...nie jest łatwo.
Od sześciu dni jestem mamą! W piątek o 11.30 przywitaliśmy na tym świecie Kalinkę. Trzy kilo szcęścia i zmian życiowych. Totalna rewolucja.
Nie ma już brzucha! Znów zakłądam skarpetki, schylam się i wychodzę z wanny jak człowiek.
Nie ma czasu! Cały dzień karmię i przewijam. W przerwach wyskoczę z psem czy oblecę internet.
Ale sami popatrzcie!
Witaj w świecie siłaczki! Siłaczka jest nauczycielką angielskiego, niedużą ciałem, acz wielką duchem babką, która stara się wziąć byka za rogi i się nie dać :) Zapraszam do czytania, komentowania, próbowania moich smakołyków, dzielenia się spostrzeżeniami, chwalenia się, narzekania - no, co komu w duszy gra :)
środa, 30 lipca 2014
niedziela, 20 lipca 2014
Po prostu: niedziela w Lidzbarku
Nie mam pomysłu na tytuł posta.
Treści też będzie mało, będą zdjęcia.
Niedziela taka, jakie niedziele być powinny: pogodna (choć rano lało), leniwa i z wycieczką.
Nosi mnie. Jednak jakieś tam geny tatusia się odzywają i jak mam spędzić weekend w domu, to czuję się chora :).
Dziś obskoczyliśmy Lidzbark Warmiński i niedalekie Kłębowo, gdzie Luby spędzał czas będąc na wykopaliskach. Jezioro jak jezioro, za to ludzi znacznie mniej niż wczoraj nad Gimem, można było bezkolizyjnie usiąść i się zrelaksować.
Lidzbark jest dziwny. Średniowieczne uliczki i domy pobudowane na murach tuż obok obskurnych bloków. Historia zapisana w budynkach. Ale tak miło cicho i spokojnie. No i dobrą rybkę zjedliśmy. I mąż kupił mi cudnego konika w lokalnej galerii. Czuję się rozpieszczona.
Treści też będzie mało, będą zdjęcia.
Niedziela taka, jakie niedziele być powinny: pogodna (choć rano lało), leniwa i z wycieczką.
Nosi mnie. Jednak jakieś tam geny tatusia się odzywają i jak mam spędzić weekend w domu, to czuję się chora :).
Dziś obskoczyliśmy Lidzbark Warmiński i niedalekie Kłębowo, gdzie Luby spędzał czas będąc na wykopaliskach. Jezioro jak jezioro, za to ludzi znacznie mniej niż wczoraj nad Gimem, można było bezkolizyjnie usiąść i się zrelaksować.
Lidzbark jest dziwny. Średniowieczne uliczki i domy pobudowane na murach tuż obok obskurnych bloków. Historia zapisana w budynkach. Ale tak miło cicho i spokojnie. No i dobrą rybkę zjedliśmy. I mąż kupił mi cudnego konika w lokalnej galerii. Czuję się rozpieszczona.
sobota, 19 lipca 2014
Leniwe lato
No bo jak tu inaczej w takie upały. Zwłaszcza jak się jest turlającą się ciężarówką w 9 miesiącu. Praca skończona, wakacje mam, to i sobie siedzę i pachnę. No, z naciskiem na to pierwsze, bo ciężko pachnieć, jak człowiek płynie w tych plus 30 stopniach...
Przeprosiłam się z lustrzanką i staram się ją ogarnąć na nowo. Profi nigdy nie byłam, nie jestem i nie będę, ale przyjemności robienia zdjęć sobie nie odmówię. Są dla mnie i bliskich, i niech takie pozostaną.
Nie mam siły ani sumienia ruszać konia w takie upały. Jeżdżę aby go wyczyścić, nakarmić marchwią i burakami, ochłodzić wodą z węża i puścić z powrotem do kolegów. Niech będzie po prostu koniem. A ja łapię aparat i robię zwykłe, letnie zdjęcia końskich zadów i okolicznych chwastów.
Dziś wyskoczyliśmy na miasto, a potem do Bałd. Ostatnie chwile tylko we dwoje, trzeba korzystać.
Już wiem, że jak Bałdy, to tylko poza sezonem. Dziś człowiek na człowieku, namiot na namiocie, szał ciał i uprzęży na plaży i pokaz sylwetek na pomoście, łaaaa... Pachnie kiełbasą z grilla, słychać disco polo i wrzaski... Zdecydowanie wole tam być, kiedy lecą liście lub leży śnieżna czapa.
