Jedna sobota, jedno małe miasto, odpowiedzi na wszystkie ważne pytania :).
Gdzie jest powolnie, leniwie i spokojnie?
Gdzie powietrze pachnie wakacjami z dzieciństwa - mieszanką zapachów wody, stołówki, bukszpanu i starych domów?
Gdzie stoi Wysoka Brama większa i znacznie ładniejsza niż u nas w Olsztynie?
Gdzie Anty-Książę robił wykopy? (no dobra, słaba podpowiedź, bo kopał niemal wszędzie :p)
Gdzie można mieszkać w mikroskopijnym starym domeczku i w obskurnym bloku z białej cegły, tuż obok siebie?
Gdzie można zjeść lody z polewą o smaku Ferrero Rocher i pizzę z sosem czosnkowym z oliwy i czosnku, w samym środku wrzawy podniesionej przez grupę seniorek wracających z tarczą z jakiejś Spartakiady?
Gdzie jest dom w kolorze chłodnika?
Gdzie piękny zamek został brutalnie zgwałcony nowoczesną, ohydną, metalowo - betonową dobudówką z tytułu przerobienia na hotel?
Gdzie na dziedzińcu można oberwać drewnianą strzałą wypuszczoną z łuku małego Apacza, ku radości bezstresowo wychowujących rodziców?
Gdzie człowiek spaceruje noga za nogą, gapi się na prześliczne kamienice i wzdycha, że małe miasteczko to w sumie coś całkiem sympatycznego?
Na wszystkie pytania odpowiadam: Lidzbark Warmiński. Moja trzecia wizyta i coraz bardziej lubię to miasto.
Witaj w świecie siłaczki! Siłaczka jest nauczycielką angielskiego, niedużą ciałem, acz wielką duchem babką, która stara się wziąć byka za rogi i się nie dać :) Zapraszam do czytania, komentowania, próbowania moich smakołyków, dzielenia się spostrzeżeniami, chwalenia się, narzekania - no, co komu w duszy gra :)
sobota, 27 czerwca 2015
wtorek, 23 czerwca 2015
Bo taki tata to skarb!
Że ja mam fantastycznego tatę, to wiecie. Pisałam o nim dwa lata temu i dziś nadal czterema kończynami się pod tym podpiszę.
Ale i Kalina ma tatę na schwał. W sumie to aż dziwne, że tyle już lukru wylałam na temat moich bliskich, ale nie na temat męża mego. no nic, jego ego wzrośnie jeszcze bardziej, ale dziś muszę.
Bo Anty-Ksiażę tatą jest znakomitym. Nie wiem, co to mąż wracający z pracy z "a co ty taka zmęczona jesteś, przecież siedzisz i nic nie robisz" na ustach. Przez to, a raczej dzięki temu, że poszłam do pracy i zostawał a Linką sam odkąd miała dwa miesiące, wie, jak bardzo męczy opieka nad brzdącem i jak bardzo jest on absorbujący. Dzięki temu też, potrafi przy młodej wszystko - przebrać, umyć, przewinąć, nakarmić butelką i łyżeczką, ubrać na dwór. A wreszcie, dzięki temu mają świetny kontakt. Mają swoje zabawy, swoje piosenki. Tata potrafi uśpić młodą jak mamie kończą się pokłady cierpliwości i pomysły.
Księciem z bajki może i nie będzie, ale Rycerzem w lśniącej zbroi dla swojej córki na pewno tak.
Kochanie - jesteś naprawdę dzielnym tatą, no i do tego fajnym! Mamy z Linką niesamowite szczęście!
Ale i Kalina ma tatę na schwał. W sumie to aż dziwne, że tyle już lukru wylałam na temat moich bliskich, ale nie na temat męża mego. no nic, jego ego wzrośnie jeszcze bardziej, ale dziś muszę.
Bo Anty-Ksiażę tatą jest znakomitym. Nie wiem, co to mąż wracający z pracy z "a co ty taka zmęczona jesteś, przecież siedzisz i nic nie robisz" na ustach. Przez to, a raczej dzięki temu, że poszłam do pracy i zostawał a Linką sam odkąd miała dwa miesiące, wie, jak bardzo męczy opieka nad brzdącem i jak bardzo jest on absorbujący. Dzięki temu też, potrafi przy młodej wszystko - przebrać, umyć, przewinąć, nakarmić butelką i łyżeczką, ubrać na dwór. A wreszcie, dzięki temu mają świetny kontakt. Mają swoje zabawy, swoje piosenki. Tata potrafi uśpić młodą jak mamie kończą się pokłady cierpliwości i pomysły.
