czwartek, 26 marca 2015

Mały wędrowniczek

Jaram się jak pochodnia. Moje dziecko zaczyna się samo przemieszczać! Póki co jeszcze niezdarnie, mieszanką raczkowania i pełzania, ale z dnia na dzień coraz sprawniej i szybciej. Kończą się dni spokoju, zaczynają dni oczu dookoła głowy. Ale i tak się cieszę, bo raduje mnie jej rozwój.

Dziś Linka pierwszy raz sama opuściła pokój. Jeszcze ostrożnie, nie za daleko, ale z wyraźną uciechą. Ja tylko usuwałam z drogi kolejne sprzęty ;)

Mała fotorelacja:

Mamooooo! Pa! Co ja umiem!
Ooooo, farelka! Mniamuśna!

Cieść!
Och, a to kto...?
Czy ja muszę dodawać, że jestem totalnie zakochana...? :)




sobota, 21 marca 2015

Mama lubi to!

Dzisiejszy post typowo okołodzieciowy.

Każdy rodzic, szykując się na przybycie dziecka, kupuje i dostaje masę rzeczy. Masę kupuje także w trakcie. Niektóre leżą i się kurzą, inne okazują się hitem. Zależy od dziecka i od rodzica. Słyszałam o matkach, które za zbytek uznają łóżeczko i wózek.

Dziś kilka moich hitów, a jak nie hitów, to przynajmniej udanych zakupów.

Nosidło. Już pisałam. Kocham miłością wielką.
Wózek Riko Nano. Polska produkcja, śmiało zakrzyknę "dobre, bo polskie". Solidny, wygodny, prosty w obsłudze, prowadzi się rewelacyjnie, a do tego jest śliczny.
Kocyki Minky. Jestem zakochana w ich miękkości. Ciepłe, lekkie, Linka sobie na nich leży i pod nimi drzemie. Na rynku zatrzęsienie, polskie firmy, ciekawe wzory.


Leżaczek-bujaczek Tiny Love. Droga sprawa, ale polecam. Linka użytkuje od czasu, aż skończyła dwa miesiące. Jest bezpieczny dla pleców, bo rozkłada się na płasko. ma trzy pozycje, pasy, kilka melodyjek i wibracje. Obecnie linka zasiada w nim, kiedy towarzyszy mi w kuchni przy gotowaniu, a także w nim je.
Lampka z Biedronki. Oj, długo szukałam idealnej lampki na noc. Na początku kupiliśmy taką maleńką wkładaną wprost do gniazdka, ale dawała szpitalne, ostre światło. Zwykła lampka nocna - za jasna. Aż za jakieś szalone 12 złotych kupiłam w 'Biedzie" to. Świeci idealnie, delikatnie. Działa na baterie, włącza się automatycznie. Linka czasem się nią też bawi.
Mata do jogi. Lepsza niż wszelkie kocyki na podłogę, bo się nie ślizga i jest ciepła. Mama i tata też przysiądą.
Barierka do łóżka. Jako, że iż ponieważ Królewna niemal 8 miesięcy spała z nami i nadal tu dosypia, kiedy zrobiła się mobilna, zaistniała konieczność zabezpieczenia krawędzi łóżka. Konstrukcję mocuje się pod materacem i można spać spokojniej. Dziecię pierwszego dnia ją bojkotowało, a teraz nawet lubi, bo wydaje fajne dźwięki, kiedy się ją drapie, można też robić "a kuku".
A na koniec hit zabawkowy - świecąca kaczka! Prezent od mojej uczennicy. Gratis do kremu. Mała, gumowa, świeci na kolorowo. Jest szał :)



środa, 11 marca 2015

"Ocalić od zapomnienia"



Dzisiejszy wpis nie będzie ani zabawny, ani ironiczny, ani z różkami. Dziś będzie nostalgicznie, smutno i poważnie.

Zbierałam się w sobie dość długo, aby coś takiego napisać i wciąż nie wiem, czy to dobrze. A z drugiej strony czuję, że muszę to wszystko z siebie trochę wyrzucić, że muszę o tym pisać, pielęgnować, aby pewne rzeczy nie odeszły w zapomnienie, by żyły, bo w końcu ponoć  tak długo żyjemy, jak długo o nas pamiętają…

Dziś mijają trzy lata odkąd nie ma mojego Pi. Długo i krótko. Tyle już się zdążyło wydarzyć od tamtego czasu, a jednocześnie pewne wspomnienia są wciąż żywe, a niektóre sprawy wciąż bolą.

