, którą z głośnym "uff" dorwałam w okolicach godziny 14... Za rok koniecznie zatroszczyć się o to ze dwa dni wcześniej!
Rozpieściliśmy się kulinarnie, mąż zrobił carbonarę oraz ciasto ze śliwkami. Córka bez krępacji się poczęstowała wcale nie najmniejszym kawałkiem... Jak dobrze, że połowę zgubiła, coś oddała psu i w sumie zjadła może 1/4...
Młoda odpadła spać koło 21.30. Późno. Tak ostatnio ma... No nic. Szybkie przebieranie, przekąski i film. Zdjęcia na bloga. Trochę głupawki w szarym, jesiennym czasie (no, przesadzam, jesień wciąż ładna i złota). Moja Sis podarowała zabawne kalkomanie na rękę, Lidl uraczył rajstopami w czaszki. Poczułam się znów jak dzieciak, poczułam znajome motylki w brzuchu na myśl o "strasznym" filmie, na zapach dyni lekko przypalonej świeczką. Cieszę się, że mój luby nie ma nic przeciwko temu, ba, nawet bawi się razem ze mną. Widzę, że i wielu z Was, drodzy Czytacze, wycięło dynie, zawiesiło czarne i pomarańczowe balony. Fajnie. Bawmy się!
Nadeszło! Już tydzień temu zaopatrzyłam się w Lidlu w żelki, chrupki i inne drobiazgi. Filmowo, postawiliśmy na sprawdzoną pozycję i postanowiliśmy nie ryzykować nieudanych horrorów. W ruch poszedł więc "Zombieland", co z tego, że już widziany. Przeszkolenia na wypadek ataku umarlaków nigdy za wiele, a wskazówki typu "unikaj łazienek", czy"double tap" warto zapamiętać. W razie czego :P
Moja wiara w kupno dyni last minute została nieco zachwiana - chyba trafiłam na ostatnią pozostałą w lokalnym warzywniaku. Hipermarkety nie miały. A rzeczony warzywniak miał trzy giganty i jedną normalną, którą z głośnym "uff" dorwałam w okolicach godziny 14... Za rok koniecznie zatroszczyć się o to ze dwa dni wcześniej!
Rozpieściliśmy się kulinarnie, mąż zrobił carbonarę oraz ciasto ze śliwkami. Córka bez krępacji się poczęstowała wcale nie najmniejszym kawałkiem... Jak dobrze, że połowę zgubiła, coś oddała psu i w sumie zjadła może 1/4...
Młoda odpadła spać koło 21.30. Późno. Tak ostatnio ma... No nic. Szybkie przebieranie, przekąski i film. Zdjęcia na bloga. Trochę głupawki w szarym, jesiennym czasie (no, przesadzam, jesień wciąż ładna i złota). Moja Sis podarowała zabawne kalkomanie na rękę, Lidl uraczył rajstopami w czaszki. Poczułam się znów jak dzieciak, poczułam znajome motylki w brzuchu na myśl o "strasznym" filmie, na zapach dyni lekko przypalonej świeczką. Cieszę się, że mój luby nie ma nic przeciwko temu, ba, nawet bawi się razem ze mną. Widzę, że i wielu z Was, drodzy Czytacze, wycięło dynie, zawiesiło czarne i pomarańczowe balony. Fajnie. Bawmy się!
wtorek, 20 października 2015
Zapiekanka z jajem - dosłownie, nie w przenośni
Idzie zima. Zimno, ciemno. Chce się jeść. Zatem dziś (i wczoraj, przyznajemy się) w Siłaczkowej kuchni iście sycąca, cudownie prosta (coby nie rzec: prostacka) zapiekanka.
Każdy ją zrobi, bo jest banalna. Każdy polubi, bo pyszna. Ma w sobie smak ciepła, swojskości i bezpieczeństwa.
Potrzeba:
Każdy ją zrobi, bo jest banalna. Każdy polubi, bo pyszna. Ma w sobie smak ciepła, swojskości i bezpieczeństwa.
Potrzeba:
- ziemniaki
- jajka
- kiełbasę
- cebulę
- serki topione w kostkach
- mleko
- sól
- pieprz
- gałkę muszkatołową
Wszystko w ilości "na oko" - zależnie od wielkości naczynia żaroodpornego i... apetytów.
Gotujemy ziemniaki. Dno naczynia żaroodpornego lekko natłuszczamy oliwą. Gotujemy jajka na twardo, sparzamy pokrojoną w talarki cebulę wrzątkiem. Kroimy ziemniaki, kiełbasę i jaja w plasterki. Układamy kolejno warstwy: ziemniaków, kiełbasy, cebuli, ziemniaków, jaj i znów ziemniaków. Szykujemy "pseudo-beszamel" - roztapiamy w garnuszku serki topione z odrobiną mleka, doprawiamy do smaku, polewamy szczodrze nasze warstwy. Do pieca na ok. 20-30 minut - aż sos z wierzchu się lekko zarumieni i zgęstnieje.