Księciem z bajki może i nie będzie, ale Rycerzem w lśniącej zbroi dla swojej córki na pewno tak.
Kochanie - jesteś naprawdę dzielnym tatą, no i do tego fajnym! Mamy z Linką niesamowite szczęście!
piątek, 19 czerwca 2015
Piękny prezent
Jestem potwornie rozpieszczana przez moich najbliższych. A, ze niedawno były moje urodziny, to rozpieszczanie sięgnęło zenitu. Aż wstyd, taka stara baba, a tyle dobra. Dziś jednak chciałam się pochwalić wyjątkowym prezentem. Mam nadzieję, że pozostali obdarowywacze nie poczują się pominięci, ale sami rozumiecie ;).
Mama przygotowała mi fotoksiążkę. Historię mojego życia na 50 stronach. Od pradziadków po moją osobistą córkę Kalinę. Wybrane zdjęcia - moi dziadkowie, moi rodzice (ach, różowe lata 80-te...), moje dzieciństwo, podróże, narty, konie. Moi przyjaciele, kuzyni, zwierzaki. Moje miłości.
Okrutnie się wzruszyłam. Ładnie udało się mamie wybrać zdjęcia i ważne momenty. Przywołać trochę wspomnień. Przeglądam ją co i rusz.
Dzięki, Mami!
Mama przygotowała mi fotoksiążkę. Historię mojego życia na 50 stronach. Od pradziadków po moją osobistą córkę Kalinę. Wybrane zdjęcia - moi dziadkowie, moi rodzice (ach, różowe lata 80-te...), moje dzieciństwo, podróże, narty, konie. Moi przyjaciele, kuzyni, zwierzaki. Moje miłości.
Okrutnie się wzruszyłam. Ładnie udało się mamie wybrać zdjęcia i ważne momenty. Przywołać trochę wspomnień. Przeglądam ją co i rusz.
Dzięki, Mami!
środa, 10 czerwca 2015
Domowe inspiracje
Na tym etapie powinnam chyba raczej myśleć o fundamentach, pompach, bramach i piecykach. Dom jeszcze wybitnie hipotetyczny, należałoby myśleć o podstawach. Ale! Od tego mam męża. Niech ogląda parkany i boilery, a ja, bardzo po babsku, pomarzę sobie o wystroju wnętrz. Zwłaszcza, że trudny czas obecnie, czarne chmury zebrały się nad głowami,oczy mokre, serca drżące. Trzeba gdzieś uciec myślami, żeby nie oszaleć.
Jeszcze parę lat temu byłam pewna, że chciałabym się urządzać nowocześnie. Może nie metal, beton i szkło, bo to mnie nigdy nie pociągało, ale proste formy, minimalizm. A tu się wzięło i zmieniło. Również w związku z wizją domu w drewnie. Teraz ciągnie mnie coraz bardziej w stronę stylu skandynawskiego, prowansalskiego, rustykalnego... Bez przesady, może nie koniecznie stołki z ociosanych pniaków czy wanna z kamienia, ale ciepłe, przytulne, jasne wnętrza, takie, w których poczuję się w domu, a nie w galerii wzornictwa przemysłowego.
Podobają mi się bielone deski. Jasne kuchnie w lekko wiejskim stylu. Folkowe dekoracje, naturalne materiały. Tak, aby nawet w listopadową pluchę, w domu było słonecznie i ciepło. Przytulnie. Sielsko.
Na początku, będę raczej tylko mogła sobie pomarzyć, bo urządzimy ile się da meblami z naszego obecnego mieszkania, a resztę po taniości, byle funkcjonowało. Ale moje marzenia będą czekały i z czasem je zrealizuję.
Poniżej trochę bardzo miłych memu oku i zmysłowi estetycznemu wnętrz, zapożyczonych z sieci.
Ach, no i moje wielkie marzenie - skrzynia warmińska. Jestem w nich zakochana od czasów wakacji w Mycynach i wizyt w skansenie. Kiedyś na pewno jedna z nich stanie w moim przedpokoju!
