No i wygląda na to, że ze zdjęcia po lewej macha do nas nasza CÓRKA!
To dziwne. Zawsze marzyłam o córeczce, a jednak jakoś się przyzwyczaiłam do myśli, że pewnie, w związku z przewrotnością świata, będzie to syn. A tu, proszę, jaka niespodzianka! Paszcza mi się sama cieszy dookoła głowy, przyszły tata dostał wypieków i lekkiej temperatury wczoraj - jest ekscytacja!
Jest niewielkie ryzyko, że jeszcze okaże się chłopakiem, ale jesteśmy (no, doktores jest) raczej pewni.
A, tak się chciałam podzielić <3
Witaj w świecie siłaczki! Siłaczka jest nauczycielką angielskiego, niedużą ciałem, acz wielką duchem babką, która stara się wziąć byka za rogi i się nie dać :) Zapraszam do czytania, komentowania, próbowania moich smakołyków, dzielenia się spostrzeżeniami, chwalenia się, narzekania - no, co komu w duszy gra :)
wtorek, 25 lutego 2014
Z życia... ciężarówki?
Ktoś mnie nawet ostatnio pytał, czy w związku z zaszłymi (nomen omen...) zmianami "Siłaczka" zmieni się w bloga tzw. parentingowego (podpatrzyłam u "konkurencji", że tak to się nazywa). Otóż - nie. Nie sądzę. Mam nadzieję, że nie :) Póki co mam mocne postanowienie, że nie pozwolę sobie samej postradać resztek rozumu i resztek indywidualności. Jedni straszą, że na bank oszaleję i nie wrócę do dawnej siebie. Inni (dzięki, Kochanie!) obiecują, że mi na to nie pozwolą.
Spokojnie, nie zamierzam tu się rozwodzić nad moją obecną fizjologią, opisywać objawów - jak ktoś ciekaw, w internecie pełno blogów i vlogów na ten temat, kobitki bez krępacji opowiadają o wszelakich przypadłościach swojego podwozia i swoich zderzaków (pozwolę sobie utrzymać konwencję motoryzacyjną). Brr.
Raczej kilka luźnych przemyśleń. Dziwne to wszystko. Masa zmian na poziomie ciała i duszy. Wewnętrzna walka na obu poziomach. Powoli mija mi bunt, choć jeszcze czasem coś w środku ukłuje, kiedy pomyślę, że nic już nie będzie jak dawniej (fakt, może będzie lepiej, jak mówią - to się dopiero okaże), że nie będzie już takiej swobody, że nie zobaczę już tego, co chciałam zobaczyć, nie pojadę tam, gdzie chciałam pojechać. Że jak my się pomieścimy, jak wydolimy finansowo. Takie tam. Że może powinnam wybrać inną drogę. Ale to tylko czasami. Chyba każda przyszła Matka Polka miewa wątpliwości, zmartwienia itepe.
Z drugiej strony, czasem dopadają myśli wręcz odwrotne - człowiek się cieszy jak głupek, ogląda wózki, kupuje ciuszki (tak, zgrzeszyłam dziś jednym bodziakiem i jednymi śpiochami!). Łapię się na tym, że nieświadomie miziam się po brzuchu (a śmiałam się jeszcze w czwartek z bab w przychodni, że stoją takie grube matrony i się tak ostentacyjnie gładzą...). Cieszę się jak szalona z ciąży koleżanki i gadamy sobie o tym. Śmieję się, że potencjalnie mogę wylądować na porodówce z a) koleżanką z pracy i/ lub b) kursantką. Bo nam się terminy niemal zbiegają. Patrzę i słucham naszych rodziców, moich dziadków, jak się wszyscy cieszą obłędnie (chyba bardziej niż ja) i to mnie też jakoś tak motywuje, żeby jednak wykrzesać więcej entuzjazmu.