Z ciekawostek - Tytus nie dość, że ma nowy dom, to jeszcze ma dwie dziewczyny. Od tygodnia mieszkają z nami dwie samiczki. I jest wesoło, jest ruch w akwarium, małe cieszą oko, bo są żwawe, figlarne. Widać, jak odżywają po sklepie - już urosły (bo młodziutkie są jeszcze) i dostały kolorów. Tytus zaczął budować gniazdo - zobaczymy, co jeszcze się wydarzy ;)
Przeprosiłam się z lustrzanką i staram się ją ogarnąć na nowo. Profi nigdy nie byłam, nie jestem i nie będę, ale przyjemności robienia zdjęć sobie nie odmówię. Są dla mnie i bliskich, i niech takie pozostaną.
Nie mam siły ani sumienia ruszać konia w takie upały. Jeżdżę aby go wyczyścić, nakarmić marchwią i burakami, ochłodzić wodą z węża i puścić z powrotem do kolegów. Niech będzie po prostu koniem. A ja łapię aparat i robię zwykłe, letnie zdjęcia końskich zadów i okolicznych chwastów.
Dziś wyskoczyliśmy na miasto, a potem do Bałd. Ostatnie chwile tylko we dwoje, trzeba korzystać.
Już wiem, że jak Bałdy, to tylko poza sezonem. Dziś człowiek na człowieku, namiot na namiocie, szał ciał i uprzęży na plaży i pokaz sylwetek na pomoście, łaaaa... Pachnie kiełbasą z grilla, słychać disco polo i wrzaski... Zdecydowanie wole tam być, kiedy lecą liście lub leży śnieżna czapa.
Z ciekawostek - Tytus nie dość, że ma nowy dom, to jeszcze ma dwie dziewczyny. Od tygodnia mieszkają z nami dwie samiczki. I jest wesoło, jest ruch w akwarium, małe cieszą oko, bo są żwawe, figlarne. Widać, jak odżywają po sklepie - już urosły (bo młodziutkie są jeszcze) i dostały kolorów. Tytus zaczął budować gniazdo - zobaczymy, co jeszcze się wydarzy ;)
sobota, 5 lipca 2014
Moje piękne miasto
Taaaa... Zaraz trzy lata mojego mieszkania w Olsztynie, a nadal jestem w nim zakochana. Mimo świadomości wad - ale wszak kocha się nie tylko za coś, a i pomimo (dzięki Ewa za ten cytat).
Jak w zeszłym roku, wyciągnęłam małża na spacer. Odgruzowałam lustrzankę - zdecydowanie się ostatnio leniłam w kwestii jej użycia. A miałam na te zdjęcia chęć już dawno, bo latając co miesiąc na badania krwi, wypatrzyłam uliczkę aż proszącą się o uwiecznienie.
Ileż u nas w centrum pięknych kamienic! Boże, jak też one się marnują... Łuszczą, sypią, śmierdzą wilgocią i grzybem... Smutno strasznie. A tak pięknie wyglądałyby odrestaurowane...
Z takimi mieszanymi uczuciami przemierzaliśmy uliczki, po czym wpadliśmy na Starówkę na gofry ze świeżymi owocami (rany, ale dobre - po co ja dotąd brałam z bitą śmietaną?).
Lubię takie spacery. Dziś dodatkowo moje dziecię jest wyjątkowo nieznośne i wydaje się kontente tylko kiedy chodzę - siedzenie owocuje serią dzikich kopów w prawy bok, bolesnych i wyglądających jak z filmu SF, brrr. Zaczynam tęsknie myśleć o rozwiązaniu - do czegóż to doszło ;)
Trochę zdjęć.
Jak w zeszłym roku, wyciągnęłam małża na spacer. Odgruzowałam lustrzankę - zdecydowanie się ostatnio leniłam w kwestii jej użycia. A miałam na te zdjęcia chęć już dawno, bo latając co miesiąc na badania krwi, wypatrzyłam uliczkę aż proszącą się o uwiecznienie.
Ileż u nas w centrum pięknych kamienic! Boże, jak też one się marnują... Łuszczą, sypią, śmierdzą wilgocią i grzybem... Smutno strasznie. A tak pięknie wyglądałyby odrestaurowane...
Z takimi mieszanymi uczuciami przemierzaliśmy uliczki, po czym wpadliśmy na Starówkę na gofry ze świeżymi owocami (rany, ale dobre - po co ja dotąd brałam z bitą śmietaną?).