Jeszcze parę lat temu byłam pewna, że chciałabym się urządzać nowocześnie. Może nie metal, beton i szkło, bo to mnie nigdy nie pociągało, ale proste formy, minimalizm. A tu się wzięło i zmieniło. Również w związku z wizją domu w drewnie. Teraz ciągnie mnie coraz bardziej w stronę stylu skandynawskiego, prowansalskiego, rustykalnego... Bez przesady, może nie koniecznie stołki z ociosanych pniaków czy wanna z kamienia, ale ciepłe, przytulne, jasne wnętrza, takie, w których poczuję się w domu, a nie w galerii wzornictwa przemysłowego.
Podobają mi się bielone deski. Jasne kuchnie w lekko wiejskim stylu. Folkowe dekoracje, naturalne materiały. Tak, aby nawet w listopadową pluchę, w domu było słonecznie i ciepło. Przytulnie. Sielsko.
Na początku, będę raczej tylko mogła sobie pomarzyć, bo urządzimy ile się da meblami z naszego obecnego mieszkania, a resztę po taniości, byle funkcjonowało. Ale moje marzenia będą czekały i z czasem je zrealizuję.
Poniżej trochę bardzo miłych memu oku i zmysłowi estetycznemu wnętrz, zapożyczonych z sieci.
Ach, no i moje wielkie marzenie - skrzynia warmińska. Jestem w nich zakochana od czasów wakacji w Mycynach i wizyt w skansenie. Kiedyś na pewno jedna z nich stanie w moim przedpokoju!
niedziela, 7 czerwca 2015
Wszyscy mają działking, mam i ja!
Ha! Nareszcie jesteśmy jak prawdziwi statystyczni Polacy! Weekend na działce z grillem! Co z tego, że działka pusta i nawet płotu jeszcze nie ma?Działka to działka, i to nasza. Więc koc, grill, pies i córa pod pachę i hajda! Od wiatru i słońca namiocik plażowy.
Dziecka nie było :). Po prostu usiadła na kocu i zajęła się sobą. Zrywała trawę i mech, oglądała robaczki, śledziła psa. A potem bezczelnie ukradła tacie połowę bułki i wcinała. W końcu - jak wszyscy, to wszyscy, babcia też!
Oj, powiem Wam, że to były cudne 3 godziny. Może to śmieszne, ale sama świadomość, ze siedzimy na swoim daje mega radochę. A do tego dobra kaszanka, trochę mniej dobra kiełbasa (za to pies się ucieszył...), chybotliwy grill i chybotliwy namiocik. Pies pogonił za bocianem, a potem za zającem. Ozór miała do pasa, łapy czarne, ale psi uśmiech od ucha do ucha. Nie mówcie naszej pani weterynarz.
Akumulatory na tydzień pracy trochę naładowane. Dotlenieni, najedzeni. Prawdziwe letnie popołudnie. I nawet deszcz zaczął padać jak już się zbieraliśmy. Koniecznie powtórka!
Dziecka nie było :). Po prostu usiadła na kocu i zajęła się sobą. Zrywała trawę i mech, oglądała robaczki, śledziła psa. A potem bezczelnie ukradła tacie połowę bułki i wcinała. W końcu - jak wszyscy, to wszyscy, babcia też!
Oj, powiem Wam, że to były cudne 3 godziny. Może to śmieszne, ale sama świadomość, ze siedzimy na swoim daje mega radochę. A do tego dobra kaszanka, trochę mniej dobra kiełbasa (za to pies się ucieszył...), chybotliwy grill i chybotliwy namiocik. Pies pogonił za bocianem, a potem za zającem. Ozór miała do pasa, łapy czarne, ale psi uśmiech od ucha do ucha. Nie mówcie naszej pani weterynarz.
Akumulatory na tydzień pracy trochę naładowane. Dotlenieni, najedzeni. Prawdziwe letnie popołudnie. I nawet deszcz zaczął padać jak już się zbieraliśmy. Koniecznie powtórka!
czwartek, 28 maja 2015
Dlaczego właściwie chcemy mieć dom?
O, proszę. Pierwszy post domowy, choć do budowy jeszcze trochę czasu.
Jak to jest, że czego człowiek nie robi, spotyka się z falą krytyki? Dlaczego wszyscy wokoło wiedzą lepiej, czego człowiek chce, na co może sobie pozwolić i jakie powinien mieć plany na przyszłość?