Bo będzie fajnie, co nie? :)
Spokojnie, nie zamierzam tu się rozwodzić nad moją obecną fizjologią, opisywać objawów - jak ktoś ciekaw, w internecie pełno blogów i vlogów na ten temat, kobitki bez krępacji opowiadają o wszelakich przypadłościach swojego podwozia i swoich zderzaków (pozwolę sobie utrzymać konwencję motoryzacyjną). Brr.
Raczej kilka luźnych przemyśleń. Dziwne to wszystko. Masa zmian na poziomie ciała i duszy. Wewnętrzna walka na obu poziomach. Powoli mija mi bunt, choć jeszcze czasem coś w środku ukłuje, kiedy pomyślę, że nic już nie będzie jak dawniej (fakt, może będzie lepiej, jak mówią - to się dopiero okaże), że nie będzie już takiej swobody, że nie zobaczę już tego, co chciałam zobaczyć, nie pojadę tam, gdzie chciałam pojechać. Że jak my się pomieścimy, jak wydolimy finansowo. Takie tam. Że może powinnam wybrać inną drogę. Ale to tylko czasami. Chyba każda przyszła Matka Polka miewa wątpliwości, zmartwienia itepe.
Z drugiej strony, czasem dopadają myśli wręcz odwrotne - człowiek się cieszy jak głupek, ogląda wózki, kupuje ciuszki (tak, zgrzeszyłam dziś jednym bodziakiem i jednymi śpiochami!). Łapię się na tym, że nieświadomie miziam się po brzuchu (a śmiałam się jeszcze w czwartek z bab w przychodni, że stoją takie grube matrony i się tak ostentacyjnie gładzą...). Cieszę się jak szalona z ciąży koleżanki i gadamy sobie o tym. Śmieję się, że potencjalnie mogę wylądować na porodówce z a) koleżanką z pracy i/ lub b) kursantką. Bo nam się terminy niemal zbiegają. Patrzę i słucham naszych rodziców, moich dziadków, jak się wszyscy cieszą obłędnie (chyba bardziej niż ja) i to mnie też jakoś tak motywuje, żeby jednak wykrzesać więcej entuzjazmu.
Bo będzie fajnie, co nie? :)
środa, 12 lutego 2014
Jak to jest z tym wiekiem?
Jakiś taki dziś dzień refleksji. Może to przez wczorajszą fejsbukową dyskusję pod tytułem "jednak się starzejemy".
Jak to właściwie jest z tym naszym wiekiem? Jaki wiek jest najlepszy? Czy faktycznie mamy tyle lat, na ile się czujemy?
Kiedyś wydawało mi się, że trzydziestka to już kaplica. Że młodym jest się do 25. roku życia, a potem - równia pochyła. Że życie mi przelatuje bez celu i sensu. Chyba typowe przemyślenia nastolatki.
Stwierdzam, będąc dziś u progu przekroczenia tej trzeciej "dychy", że... nie jest tak źle! Ba, nie chciałabym wrócić. Czytam mój odkopany z czeluści panieńskiego pokoju pamiętnik i łapię się za głowę. To ja byłam takim głupim "podlotem"? To ja naprawdę tak myślałam (o wszystkim: życiu, pracy, związkach)? Dziś łapie mnie śmiech.
Paradoksalnie, teraz lubię siebie bardziej niż kiedykolwiek. Pogodziłam się ze sobą - to chyba dlatego. Zaakceptowałam swój wygląd i swoje wnętrze. Przestałam uważać się za swojego największego wroga (dopada mnie to tylko w chwilach jakiegoś wyjątkowego dołka). Lubię swoje małe, nudne życie. Czuję się kobietą szczęśliwą i spełnioną. Mam pracę, którą uwielbiam. Mam swoje mieszkanko. Mam swój najbrzydszy na świecie i najlepszy na świecie zarazem samochodzik. Dogadałam się na starość ze swoim koniem. I, co najważniejsze, wiem, że mam wokół siebie masę wspaniałych, życzliwych ludzi. Rodzinę, przyjaciół, znajomych, ba, nawet szefowe mam fajoskie! Lada moment zostanę żoną, chwilę później zostanę mamą. Czego mi więcej trzeba?