Mniam!
sobota, 10 października 2015
Garść inspiracji znów
Ha! Wygląda na to, ze za dwa tygodnie jedziemy przyklepać nasz domek! Poważna sprawa. Nadal fizycznie nic się nie zmieni, nadal pozostanie nam czekać przyszłego lata, aż dom zacznie wyrastać nad ziemię, no ale będzie już zamówiony, zaprojektowany, a my będziemy "stali" w kolejce do budowy. Będzie już miał konkretny kształt i kolor w naszych planach. będzie można go już w głowie urządzać, meblować, ustawiać... Ach <3
Moja mama od wieków zbiera pismo o wystroju wnętrz "Cztery kąty". No odkąd pamiętam! Teraz się śmieje, że jesteśmy dla niej wspaniałym usprawiedliwieniem dla wydawania pieniędzy na tę gazetę - wszak będziemy się budować i potrzeba nam inspiracji.
I dziś właśnie kilka rzeczy w owym czasopiśmie wypatrzonych, które baaaardzo do mnie gadają. Wiadomo, finalnie pewnie wyjdzie zupełnie co innego, ale kto wie, kto wie...
Kuchnia. No uparłam się na te podłużne białe kafelki. Co z tego, że dziś co drugi je ma. Chcę i już! W tej kuchni na zdjęciu bardzo podoba mi się też zainstalowanie firanki w szafkach.
Salon. Mamy szafkę pod tv, więc pewnie nie będziemy jej zmieniać. Ale wypatrzyłam te dwie i mi się okropecznie podobają. Pierwsza na maksa zawiewa PRL-em (aaa! Przecież ja nigdy nie lubiłam tego stylu!), a druga... No, jest po prostu inna. Chociaż cena zdecydowanie każe mi trzymać się z daleka ;)
Ach, n i oczywiście pokój Kaliny! To mnie kręci. Jej pierwszy własny pokój. Jeszcze nie mam jego wizji, na pewno łóżko, komoda na ubranka, regał na książki, dywanik...
Urzekło mnie to łóżeczko z Ikei. W ogóle uwielbiam Ikeę i mogłabym cały dom urządzić ich sprzętami. Łóżeczko rośnie razem z pasażerem, jest oldskulowe. Fajne.
Na koniec dwie propozycje na przechowywanie. Bo ilość zabawek raczej będzie przez kilka najbliższych lat rosła, nie odwrotnie ;)
Zdjęcia telefonem z gazety, więc jakość woła o pomstę do nieba, ale widać, o co cho.
Moja mama od wieków zbiera pismo o wystroju wnętrz "Cztery kąty". No odkąd pamiętam! Teraz się śmieje, że jesteśmy dla niej wspaniałym usprawiedliwieniem dla wydawania pieniędzy na tę gazetę - wszak będziemy się budować i potrzeba nam inspiracji.
I dziś właśnie kilka rzeczy w owym czasopiśmie wypatrzonych, które baaaardzo do mnie gadają. Wiadomo, finalnie pewnie wyjdzie zupełnie co innego, ale kto wie, kto wie...
Kuchnia. No uparłam się na te podłużne białe kafelki. Co z tego, że dziś co drugi je ma. Chcę i już! W tej kuchni na zdjęciu bardzo podoba mi się też zainstalowanie firanki w szafkach.
Salon. Mamy szafkę pod tv, więc pewnie nie będziemy jej zmieniać. Ale wypatrzyłam te dwie i mi się okropecznie podobają. Pierwsza na maksa zawiewa PRL-em (aaa! Przecież ja nigdy nie lubiłam tego stylu!), a druga... No, jest po prostu inna. Chociaż cena zdecydowanie każe mi trzymać się z daleka ;)
Ach, n i oczywiście pokój Kaliny! To mnie kręci. Jej pierwszy własny pokój. Jeszcze nie mam jego wizji, na pewno łóżko, komoda na ubranka, regał na książki, dywanik...
Urzekło mnie to łóżeczko z Ikei. W ogóle uwielbiam Ikeę i mogłabym cały dom urządzić ich sprzętami. Łóżeczko rośnie razem z pasażerem, jest oldskulowe. Fajne.
Na koniec dwie propozycje na przechowywanie. Bo ilość zabawek raczej będzie przez kilka najbliższych lat rosła, nie odwrotnie ;)
Zdjęcia telefonem z gazety, więc jakość woła o pomstę do nieba, ale widać, o co cho.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




























