środa, 30 lipca 2014

Mamą być...

...nie jest łatwo.

Od sześciu dni jestem mamą! W piątek o 11.30 przywitaliśmy na tym świecie Kalinkę. Trzy kilo szcęścia i zmian życiowych. Totalna rewolucja.

Nie ma już brzucha! Znów zakłądam skarpetki, schylam się i wychodzę z wanny jak człowiek.

Nie ma czasu! Cały dzień karmię i przewijam. W przerwach wyskoczę z psem czy oblecę internet.

Ale sami popatrzcie!



niedziela, 20 lipca 2014

Po prostu: niedziela w Lidzbarku

Nie mam pomysłu na tytuł posta.

Treści też będzie mało, będą zdjęcia.

Niedziela taka, jakie niedziele być powinny: pogodna (choć rano lało), leniwa i z wycieczką.
Nosi mnie. Jednak jakieś tam geny tatusia się odzywają i jak mam spędzić weekend w domu, to czuję się chora :).
Dziś obskoczyliśmy Lidzbark Warmiński i niedalekie Kłębowo, gdzie Luby spędzał czas będąc na wykopaliskach. Jezioro jak jezioro, za to ludzi znacznie mniej niż wczoraj nad Gimem, można było bezkolizyjnie usiąść i się zrelaksować.

Lidzbark jest dziwny. Średniowieczne uliczki i domy pobudowane na murach tuż obok obskurnych bloków. Historia zapisana w budynkach. Ale tak miło cicho i spokojnie. No i dobrą rybkę zjedliśmy. I mąż kupił mi cudnego konika w lokalnej galerii. Czuję się rozpieszczona.












sobota, 19 lipca 2014

Leniwe lato

No bo jak tu inaczej w takie upały. Zwłaszcza jak się jest turlającą się ciężarówką w 9 miesiącu. Praca skończona, wakacje mam, to i sobie siedzę i pachnę. No, z naciskiem na to pierwsze, bo ciężko pachnieć, jak człowiek płynie w tych plus 30 stopniach...

Przeprosiłam się z lustrzanką i staram się ją ogarnąć na nowo. Profi nigdy nie byłam, nie jestem i nie będę, ale przyjemności robienia zdjęć sobie nie odmówię. Są dla mnie i bliskich, i niech takie pozostaną.

Nie mam siły ani sumienia ruszać konia w takie upały. Jeżdżę aby go wyczyścić, nakarmić marchwią i burakami, ochłodzić wodą z węża i puścić z powrotem do kolegów. Niech będzie po prostu koniem. A ja łapię aparat i robię zwykłe, letnie zdjęcia końskich zadów i okolicznych chwastów.

Dziś wyskoczyliśmy na miasto, a potem do Bałd. Ostatnie chwile tylko we dwoje, trzeba korzystać.
Już wiem, że jak Bałdy, to tylko poza sezonem. Dziś człowiek na człowieku, namiot na namiocie, szał ciał i uprzęży na plaży i pokaz sylwetek na pomoście, łaaaa... Pachnie kiełbasą z grilla, słychać disco polo i wrzaski... Zdecydowanie wole tam być, kiedy lecą liście lub leży śnieżna czapa.











Z ciekawostek - Tytus nie dość, że ma nowy dom, to jeszcze ma dwie dziewczyny. Od tygodnia mieszkają z nami dwie samiczki. I jest wesoło, jest ruch w akwarium, małe cieszą oko, bo są żwawe, figlarne. Widać, jak odżywają po sklepie - już urosły (bo młodziutkie są jeszcze) i dostały kolorów. Tytus zaczął budować gniazdo - zobaczymy, co jeszcze się wydarzy ;)




sobota, 5 lipca 2014

Moje piękne miasto

Taaaa... Zaraz trzy lata mojego mieszkania w Olsztynie, a nadal jestem w nim zakochana. Mimo świadomości wad - ale wszak kocha się nie tylko za coś, a i pomimo (dzięki Ewa za ten cytat).