Posłodziłam. A, co mi tam, czasem trzeba! ;)
Jak to właściwie jest z tym naszym wiekiem? Jaki wiek jest najlepszy? Czy faktycznie mamy tyle lat, na ile się czujemy?
Kiedyś wydawało mi się, że trzydziestka to już kaplica. Że młodym jest się do 25. roku życia, a potem - równia pochyła. Że życie mi przelatuje bez celu i sensu. Chyba typowe przemyślenia nastolatki.
Stwierdzam, będąc dziś u progu przekroczenia tej trzeciej "dychy", że... nie jest tak źle! Ba, nie chciałabym wrócić. Czytam mój odkopany z czeluści panieńskiego pokoju pamiętnik i łapię się za głowę. To ja byłam takim głupim "podlotem"? To ja naprawdę tak myślałam (o wszystkim: życiu, pracy, związkach)? Dziś łapie mnie śmiech.
Paradoksalnie, teraz lubię siebie bardziej niż kiedykolwiek. Pogodziłam się ze sobą - to chyba dlatego. Zaakceptowałam swój wygląd i swoje wnętrze. Przestałam uważać się za swojego największego wroga (dopada mnie to tylko w chwilach jakiegoś wyjątkowego dołka). Lubię swoje małe, nudne życie. Czuję się kobietą szczęśliwą i spełnioną. Mam pracę, którą uwielbiam. Mam swoje mieszkanko. Mam swój najbrzydszy na świecie i najlepszy na świecie zarazem samochodzik. Dogadałam się na starość ze swoim koniem. I, co najważniejsze, wiem, że mam wokół siebie masę wspaniałych, życzliwych ludzi. Rodzinę, przyjaciół, znajomych, ba, nawet szefowe mam fajoskie! Lada moment zostanę żoną, chwilę później zostanę mamą. Czego mi więcej trzeba?
Posłodziłam. A, co mi tam, czasem trzeba! ;)
czwartek, 6 lutego 2014
Dni Batata :)
Siłaczka miała początkowo być blogiem kulinarnym, a jakoś tak ewoluowała na "o wszystkim i o niczym". Nie wyszło jej to chyba na złe, ale czasem dostaję sygnały, że ktoś najbardziej lubi wpisy o gotowaniu i czeka na nowe przepisy.
Wrócę zatem do smakołyków minionego weekendu.
Pewnie dla niektórych z Was to żadna sensacja, ale dla mnie - owszem. Wreszcie jadłam bataty! Człowiek ogląda od lat te amerykańskie filmy i wszędzie wcinają te słodkie ziemniaki. Za którymś razem nie wytrzymałam. "Kamil, co to są te słodkie ziemniaki? Jak to smakuje? Musimy zrobić!". I tak słowo ciałem się stało. Kupiliśmy AŻ trzy bataty - bo tyle było w sklepie - i okazało się to aż nadto.
Bataty okazały się okropnie twarde - Kamil ledwo dał radę je pokroić na frytki! Jakoś jednak się udało i tak pomarańczowe słupki powędrowały do pieca, skropione oliwą, posypane solą, pieprzem, pieprzem cayenne i papryką. Piekły się do miękkości i względnej "chrupiącości" i wystąpiły w towarzystwie karkówki duszonej z cebulą oraz buraczków i marchewki z groszkiem:
Na drugi dzień, pozostały batat został przeze mnie zmieniony w puree - klasycznie, ugotowany i ugnieciony z odrobiną masła i mleka, plus sól, pieprz i trochę gałki muszkatołowej.
Wrazenia? Batat smakuje jak owoc mezaliansu kartofla i marchewki. Dosłownie. Słodki. Śmieszny.
Na koniec jeszcze deser. Deser wytrawny. Mój wspaniały prawie-już-mąż wyczarował gruszki w winie z serem:
Zagotowujemy wytrawne czerwone wino (tak z pół butelki?) w rondelku, rozpuszczamy w nim łyżkę miodu. Wkładamy obrane, przekrojone na pół gruszki, przykrywamy i zostawiamy na kilka godzin. Przed podaniem, kładziemy na każdą gruszkę kawałek sera typu lazur. Osz, kurczę, jakie to dobre!