Nasz dom jeszcze nie stoi. Ba - jeszcze nawet nie wiemy, jaki to będzie dom. Szukamy, badamy, wyceniamy, porównujemy. Wypytujemy. Dzielimy się obserwacjami i pomysłami. I z tego dzielenia wychodzi sporo dobrego, ale i sporo goryczy. Face to face i wirtualnie.
Po pierwsze - "po co nam w ogóle ten dom"???!!! Mamy przecież mieszkanie. No tak. Mamy. Szalone 35m2. Szalone dwa pokoje. Rozwojowo dla rodziny, nie ma co ;). Ale za cenę tyci mieszkania będziemy mieli dom. Bez hałaśliwych, natrętnych i burackich sąsiadów (pamiętacie mój post o sąsiadach, prawda?). Z własnymi miejscami parkingowymi. Ze świeżym powietrzem i dzikimi ptakami kołującymi nad podwórkiem. Nowy, urządzony pod siebie. Dziecko dostanie swój pokój, a i my będziemy mieli luksus niespania w salonie.
Po drugie, "co taki mały, podusicie się". Bo planujemy domek ok. 70-metrowy. Dla rodziny 3+pies, idealnie. W typowej polskiej głowie jednak dom = pałac. 200 metrów co najmniej! Osiem pokoi, trzy łazienki! Bo to znak luksusu, tak jak duże auto. Co z tego, że kredyt na dom dożywotni i brak wakacji do końca życia, a samochód to średniowieczny Mercedes mający pół miliona kilometrów na pace! Ale DUŻY! Przecież goście! Przecież możemy urodzić jeszcze pięcioraczki!
No cóż. Jasne. Może zdarzyć się milion rzeczy. A wśród tego miliona może się też zdarzyć choćby utrata pracy. Kto wtedy spłaci ten potężny kredyt? Mierz siły na zamiary, grzmi w głowie stare porzekadło.
Rozwalił mnie argument "po co budować dom, który nie jest idealny? To już lepiej zostać w kawalerce, a kasę wydać n wakacje". Bosko. Po co kupować starą Skodę, jak nas nie stać na Audi? można przecież jeździć autobusem, a samochody podziwiać na parkingu! Po co robić cokolwiek, lepiej usiąść i czekać na starość. No proooooszę! Mamy plan, mamy chęć, mamy możliwość - skromną, ale mamy! Dlaczego jej nie wykorzystać, teraz, kiedy jesteśmy młodzi? Nie pojmę!
Po trzecie, "taki mały, zaraz znów będzie wam ciasno". Pewnie będzie. Jak wszędzie. Człowiek to zwierzę gromadzące. Wprowadzałam się do kawalerki jednym samochodem, 1,5 roku później zabierałam się już dwoma. Trudno, jakoś sobie będziemy musieli radzić. Będzie ciasny, ale własny. Swoisty kompromis między fantazją a rzeczywistością. "70 metrów? Toż to duży garaż!", czytamy. No cóż, mówcie mi Syrenka, a mężowi Polonez więc!
Milion uwag do samego potencjalnego domku. Ło, taka mała łazienka. No, mała. Dla mnie łazienka jest do mycia i siurania, nie musi mieć kilometrów. Ło, do łazienki wchodzi się od kuchni. No, wchodzi. Jak w milionie mieszkań. W milionie wchodzi się z przedpokoju, w milionie jeszcze inaczej. I? Ło, schody. No, schody. Jakoś na górę trzeba wejść. Ło, tylko trzy pokoje. A goście? Goście pośpią na wygodnej sofie w salonie i przeżyją spokojnie. Wszędzie ktoś widzi problem, którego my nie widzimy. Każdy ma inny gust, inne potrzeby. Taki banał,a nie każdy o tym pamięta.
Na koniec, po co nam ten dom? Bo o nim marzyliśmy, a marzenia są po to, by je spełniać.Trzymajcie kciuki.
Jak to jest, że czego człowiek nie robi, spotyka się z falą krytyki? Dlaczego wszyscy wokoło wiedzą lepiej, czego człowiek chce, na co może sobie pozwolić i jakie powinien mieć plany na przyszłość?
Nasz dom jeszcze nie stoi. Ba - jeszcze nawet nie wiemy, jaki to będzie dom. Szukamy, badamy, wyceniamy, porównujemy. Wypytujemy. Dzielimy się obserwacjami i pomysłami. I z tego dzielenia wychodzi sporo dobrego, ale i sporo goryczy. Face to face i wirtualnie.