A historia zaczęła się tak bajkowo. Bo przecież nie można poznać kogoś na poważnie przez Internet, tam siedzą sami wariaci i wykolejeńcy. A tu taka niespodzianka. Można poznać normalnego, fajnego, miśkowatego faceta, który wyratuje z opresji, zabierze na spontanie do Krakowa, poczęstuje doniczką z kwiatkiem (gdzie ziemia okazuje się lodami posypanymi czekoladowym ciastkiem, a w środku pełzają robaczki z Haribo), sprowadzi nie wiadomo skąd płytę, która miała być nie do dostania, a na dobranoc zanuci jakąś „uroczą” kołysankę z repertuaru Tenacious D.
Ja zawsze powtarzam, że jak na moją życiową naiwność, aż dziw, że mam takie szczęście do ludzi. W tym do facetów.

I w ogóle, to była piękna historia dla mnie. Że też temu dzielnemu Pi się chciało mnie zaklinać! Bo w tamtym czasie, to ja wcale taka hop siup nie byłam, byłam dość mocno wycofana do ludzi, zero związków na koncie, najlepiej, to cały dzień siedzieć w stajni. I ten Pi, powoli, małymi kroczkami, wyhodował sobie ze mnie całkiem sympatyczną i romantyczną babę. Aż niektórzy łapali się za głowę – jak to, znacie się 5 miesięcy, a już wspólne mieszkanie??? Ano, tak wyszło… I to całkiem nieźle wyszło. Do teraz, te dwa lata są magicznym wspomnieniem, czymś, do czego wracam w myślach, starając się zapamiętać widoki, dźwięki, zapachy. Zapach mieszkania na Mokotowie. Smak lodów z galaretką. Pi robiący „ła ła łaaaa”. Dźwięk jego telefonu. Wspomnienia wypadu do Kazimierza i na Podlasie. Widok kościoła w Pasymiu przybranego słonecznikami. Zatrzymać, zatrzymać… A to ucieka z pamięci. Zapamiętuję na siłę, choć to boli.

Wszystko się skończyło. Nie będę się rozpisywać o końcu. Każdy albo prawie każdy miał do czynienia z chorobą na „r” i wie, jak to jest, jak wsysa wszystko i wszystkich dookoła. 11 marca się skończyło. I moje życie poniekąd też się skończyło. Wielowymiarowo. Poza oczywistym wymiarem cierpienia i żalu – drobnostki. Nie obejrzałam paru rzeczy, które mieliśmy oglądać razem – bo jak, bez Pi. Pewnych rzeczy nie gotuję. Nie słucham Queen’ów, bo ryczę. Nie mogę używać perfum, które akurat otworzyłam tego dnia, kiedy widzieliśmy się po raz ostatni. Dziwnie.

Ale żyję dalej. Czasem sobie tłumaczę, że rolą Pi było sprowadzić mnie do Olsztyna. Bo przecież nie uciekłam, zostałam, znalazłam ponownie swoje szczęście i sens. Dzięki niemu mam wspaniałych rodziców numer 2, a Kalina ma sześcioro dziadków. Dzięki niemu mieszkam w mieście, które kocham i w którym poznałam mego Anty-Księcia. Dzięki niemu mam moje mikro-mieszkanko.
Ale nie tylko sprawy namacalne. Dzięki niemu jestem mniej ponura i bardziej w siebie wierzę. Mam mniej kompleksów. A po jego odejściu stałam się silniejsza i nauczyłam się cieszyć drobnymi rzeczami.
Kurczę – to bardzo dużo mu zawdzięczam!

Dziękuję!

Pamiętam.

wtorek, 24 lutego 2015

Słowo się rzekło, koń i dziecko u jednego płota :)

Matka Polka, znudzona siedzeniem w domu i targana tęsknotą za swoim kopytnym pierworodnym, zebrała się na odwagę. Rankiem upakowała dziecię do samochodu, wyposażyła się w nosidło i ruszyła w swoją pierwszą samodzielną podróż z dzieckiem. Może to się niektórym wydać śmieszne, że dopiero - wszak dziecię ma 7 miesięcy! No cóż, ja człowiek lękliwy jestem i wcześniej się bałam. Ale koniec. Młoda dobrze radzi sobie w nosidle, nie muszę pakować do samochodu wózka - można szaleć. I nawet rozkopane miasto niestraszne. Mój poziom szczęścia i ekscytacji sięgał zenitu.

Na miejscu Kalina zrobiła furorę, czarując gospodarzy uśmiechami. Dała się ponosić pani Marcie, a matka na spokojnie wzuła swoje nieśmiertelne niebieskie sexi kalosze. Nosidło, kurtka, marchewki pod pachę - i można iść na pastwisko. Co z tego, że błoto. Zew konia jest silniejszy.

Konie zaintrygowane. W końcu koń niosący człowieka to norma, ale człowiek osiodłany? Z drugim mikro człowiekiem na sobie? Dziw nad dziwy. Trzeba wytrzeszczać oczyska jak węgielki i pufać chrapami.