Uspokajam: podczas gotowania, procenty z wina ulatują, pozostaje smak i aromat. Ser pleśniowy jest z mleka pasteryzowanego. Przyszłe Matki Polki mogą skosztować ;)
Wrócę zatem do smakołyków minionego weekendu.
Pewnie dla niektórych z Was to żadna sensacja, ale dla mnie - owszem. Wreszcie jadłam bataty! Człowiek ogląda od lat te amerykańskie filmy i wszędzie wcinają te słodkie ziemniaki. Za którymś razem nie wytrzymałam. "Kamil, co to są te słodkie ziemniaki? Jak to smakuje? Musimy zrobić!". I tak słowo ciałem się stało. Kupiliśmy AŻ trzy bataty - bo tyle było w sklepie - i okazało się to aż nadto.
Bataty okazały się okropnie twarde - Kamil ledwo dał radę je pokroić na frytki! Jakoś jednak się udało i tak pomarańczowe słupki powędrowały do pieca, skropione oliwą, posypane solą, pieprzem, pieprzem cayenne i papryką. Piekły się do miękkości i względnej "chrupiącości" i wystąpiły w towarzystwie karkówki duszonej z cebulą oraz buraczków i marchewki z groszkiem:
Na drugi dzień, pozostały batat został przeze mnie zmieniony w puree - klasycznie, ugotowany i ugnieciony z odrobiną masła i mleka, plus sól, pieprz i trochę gałki muszkatołowej.
Wrazenia? Batat smakuje jak owoc mezaliansu kartofla i marchewki. Dosłownie. Słodki. Śmieszny.
Na koniec jeszcze deser. Deser wytrawny. Mój wspaniały prawie-już-mąż wyczarował gruszki w winie z serem:
Zagotowujemy wytrawne czerwone wino (tak z pół butelki?) w rondelku, rozpuszczamy w nim łyżkę miodu. Wkładamy obrane, przekrojone na pół gruszki, przykrywamy i zostawiamy na kilka godzin. Przed podaniem, kładziemy na każdą gruszkę kawałek sera typu lazur. Osz, kurczę, jakie to dobre!
Uspokajam: podczas gotowania, procenty z wina ulatują, pozostaje smak i aromat. Ser pleśniowy jest z mleka pasteryzowanego. Przyszłe Matki Polki mogą skosztować ;)
czwartek, 30 stycznia 2014
Spacer w myślach
Zdarza Wam się, że wybieracie się na wycieczkę, nie opuszczając własnego łóżka czy fotela? Porzucić ciało na kanapie i pozwolić myślom wędrować? Gdzie wtedy chadzacie?
Ja, kiedy chcę się na przykład wyciszyć przed snem, zawsze wracam na Mokotów. Jak nie lubię Warszawy, tak tę dzielnicę kocham. Spędziłam tam kilka lat dzieciństwa, a wiele lat potem, najpiękniejszy pierwszy okres życia "na swoim". Pierwsze swoje M, pierwsza samodzielność. Dwa najbardziej magiczne momenty życia zastały mnie na starym Mokotowie. Do tej pory zdarza mi się zatęsknić. Przychodzi taki dzień, kiedy mnie nosi, kiedy nozdrza wyłapią zapach nagrzanych słońcem topoli i wtedy chce mi się Mokotowa.
Sen nie chce przyjść. Uciekam więc myślami. Wychodzę z metra i idę pod drzewami w Alei Niepodległości. Mijam sklepy w suterenie. Z upalnej ulicy wchodzę w chłód pięknej, starej klatki schodowej wyłożonej marmurem. Klekot starej windy wciąga mnie na trzecie piętro, pod drzwi numer 13. Moja szczęśliwa trzynastka... Moje szczęśliwe, "szalone" 27 metrów kwadratowych. Przedpokój z kuchenką. Łazienka - jamnik z ogromnym lustrem oświetlonym rzędem dużych żarówek. Wysoki pokój z dwoma ogromnymi oknami. Trzeszczące drewniane klepki podłogi i ten specyficzny zapach, który pamiętam do dziś. Coraz słabiej. A chciałabym go zatrzymać na zawsze.