Jak w zeszłym roku, wyciągnęłam małża na spacer. Odgruzowałam lustrzankę - zdecydowanie się ostatnio leniłam w kwestii jej użycia. A miałam na te zdjęcia chęć już dawno, bo latając co miesiąc na badania krwi, wypatrzyłam uliczkę aż proszącą się o uwiecznienie.

Ileż u nas w centrum pięknych kamienic! Boże, jak też one się marnują... Łuszczą, sypią, śmierdzą wilgocią i grzybem... Smutno strasznie. A tak pięknie wyglądałyby odrestaurowane...

Z takimi mieszanymi uczuciami przemierzaliśmy uliczki, po czym wpadliśmy na Starówkę na gofry ze świeżymi owocami (rany, ale dobre - po co ja dotąd brałam z bitą śmietaną?).

Lubię takie spacery. Dziś dodatkowo moje dziecię jest wyjątkowo nieznośne i wydaje się kontente tylko kiedy chodzę - siedzenie owocuje serią dzikich kopów w prawy bok, bolesnych i wyglądających jak z filmu SF, brrr. Zaczynam tęsknie myśleć o rozwiązaniu - do czegóż to doszło ;)

Trochę zdjęć.












czwartek, 3 lipca 2014

Z dziennika młodego akwarysty

Młodego oczywiście stażem, nie wiekiem. Wiekiem jesteśmy całkiem dorośli :)

Akwarium ma w sobie coś fascynującego. Nawet to najmniejsze i najprostsze. Inny świat, wręcz taki mokro-świat w twoim mieszkaniu. Patrzenie wciąga.

Sama miałam akwarium dwa razy. I przyznam szczerze, że to jakiś cud, że te ryby żyły i miały się dobrze, bo poziom mojej wiedzy był zerowy, a i pomoc sprzedawców żadna. Pierwsze, w podstawówce, chyba nawet nie miało lampy... Ryby dobrane na zasadzie "jedna taka, jedna taka", bo ładne. Sprzedawca pakował bez zająknięcia. A że brzanki sumatrzańskie zakatowały mi glonojada - no cóż... Teraz już wiem, że brzanki to tylko z brzankami...

Drugi zbiornik już liceum/ studia, ale i ten daleki był od ideału. Sztuczne rośliny, zbyt krótki czas zakładania i inne grzechy. Ale już ryby dobierane bardziej z głową. Glonojad i żałobniczki pożyły 5 lat, więc aż tak źle nie było.