Lubię takie spacery. Dziś dodatkowo moje dziecię jest wyjątkowo nieznośne i wydaje się kontente tylko kiedy chodzę - siedzenie owocuje serią dzikich kopów w prawy bok, bolesnych i wyglądających jak z filmu SF, brrr. Zaczynam tęsknie myśleć o rozwiązaniu - do czegóż to doszło ;)
Trochę zdjęć.
czwartek, 3 lipca 2014
Z dziennika młodego akwarysty
Młodego oczywiście stażem, nie wiekiem. Wiekiem jesteśmy całkiem dorośli :)
Akwarium ma w sobie coś fascynującego. Nawet to najmniejsze i najprostsze. Inny świat, wręcz taki mokro-świat w twoim mieszkaniu. Patrzenie wciąga.
Sama miałam akwarium dwa razy. I przyznam szczerze, że to jakiś cud, że te ryby żyły i miały się dobrze, bo poziom mojej wiedzy był zerowy, a i pomoc sprzedawców żadna. Pierwsze, w podstawówce, chyba nawet nie miało lampy... Ryby dobrane na zasadzie "jedna taka, jedna taka", bo ładne. Sprzedawca pakował bez zająknięcia. A że brzanki sumatrzańskie zakatowały mi glonojada - no cóż... Teraz już wiem, że brzanki to tylko z brzankami...
Drugi zbiornik już liceum/ studia, ale i ten daleki był od ideału. Sztuczne rośliny, zbyt krótki czas zakładania i inne grzechy. Ale już ryby dobierane bardziej z głową. Glonojad i żałobniczki pożyły 5 lat, więc aż tak źle nie było.
W zeszłym roku weszliśmy w posiadanie "dojrzałego" akwarium. Mój mąż marzył o rybkach. Ciągał mnie po zoologikach oglądać akwaria. Nie dziwię mu się, sama uwielbiam. kocham też oceanaria, no ale to już inna historia. I tak, postanowiłam zrobić mężowi urodzinową niespodziankę. Przez wiele dni szykowałam się teoretycznie, jeżdżąc po sklepach i czytając fora dla akwarystów. Za punkt honoru przyjęłam, że tym razem decyzja i organizacja będą mądre. Dowiedziałam się wiele, powstydziłam się za przeszłość, i ruszyłam do dzieła. Jako, że jesteśmy przecież Bida Małżeństwo, to i baniak skromny. Wybrałam 10-litrowy Shrimp Set - czyli w sumie krewetkarium, ale na nasze potrzeby wystarczający. Pojechałam, nakupiłam, a potem cała w ekscytacji zakładałam akwarium, aby zdążyć przed powrotem Lubego z pracy. Płukanie i sypanie podłoża, sadzenie roślin, filtr, zalewanie wodą, dodatki (anty-chlor, bakterie, pożywka dla roślin). I modły, aby muł opadł zanim Kamil wróci. udało się! Od progu kazałam mu zamknąć oczy i poprowadziłam do salonu. Jejuśku, jak on się cieszył! Zbiornik dojrzewał dwa tygodnie przed zarybieniem, a mój Kochany codziennie się i tak wpatrywał w roslinki.
W końcu nadszedł TEN dzień i zamieszkał z nami Tytus. Bojownik strzępiasty koloru niebieskiego. A wraz z nim żółty ślimak ampularia o imieniu JJ (dżej dżej) i dwa glonożerne otoski Janusz i Sebastian (nie patrzcie na mnie, imiona nadał małż, a pochodzą z kreskówki Kapitan Bomba).
Tytus jest boski - śmiejcie sie, ale bojowniki naprawdę mają swoje osobowości i charakterki, i są fascynujące do obserwacji. Nasz to typowy boss, paradujący po swoich włościach, dla zasady czasem poganiający za innymi mieszkańcami, żarłok i straszny "pies ogrodnika" - jak wrzucimy spirulinę dla roślinożerców, to sam nie zje, ale wisi nad pigułą i pilnuje. Czasem złapie w paszczę i szarpie z zawziętością rasowego pitbulla ;)
Był i zły czas - Tytus złapał grzybicę, bielały i odpadały mu jego piękne płetwy. Kupiliśmy środek grzybobójczy, mając nadzieję, ale i spodziewając się najgorszego. Środek, niestety, wybił ślimaka i otoski, ale... Tytus żyje do dziś, jest już z nami rok i ma się dobrze. Urósł, spotężniał, płetwy odrosły. zyskał nowych kompanów - JJ'a 2 (jest jeszcze fajniejszy niż tamten, biega, spada, wypuszcza czułki i rurkę niewiarygodnych rozmiarów, pompuje powietrze, no alien!) oraz glonojada zbrojnika albinosa - Odo (jedyne imię mojego pomysłu, ale i tak "mężowe", bo ze Star Treka).