Nosi mnie. Wypadam z powrotem na ulicę. Chce mi się iść. Moje ulubione uliczki - Wiśniowa, Kwiatowa, Różana. Oglądam kamienice i zastanawiam się, jak wyglądają mieszkania w nich. Czasem przez okno widać piece kaflowe czy belki pod sufitem. Wiem, jakie piękne są mieszkania w naszym budynku - za ścianą 100-metrowe, z oryginalną mozaiką na podłodze... Zazdrość...
Na Różanej mijam Cafe Lokalną. Spotykaliśmy się w niej czasem z tatą na lunch i pogaduchy. Jak ja to lubiłam! To było jak takie nasze małe święto. Dla taty chyba też. Dziwne miejsce, dziwni panowie, obsługujący nas jakby z niechęcią. Za to pyszne tosty z szynką i szparagami, no i gorąca czekolada. Skręcam w Kazimierzowską, idę nią aż do parku.
Albo wybieram trasę alternatywną. W wyobraźni nie bolą nogi i nie goni mnie czas. Idę na Pole Mokotowskie. Zielone płuca Warszawy. To tu jako dzieciak łowiłam kijanki. Woda nadal jest. Masa ludzi opala się na trawie, psy i dzieci chlapią się w wodzie. Mnóstwo ludzi na rolkach. Cisza. Jakby tej całej strasznej metropolii w ogóle tam nie było. Jesteśmy w zielonej bańce. Wiatr zawiewa zapach waty cukrowej i topoli. Mokotów pachnie topolą. Moje dzieciństwo pachnie topolą. Moje stare życie nią pachnie. Życie, którego już nie ma. Które rozpaczliwie próbuję zachować w mojej pamięci, a ono się wymyka i wietrzeje.
Mam mało zdjęć. Myślałam, że więcej. Albo i miałam więcej, ale pousuwałam. Wtedy jeszcze myślałam, że to coś pomoże. Dziś wolałabym je mieć, chociaż były bolesne. Dlatego cztery pierwsze są zapożyczone z internetu, reszta moja.
Ja, kiedy chcę się na przykład wyciszyć przed snem, zawsze wracam na Mokotów. Jak nie lubię Warszawy, tak tę dzielnicę kocham. Spędziłam tam kilka lat dzieciństwa, a wiele lat potem, najpiękniejszy pierwszy okres życia "na swoim". Pierwsze swoje M, pierwsza samodzielność. Dwa najbardziej magiczne momenty życia zastały mnie na starym Mokotowie. Do tej pory zdarza mi się zatęsknić. Przychodzi taki dzień, kiedy mnie nosi, kiedy nozdrza wyłapią zapach nagrzanych słońcem topoli i wtedy chce mi się Mokotowa.
Sen nie chce przyjść. Uciekam więc myślami. Wychodzę z metra i idę pod drzewami w Alei Niepodległości. Mijam sklepy w suterenie. Z upalnej ulicy wchodzę w chłód pięknej, starej klatki schodowej wyłożonej marmurem. Klekot starej windy wciąga mnie na trzecie piętro, pod drzwi numer 13. Moja szczęśliwa trzynastka... Moje szczęśliwe, "szalone" 27 metrów kwadratowych. Przedpokój z kuchenką. Łazienka - jamnik z ogromnym lustrem oświetlonym rzędem dużych żarówek. Wysoki pokój z dwoma ogromnymi oknami. Trzeszczące drewniane klepki podłogi i ten specyficzny zapach, który pamiętam do dziś. Coraz słabiej. A chciałabym go zatrzymać na zawsze.