Koń Właściwy również zafrapowany. Ale delikatny i pozytywny. On skądś wie, że dziecko to dziecko. kiedyś w Mycynach zanim się obejrzałam, 3-letni chłopczyk przytulił się do całej Łosiowej nogi. Ja zamarłam... A mój koń z maślanym wzrokiem tylko posmyrał szkraba po włoskach. On wie. Mój kochany.

Kalina zaśmiewała się w głos na widok tego "dużego psa", kiedy chodził i chrupał marchewki. A potem... zasnęła na mnie z nadmiaru wrażeń i tlenu.

Postanowione - chcę częściej!



niedziela, 22 lutego 2015

Ni wiosna, ni zima i zupa z rekina.

Rymowane podsumowanie niedzieli. Nareszcie weekend dla nas. Bez odwiedzin krewnych, szkoleń, pracy, dziś nawet bez konia. Potrzebne nam było, bo ostatnio to już nawet czasu ani siły pogadać...

Las. Co z tego, że roztopy...? No, w sumie to z tego, że pies do prania. Nieszczęśliwy wielce. Cóż, taka cena szaleństw po krzaczorach...

Córka też zadowolona. Przesiadła się ostatnio do wózka spacerowego, leży leciusieńko podniesiona i widzi świat, nie tylko niebo.

Spacer krótki, bo błoto, ale i tak fajny, bo z dala od zgiełku, razem i na powietrzu.

A po powrocie gorąca zupa. Skusiła mnie biedronkowa książeczka o kuchni portugalskiej i w garnku postała zupa z łososia i rekina. Lekko zmodyfikowana.
Skład:
  • mieszanka łosoś/ rekin 400g
  • 300ml passaty pomidorowej
  • por
  • 3 ząbki czosnku
  • oliwa
  • makaron nitki
  • sól, pieprz, ostra papryka
Podsmażamy na 4 łyżkach oliwy pora w plastrach i posiekany czosnek. Zalewamy passatą, dodajemy koło szklanki wody i rybę. Po 5 minutach jeszcze 3 szklanki wody i doprowadzamy do wrzenia, po czym wrzucamy makaron. Po 5 minutach gotowe, doprawić i wcinać. Jak dla nas - bez szału. Pierwsza randka z rekinem raczej bez emocji na miarę seansu "Szczęk". Mięsko ani fajnej konsystencji, ani powalającego smaku.




niedziela, 15 lutego 2015

Niech żyje nosidło!

Teraz modne stało się noszenie dzieci. Od noworodka, rodzice chustują. I dobrze. Zaspokajają potrzebę bliskości małego pisklaka, a sami mają wolne ręce.
Ja poległam w walce z chustą. Nie na moją nikłą cierpliwość. A, ze córa jest nieodrodną moją potomkinią... No, nie wyszło. Ale i tak chcę nosić. Kupiłam nosidło ergonomiczne Manduca. Jak na kawałek płótna z szelkami, potwornie droga impreza. Ale opłacalna. Jest tak zaprojektowane, aby dzieciak w nim siedział anatomicznie, a nie zwisał na, pardon, kroczu. Pozycja żabki, okrągłe plecki, podparty kark. A z punktu widzenia noszącego - wygodny, szeroki pas w talii i wyściełane szelki. Fajna sprawa.

Można nosić w domu, podczas odkurzania czy wieszania prania. Można nosić idąc do sklepu. Można iść tak z psem. I można wyżyć, jak się zamknie klucz od piwnicy razem z wózkiem w... piwnicy :). Teraz już sama czasem wybieram nosidło zamiast wózka, nie muszę taszczyć żelastwa po schodach.

Na razie noszę klasycznie na brzuchu. Linka jest już na tyle sztywna i długa, ze siedzi komfortowo. Kiedyś przyjdzie czas na "plecak" :)



poniedziałek, 2 lutego 2015

Kalina i jej siostrzyczka

Spokojnie, nie spodziewamy się kolejnego potomka. Brrr, nieeee!

Po prostu czworołapa "siostra", czyli moja kochana Leeloo, wreszcie zaczęła choć trochę zauważać dziecko.

Kiedy przynieśliśmy Kalinkę do domu ze szpitala, maciupką tak, że tonęła w czeluściach fotelika, pies udawał, że to tylko JA wróciłam. I taka tendencja się utrzymywała - pies traktował dziecko jak powietrze, przylatywał tylko kiedy się zakrztusiło - "ratunek" polegał jedynie na gapieniu się, ewentualnie schowaniu pod łóżkiem. Dziecko zachwiało tak cenione przez psa ład i rutynę. Jedyny profit to dłuższe spacery i to, że pies prawie nie zostaje sam w domu.

A teraz się zmienia. Linka psa uwielbia i aktywnie zaczepia. Woła, paca łapką, turla się w okolice psiego legowiska, próbuje się dzielić zabawkami. Pies z miną cierpiętnika znosi te zabiegi, a jak już musi, to młodą zalizuje :) Może będzie z tego jeszcze kiedyś przyjaźń...