Po pierwsze - "po co nam w ogóle ten dom"???!!! Mamy przecież mieszkanie. No tak. Mamy. Szalone 35m2. Szalone dwa pokoje. Rozwojowo dla rodziny, nie ma co ;). Ale za cenę tyci mieszkania będziemy mieli dom. Bez hałaśliwych, natrętnych i burackich sąsiadów (pamiętacie mój post o sąsiadach, prawda?). Z własnymi miejscami parkingowymi. Ze świeżym powietrzem i dzikimi ptakami kołującymi nad podwórkiem. Nowy, urządzony pod siebie. Dziecko dostanie swój pokój, a i my będziemy mieli luksus niespania w salonie.
Po drugie, "co taki mały, podusicie się". Bo planujemy domek ok. 70-metrowy. Dla rodziny 3+pies, idealnie. W typowej polskiej głowie jednak dom = pałac. 200 metrów co najmniej! Osiem pokoi, trzy łazienki! Bo to znak luksusu, tak jak duże auto. Co z tego, że kredyt na dom dożywotni i brak wakacji do końca życia, a samochód to średniowieczny Mercedes mający pół miliona kilometrów na pace! Ale DUŻY! Przecież goście! Przecież możemy urodzić jeszcze pięcioraczki!
No cóż. Jasne. Może zdarzyć się milion rzeczy. A wśród tego miliona może się też zdarzyć choćby utrata pracy. Kto wtedy spłaci ten potężny kredyt? Mierz siły na zamiary, grzmi w głowie stare porzekadło.
Rozwalił mnie argument "po co budować dom, który nie jest idealny? To już lepiej zostać w kawalerce, a kasę wydać n wakacje". Bosko. Po co kupować starą Skodę, jak nas nie stać na Audi? można przecież jeździć autobusem, a samochody podziwiać na parkingu! Po co robić cokolwiek, lepiej usiąść i czekać na starość. No proooooszę! Mamy plan, mamy chęć, mamy możliwość - skromną, ale mamy! Dlaczego jej nie wykorzystać, teraz, kiedy jesteśmy młodzi? Nie pojmę!
Po trzecie, "taki mały, zaraz znów będzie wam ciasno". Pewnie będzie. Jak wszędzie. Człowiek to zwierzę gromadzące. Wprowadzałam się do kawalerki jednym samochodem, 1,5 roku później zabierałam się już dwoma. Trudno, jakoś sobie będziemy musieli radzić. Będzie ciasny, ale własny. Swoisty kompromis między fantazją a rzeczywistością. "70 metrów? Toż to duży garaż!", czytamy. No cóż, mówcie mi Syrenka, a mężowi Polonez więc!
Milion uwag do samego potencjalnego domku. Ło, taka mała łazienka. No, mała. Dla mnie łazienka jest do mycia i siurania, nie musi mieć kilometrów. Ło, do łazienki wchodzi się od kuchni. No, wchodzi. Jak w milionie mieszkań. W milionie wchodzi się z przedpokoju, w milionie jeszcze inaczej. I? Ło, schody. No, schody. Jakoś na górę trzeba wejść. Ło, tylko trzy pokoje. A goście? Goście pośpią na wygodnej sofie w salonie i przeżyją spokojnie. Wszędzie ktoś widzi problem, którego my nie widzimy. Każdy ma inny gust, inne potrzeby. Taki banał,a nie każdy o tym pamięta.
Na koniec, po co nam ten dom? Bo o nim marzyliśmy, a marzenia są po to, by je spełniać.Trzymajcie kciuki.
wtorek, 26 maja 2015
Mój pierwszy Dzień Matki
Tak patetycznie dziś ;)
W prezencie od córki dostałam spanie do 7.30. Piękny prezent. Spisała się młoda.
Jak się czuję jako mama? Jak się zmieniło moje życie? "Jak to jest"?
Bardzo chciałam być mamą. To znaczy, najpierw bardzo nie chciałam, a potem poznałam Pi i się odmieniło. Musiałam jednak jeszcze długo czekać. I się przytrafiło. Na początku, paradoksalnie, strasznie rozpaczałam. Zrobiłam popylinę w gabinecie, nakrzyczałam na Anty-Księcia, płakałam. Potem się z tym pogodziłam, choć jak zapewne pamiętacie, ciążą zachwycona nie byłam ;).