Nosi mnie. Wypadam z powrotem na ulicę. Chce mi się iść. Moje ulubione uliczki - Wiśniowa, Kwiatowa, Różana. Oglądam kamienice i zastanawiam się, jak wyglądają mieszkania w nich. Czasem przez okno widać piece kaflowe czy belki pod sufitem. Wiem, jakie piękne są mieszkania w naszym budynku - za ścianą 100-metrowe, z oryginalną mozaiką na podłodze... Zazdrość...
Na Różanej mijam Cafe Lokalną. Spotykaliśmy się w niej czasem z tatą na lunch i pogaduchy. Jak ja to lubiłam! To było jak takie nasze małe święto. Dla taty chyba też. Dziwne miejsce, dziwni panowie, obsługujący nas jakby z niechęcią. Za to pyszne tosty z szynką i szparagami, no i gorąca czekolada. Skręcam w Kazimierzowską, idę nią aż do parku.
Albo wybieram trasę alternatywną. W wyobraźni nie bolą nogi i nie goni mnie czas. Idę na Pole Mokotowskie. Zielone płuca Warszawy. To tu jako dzieciak łowiłam kijanki. Woda nadal jest. Masa ludzi opala się na trawie, psy i dzieci chlapią się w wodzie. Mnóstwo ludzi na rolkach. Cisza. Jakby tej całej strasznej metropolii w ogóle tam nie było. Jesteśmy w zielonej bańce. Wiatr zawiewa zapach waty cukrowej i topoli. Mokotów pachnie topolą. Moje dzieciństwo pachnie topolą. Moje stare życie nią pachnie. Życie, którego już nie ma. Które rozpaczliwie próbuję zachować w mojej pamięci, a ono się wymyka i wietrzeje.
Mam mało zdjęć. Myślałam, że więcej. Albo i miałam więcej, ale pousuwałam. Wtedy jeszcze myślałam, że to coś pomoże. Dziś wolałabym je mieć, chociaż były bolesne. Dlatego cztery pierwsze są zapożyczone z internetu, reszta moja.
niedziela, 19 stycznia 2014
Spacerowo
Nie wiem, jak Wy, ale my uwielbiamy wyprawy małe i duże. Wyczekujemy weekendu, wyglądamy ładnej pogody i wtedy pakujemy psa do samochodu i ruszamy. Czasem jest to wycieczka do któregoś z naszych urokliwych miast. Czasem nad morze. A czasem po prostu do któregoś z okolicznych lasów. Niesamowicie ładuje to akumulatory, daje wytchnienie i zmienia perspektywę, choćby na parę chwil. Pozwala przenieść się na chwilę do innego świata. No i pomaga też naszej szalonej Lee, która wbrew temu, co pokazuje w domu, jest psem o ogromnych pokładach energii.
Dwa tygodnie temu zaliczyliśmy Bałtyk. Nasza ulubiona miejscówka w Mikoszewie za Jantarem. Poza sezonem cudownie pusto. Szeroka plaża, ubity piach, no i morze, które w mniemaniu naszego psa zaczepia i zachęca do zabawy. Państwo mogą sobie statecznie promenować, a pies robi kilometry, ratuje patyki, tarza się, skacze i poluje na fale.
Za to jedyne dwa tygodnie później, czyli dziś, aura typowo zimowa.
Udaliśmy się w naszą ulubioną okoliczną miejscówkę, do Bałd nad jeziorem Gim. Było pierońsko zimno, ale za to jak pięknie! Słońce i śnieg rozwiewany przez wiatr dały efekt wręcz nieco magiczny. Zresztą - zobaczcie sami:
Dwa tygodnie temu zaliczyliśmy Bałtyk. Nasza ulubiona miejscówka w Mikoszewie za Jantarem. Poza sezonem cudownie pusto. Szeroka plaża, ubity piach, no i morze, które w mniemaniu naszego psa zaczepia i zachęca do zabawy. Państwo mogą sobie statecznie promenować, a pies robi kilometry, ratuje patyki, tarza się, skacze i poluje na fale.
Za to jedyne dwa tygodnie później, czyli dziś, aura typowo zimowa.