W zeszłym roku weszliśmy w posiadanie "dojrzałego" akwarium. Mój mąż marzył o rybkach. Ciągał mnie po zoologikach oglądać akwaria. Nie dziwię mu się, sama uwielbiam. kocham też oceanaria, no ale to już inna historia. I tak, postanowiłam zrobić mężowi urodzinową niespodziankę. Przez wiele dni szykowałam się teoretycznie, jeżdżąc po sklepach i czytając fora dla akwarystów. Za punkt honoru przyjęłam, że tym razem decyzja i organizacja będą mądre. Dowiedziałam się wiele, powstydziłam się za przeszłość, i ruszyłam do dzieła. Jako, że jesteśmy przecież Bida Małżeństwo, to i baniak skromny. Wybrałam 10-litrowy Shrimp Set - czyli w sumie krewetkarium, ale na nasze potrzeby wystarczający. Pojechałam, nakupiłam, a potem cała w ekscytacji zakładałam akwarium, aby zdążyć przed powrotem Lubego z pracy. Płukanie i sypanie podłoża, sadzenie roślin, filtr, zalewanie wodą, dodatki (anty-chlor, bakterie, pożywka dla roślin). I modły, aby muł opadł zanim Kamil wróci. udało się! Od progu kazałam mu zamknąć oczy i poprowadziłam do salonu. Jejuśku, jak on się cieszył! Zbiornik dojrzewał dwa tygodnie przed zarybieniem, a mój Kochany codziennie się i tak wpatrywał w roslinki.
W końcu nadszedł TEN dzień i zamieszkał z nami Tytus. Bojownik strzępiasty koloru niebieskiego. A wraz z nim żółty ślimak ampularia o imieniu JJ (dżej dżej) i dwa glonożerne otoski Janusz i Sebastian (nie patrzcie na mnie, imiona nadał małż, a pochodzą z kreskówki Kapitan Bomba).
Tytus jest boski - śmiejcie sie, ale bojowniki naprawdę mają swoje osobowości i charakterki, i są fascynujące do obserwacji. Nasz to typowy boss, paradujący po swoich włościach, dla zasady czasem poganiający za innymi mieszkańcami, żarłok i straszny "pies ogrodnika" - jak wrzucimy spirulinę dla roślinożerców, to sam nie zje, ale wisi nad pigułą i pilnuje. Czasem złapie w paszczę i szarpie z zawziętością rasowego pitbulla ;)
Był i zły czas - Tytus złapał grzybicę, bielały i odpadały mu jego piękne płetwy. Kupiliśmy środek grzybobójczy, mając nadzieję, ale i spodziewając się najgorszego. Środek, niestety, wybił ślimaka i otoski, ale... Tytus żyje do dziś, jest już z nami rok i ma się dobrze. Urósł, spotężniał, płetwy odrosły. zyskał nowych kompanów - JJ'a 2 (jest jeszcze fajniejszy niż tamten, biega, spada, wypuszcza czułki i rurkę niewiarygodnych rozmiarów, pompuje powietrze, no alien!) oraz glonojada zbrojnika albinosa - Odo (jedyne imię mojego pomysłu, ale i tak "mężowe", bo ze Star Treka).

Poniżej zdjęcia: pierwszy dzień baniaka, pierwszy Tytusa, Tytus "byczy" i JJ



Za to dziś, przed kolejnymi urodzinami Męża, zmiany i u Tytusa. Nowe Tytusarium! (tak bowiem nazywamy nasz akwar, jako, że Tytek jest zdecydowanie imperatorem i należą mu się tego typu triumfy).

Kupiliśmy baniak 25-litrowy. Nowe rośliny, w tym lotos, inne podłoże. Emocji tyle, co i wówczas. Mordki nam się cieszą. Stoją sobie teraz dwa zbiorniki koło siebie. Tytus może podziwiać swoje nowe M przez okno. musi dojrzeć, a wtedy przeprowadzka. Plan jest taki, że nasz Drań Niebieski dostanie do towarzystwa dwie samiczki! Będzie się działo! Jak to ujął pan w sklepie, "muszą być dwie. bo jedną będzie dręczył, a z dwiema jest przyjemnie". Hmmm... ;)





czwartek, 26 czerwca 2014

Absolutny Hit Lata

Dziś znów kulinarnie. Bo w tym tygodniu na naszym stole zagościł Absolutny Hit Lata.

Ale od początku. W ramach prezentów ślubnych dostaliśmy książki. W tym jedną kucharską - "Moje smaki" Michela Morana (tak, tego od "oddaj fartucha"). I chciałoby się coś z niej upichcić. Wiele przepisów fajnych, ale zawierających dość egzotyczne składniki. Aż moją uwagę przykuł makaron tagliatelle z sosem z bobu, groszku, śmietany i parmezanu. Poczułam wiatr w żaglach i poszalałam. Lekko zmodyfikowałam przepis - zrezygnowałam z mięty, której nie lubię, za to dodałam gałkę. Wyszło tak dobre, że szanowny małż poprosił o bis.