Poniżej zdjęcia: pierwszy dzień baniaka, pierwszy Tytusa, Tytus "byczy" i JJ
Za to dziś, przed kolejnymi urodzinami Męża, zmiany i u Tytusa. Nowe Tytusarium! (tak bowiem nazywamy nasz akwar, jako, że Tytek jest zdecydowanie imperatorem i należą mu się tego typu triumfy).
Kupiliśmy baniak 25-litrowy. Nowe rośliny, w tym lotos, inne podłoże. Emocji tyle, co i wówczas. Mordki nam się cieszą. Stoją sobie teraz dwa zbiorniki koło siebie. Tytus może podziwiać swoje nowe M przez okno. musi dojrzeć, a wtedy przeprowadzka. Plan jest taki, że nasz Drań Niebieski dostanie do towarzystwa dwie samiczki! Będzie się działo! Jak to ujął pan w sklepie, "muszą być dwie. bo jedną będzie dręczył, a z dwiema jest przyjemnie". Hmmm... ;)
Akwarium ma w sobie coś fascynującego. Nawet to najmniejsze i najprostsze. Inny świat, wręcz taki mokro-świat w twoim mieszkaniu. Patrzenie wciąga.
Sama miałam akwarium dwa razy. I przyznam szczerze, że to jakiś cud, że te ryby żyły i miały się dobrze, bo poziom mojej wiedzy był zerowy, a i pomoc sprzedawców żadna. Pierwsze, w podstawówce, chyba nawet nie miało lampy... Ryby dobrane na zasadzie "jedna taka, jedna taka", bo ładne. Sprzedawca pakował bez zająknięcia. A że brzanki sumatrzańskie zakatowały mi glonojada - no cóż... Teraz już wiem, że brzanki to tylko z brzankami...
Drugi zbiornik już liceum/ studia, ale i ten daleki był od ideału. Sztuczne rośliny, zbyt krótki czas zakładania i inne grzechy. Ale już ryby dobierane bardziej z głową. Glonojad i żałobniczki pożyły 5 lat, więc aż tak źle nie było.
W zeszłym roku weszliśmy w posiadanie "dojrzałego" akwarium. Mój mąż marzył o rybkach. Ciągał mnie po zoologikach oglądać akwaria. Nie dziwię mu się, sama uwielbiam. kocham też oceanaria, no ale to już inna historia. I tak, postanowiłam zrobić mężowi urodzinową niespodziankę. Przez wiele dni szykowałam się teoretycznie, jeżdżąc po sklepach i czytając fora dla akwarystów. Za punkt honoru przyjęłam, że tym razem decyzja i organizacja będą mądre. Dowiedziałam się wiele, powstydziłam się za przeszłość, i ruszyłam do dzieła. Jako, że jesteśmy przecież Bida Małżeństwo, to i baniak skromny. Wybrałam 10-litrowy Shrimp Set - czyli w sumie krewetkarium, ale na nasze potrzeby wystarczający. Pojechałam, nakupiłam, a potem cała w ekscytacji zakładałam akwarium, aby zdążyć przed powrotem Lubego z pracy. Płukanie i sypanie podłoża, sadzenie roślin, filtr, zalewanie wodą, dodatki (anty-chlor, bakterie, pożywka dla roślin). I modły, aby muł opadł zanim Kamil wróci. udało się! Od progu kazałam mu zamknąć oczy i poprowadziłam do salonu. Jejuśku, jak on się cieszył! Zbiornik dojrzewał dwa tygodnie przed zarybieniem, a mój Kochany codziennie się i tak wpatrywał w roslinki.
W końcu nadszedł TEN dzień i zamieszkał z nami Tytus. Bojownik strzępiasty koloru niebieskiego. A wraz z nim żółty ślimak ampularia o imieniu JJ (dżej dżej) i dwa glonożerne otoski Janusz i Sebastian (nie patrzcie na mnie, imiona nadał małż, a pochodzą z kreskówki Kapitan Bomba).