A potem młoda się urodziła. "Się". Zabawne - taki wysiłek i ból ze strony matki, a mówi się tak, jakby dziecko rodziło się samo... I wcale nie pokochałam do szaleństwa od razu. Pierwsze odczucia były rozmaite - lęk, ciekawość, a przede wszystkim, miażdżące wręcz poczucie odpowiedzialności. Miłość przychodziła stopniowo i rośnie do dziś. Rosła wraz z przywiązaniem, zależnością od siebie, rozczuleniem i potrzebą opieki nad tym bezbronnym stworzonkiem, które beze mnie nie poradziłoby sobie z niczym.
Życie zmieniło się bardzo. Niemal totalnie. Niemal, bo walczę o siebie w tym wszystkim. Skończyło się spanie w weekendy, drzemki w dzień, spontaniczne wyjścia z domu. Wszystko zaplanowane i ustawione pod bobasa - żeby wstał, zjadł, miał sucho, a my abyśmy obrócili w 2 godziny, bo zgłodnieje. Koniec z siedzeniem w stajni. Koniec z leniwym wieczorem z mężem. Ale wiecie co? Nie żałuję. Człowiek nauczył się robić kilka rzeczy na raz, wyłuskiwać tzw. ziarenka wolnego czasu. Jak mała śpi ponad 2 godziny, zaczynamy się już nudzić ;).
Bycie mamą to przygoda i wyzwanie. Choć zdaję sobie sprawę, że dopiero zaczyna się wychowanie - bo niemowlaka do pewnego momentu bardziej się obsługuje niż wychowuje. Ale cieszę się na te kolejne etapy. I mam nadzieję, że będę dla Linki taką mamą, jaką moja jest dla mnie.
W prezencie od córki dostałam spanie do 7.30. Piękny prezent. Spisała się młoda.
Jak się czuję jako mama? Jak się zmieniło moje życie? "Jak to jest"?
Bardzo chciałam być mamą. To znaczy, najpierw bardzo nie chciałam, a potem poznałam Pi i się odmieniło. Musiałam jednak jeszcze długo czekać. I się przytrafiło. Na początku, paradoksalnie, strasznie rozpaczałam. Zrobiłam popylinę w gabinecie, nakrzyczałam na Anty-Księcia, płakałam. Potem się z tym pogodziłam, choć jak zapewne pamiętacie, ciążą zachwycona nie byłam ;).
A potem młoda się urodziła. "Się". Zabawne - taki wysiłek i ból ze strony matki, a mówi się tak, jakby dziecko rodziło się samo... I wcale nie pokochałam do szaleństwa od razu. Pierwsze odczucia były rozmaite - lęk, ciekawość, a przede wszystkim, miażdżące wręcz poczucie odpowiedzialności. Miłość przychodziła stopniowo i rośnie do dziś. Rosła wraz z przywiązaniem, zależnością od siebie, rozczuleniem i potrzebą opieki nad tym bezbronnym stworzonkiem, które beze mnie nie poradziłoby sobie z niczym.
Życie zmieniło się bardzo. Niemal totalnie. Niemal, bo walczę o siebie w tym wszystkim. Skończyło się spanie w weekendy, drzemki w dzień, spontaniczne wyjścia z domu. Wszystko zaplanowane i ustawione pod bobasa - żeby wstał, zjadł, miał sucho, a my abyśmy obrócili w 2 godziny, bo zgłodnieje. Koniec z siedzeniem w stajni. Koniec z leniwym wieczorem z mężem. Ale wiecie co? Nie żałuję. Człowiek nauczył się robić kilka rzeczy na raz, wyłuskiwać tzw. ziarenka wolnego czasu. Jak mała śpi ponad 2 godziny, zaczynamy się już nudzić ;).
Bycie mamą to przygoda i wyzwanie. Choć zdaję sobie sprawę, że dopiero zaczyna się wychowanie - bo niemowlaka do pewnego momentu bardziej się obsługuje niż wychowuje. Ale cieszę się na te kolejne etapy. I mam nadzieję, że będę dla Linki taką mamą, jaką moja jest dla mnie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









