Potrzeba:
  • makaron tagliatelle
  • ok. 100g groszku
  • ok. 100g bobu
  • sporo parmezanu
  • 150ml gęstej kwaśniej śmietany
  • spory ząbek czosnku
  • 2 łyżki oliwy
  • sól
  • świeżo mielony pieprz
  • gałka muszkatołowa
  • ostra papryka w proszku
Zaczynamy od ugotowania bobu i groszku. Bób obieramy z łupinek. Połowę warzyw blendujemy na papkę. w garnku podsmażamy na oliwie czosnek (u mnie, jak zwykle, starty), po czy stopniowo dodajemy papkę z warzyw, mieszając. Podgrzewamy przez minutę na małym ogniu, po czym dodajemy śmietanę, ser i resztę bobu i groszku, tę niezmiksowaną. doprawiamy przyprawami. W międzyczasie gotujemy makaron. Po jego odcedzeniu, mieszamy go z sosem, nakładamy na talerze i posypujemy parmezanem. Jejuśku, jakie to pyszne! Uwaga - zapycha ;)

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Córeczka tatusia

Oj, tak! Jestem doskonałym przykładem. Od samego początku. Ukochana córeczka tatusia, mentalny bliźniak, porozumienie bez słów. Do dziś tata potrafi jakimś piątym zmysłem wyczuć, co się u mnie dzieje. Albo zadzwonić: "ty też dziś umierasz od pogody?".

Dziś Dzień Ojca. Ciężko tak w jednym poście ująć to, co czuję od 30 lat do pierwszego najważniejszego mężczyzny w moim życiu.

Zacznę od ogółu, może banału, ale samej prawdy - mam najlepszego, najfantastyczniejszego tatę na świecie. Każdy, kto go zna, powie to samo. Koleżanki mi go zazdrościły i do dziś zazdroszczą :) Na każdym etapie życia był, rozumiał i wspierał. Uczył i pokazywał świat.
Zabierał mnie od małego do kina i zaraził pasją do filmu. Mamy wiele wspólnych ulubionych filmów. Wiem, kiedy film spodoba się tacie i zawsze puszczam mu cynk, aby obejrzał. A zaczęło się od japońskiej "Małej Syrenki".
Tacie zawdzięczam też pasję kulinarną. Pamiętam, jak przeglądaliśmy razem książki o kuchni francuskiej, wyobrażając sobie, co jak smakuje i mruczeliśmy "mmmmmm".
Dzięki tacie poznałam Monty Pythona. Jako ośmioletni karakan byłam już zdeklarowaną fanką Johna Cleese'a :)
To tata po nocy szył mi pokrowiec na keyboard, kiedy grałam.
Tata spełnił moje największe życiowe marzenie i kupił mi konia. Wiele lat jeździł ze mną do stajni, woził, kibicował na zawodach, luzakował, fotografował... Dziś też, kiedy wpada do Olsztyna, chce podskoczyć do Łosia w odwiedziny.
Tata był autorem szalonych pomysłów w stylu "zdobywamy zamek Maurów w Sintrze podchodząc zboczem, wszak schody są dla mięczaków".
Jak tu wszystko opisać? Nocne rozmowy, wspólne pichcenie, wypady do Mycyn i na Suwalszczyznę, seanse Pythonsów, Gwiezdnych Wojen, Kurosawy. Piątkowy falafel po zajęciach w Pałacu Młodzieży i środowa pizza średnia nowojorska, kiedy mama do późna siedziała na uczelni.

Mój tata jest niezwykły. Nietuzinkowy. Lubi pstrokate, młodzieżowe bluzy i odjechane okulary. Zbiera gadżety i jeździ po świecie. Gra w squasha, jeździ na rowerze i fruwa na desce do kitesurfingu. Czasem łapie kontuzje kończące się na stole operacyjnym. Ma tatuaż ze smokiem. Jeździ szybko samochodem. Za dużo pracuje. Słucha głośno muzyki i jeździ na festiwale. Niespokojny duch. Samotnik. A jednak zawsze ma czas pogadać, zadzwonić.

Nie zmieniaj się. Kocham Cię!