Udaliśmy się w naszą ulubioną okoliczną miejscówkę, do Bałd nad jeziorem Gim. Było pierońsko zimno, ale za to jak pięknie! Słońce i śnieg rozwiewany przez wiatr dały efekt wręcz nieco magiczny. Zresztą - zobaczcie sami:
czwartek, 2 stycznia 2014
Lepiej.
Wyszło dziś słońce. Dosłownie i w przenośni.
Pierwszy od dawna tak pogodny dzień. Pachnie wiosną tak obłędnie, że aż nie chce się wracać ze spaceru. Uwielbiam ten zapach, upajam się nim i popadam w zapachową ekstazę. Wszystko wydaje się lżejsze.
Dziś też, pierwszy raz od wielu, wielu dni, poczułam się lepiej. Lżej. Pierwszy raz od dawna poczułam przypływ energii i jakiejkolwiek motywacji. Rano zabrałam się za układanie testów semestralnych (jeszcze do dopracowania, ale plan i główny zarys jest, są również wszystkie pytania na część ustną). potem pojechałam do Łosia, wyszorowałam mu kopyta (bo szanowny Pan Starszy ostatnio upodobał sobie stanie w jedynym błotnistym narożniku swojej kwaterki; ma tyle suchego, a ten z lubością zanurza się po pęciny w glinie - no, niemal widać uśmiech na paszczy!), wreszcie złapałam nożyczki i przycięłam grzywę - a jest to wyzwaniem, bo Łosiowa grzywa rośnie niezwykle obficie po obu stronach szyi. połaziłam z nim po hali, wywiozłam taczkę kup z wybiegu, a po powrocie jeszcze miałam masę energii na zakupy (na obiad będzie kurak w miodzie i brokuły z sosem jogurtowym) i spacer z Lilaczem.
I nie wiem - czy to z powodu słońca, czy się wreszcie wyspałam, czy może zaczynam godzić się ze sobą i z tym, z czym przyjdzie mi się w tym roku zmierzyć. Może wszystkiego po trochu?
Nie robię postanowień noworocznych. Mam jedynie plan, będący równocześnie życzeniem: PODOŁAĆ. Odnaleźć się w nowym i czerpać z tego tyle dobrego, ile się da. Trzymajcie kciuki.
Pierwszy od dawna tak pogodny dzień. Pachnie wiosną tak obłędnie, że aż nie chce się wracać ze spaceru. Uwielbiam ten zapach, upajam się nim i popadam w zapachową ekstazę. Wszystko wydaje się lżejsze.
Dziś też, pierwszy raz od wielu, wielu dni, poczułam się lepiej. Lżej. Pierwszy raz od dawna poczułam przypływ energii i jakiejkolwiek motywacji. Rano zabrałam się za układanie testów semestralnych (jeszcze do dopracowania, ale plan i główny zarys jest, są również wszystkie pytania na część ustną). potem pojechałam do Łosia, wyszorowałam mu kopyta (bo szanowny Pan Starszy ostatnio upodobał sobie stanie w jedynym błotnistym narożniku swojej kwaterki; ma tyle suchego, a ten z lubością zanurza się po pęciny w glinie - no, niemal widać uśmiech na paszczy!), wreszcie złapałam nożyczki i przycięłam grzywę - a jest to wyzwaniem, bo Łosiowa grzywa rośnie niezwykle obficie po obu stronach szyi. połaziłam z nim po hali, wywiozłam taczkę kup z wybiegu, a po powrocie jeszcze miałam masę energii na zakupy (na obiad będzie kurak w miodzie i brokuły z sosem jogurtowym) i spacer z Lilaczem.
I nie wiem - czy to z powodu słońca, czy się wreszcie wyspałam, czy może zaczynam godzić się ze sobą i z tym, z czym przyjdzie mi się w tym roku zmierzyć. Może wszystkiego po trochu?
Nie robię postanowień noworocznych. Mam jedynie plan, będący równocześnie życzeniem: PODOŁAĆ. Odnaleźć się w nowym i czerpać z tego tyle dobrego, ile się da. Trzymajcie kciuki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




