Tytus jest boski - śmiejcie sie, ale bojowniki naprawdę mają swoje osobowości i charakterki, i są fascynujące do obserwacji. Nasz to typowy boss, paradujący po swoich włościach, dla zasady czasem poganiający za innymi mieszkańcami, żarłok i straszny "pies ogrodnika" - jak wrzucimy spirulinę dla roślinożerców, to sam nie zje, ale wisi nad pigułą i pilnuje. Czasem złapie w paszczę i szarpie z zawziętością rasowego pitbulla ;)
Był i zły czas - Tytus złapał grzybicę, bielały i odpadały mu jego piękne płetwy. Kupiliśmy środek grzybobójczy, mając nadzieję, ale i spodziewając się najgorszego. Środek, niestety, wybił ślimaka i otoski, ale... Tytus żyje do dziś, jest już z nami rok i ma się dobrze. Urósł, spotężniał, płetwy odrosły. zyskał nowych kompanów - JJ'a 2 (jest jeszcze fajniejszy niż tamten, biega, spada, wypuszcza czułki i rurkę niewiarygodnych rozmiarów, pompuje powietrze, no alien!) oraz glonojada zbrojnika albinosa - Odo (jedyne imię mojego pomysłu, ale i tak "mężowe", bo ze Star Treka).
Poniżej zdjęcia: pierwszy dzień baniaka, pierwszy Tytusa, Tytus "byczy" i JJ
Za to dziś, przed kolejnymi urodzinami Męża, zmiany i u Tytusa. Nowe Tytusarium! (tak bowiem nazywamy nasz akwar, jako, że Tytek jest zdecydowanie imperatorem i należą mu się tego typu triumfy).
Kupiliśmy baniak 25-litrowy. Nowe rośliny, w tym lotos, inne podłoże. Emocji tyle, co i wówczas. Mordki nam się cieszą. Stoją sobie teraz dwa zbiorniki koło siebie. Tytus może podziwiać swoje nowe M przez okno. musi dojrzeć, a wtedy przeprowadzka. Plan jest taki, że nasz Drań Niebieski dostanie do towarzystwa dwie samiczki! Będzie się działo! Jak to ujął pan w sklepie, "muszą być dwie. bo jedną będzie dręczył, a z dwiema jest przyjemnie". Hmmm... ;)
czwartek, 26 czerwca 2014
Absolutny Hit Lata
Dziś znów kulinarnie. Bo w tym tygodniu na naszym stole zagościł Absolutny Hit Lata.
Ale od początku. W ramach prezentów ślubnych dostaliśmy książki. W tym jedną kucharską - "Moje smaki" Michela Morana (tak, tego od "oddaj fartucha"). I chciałoby się coś z niej upichcić. Wiele przepisów fajnych, ale zawierających dość egzotyczne składniki. Aż moją uwagę przykuł makaron tagliatelle z sosem z bobu, groszku, śmietany i parmezanu. Poczułam wiatr w żaglach i poszalałam. Lekko zmodyfikowałam przepis - zrezygnowałam z mięty, której nie lubię, za to dodałam gałkę. Wyszło tak dobre, że szanowny małż poprosił o bis.
Potrzeba:
Ale od początku. W ramach prezentów ślubnych dostaliśmy książki. W tym jedną kucharską - "Moje smaki" Michela Morana (tak, tego od "oddaj fartucha"). I chciałoby się coś z niej upichcić. Wiele przepisów fajnych, ale zawierających dość egzotyczne składniki. Aż moją uwagę przykuł makaron tagliatelle z sosem z bobu, groszku, śmietany i parmezanu. Poczułam wiatr w żaglach i poszalałam. Lekko zmodyfikowałam przepis - zrezygnowałam z mięty, której nie lubię, za to dodałam gałkę. Wyszło tak dobre, że szanowny małż poprosił o bis.
Potrzeba:
- makaron tagliatelle
- ok. 100g groszku
- ok. 100g bobu
- sporo parmezanu
- 150ml gęstej kwaśniej śmietany
- spory ząbek czosnku
- 2 łyżki oliwy
- sól
- świeżo mielony pieprz
- gałka muszkatołowa
- ostra papryka w proszku
poniedziałek, 23 czerwca 2014
Córeczka tatusia
Oj, tak! Jestem doskonałym przykładem. Od samego początku. Ukochana córeczka tatusia, mentalny bliźniak, porozumienie bez słów. Do dziś tata potrafi jakimś piątym zmysłem wyczuć, co się u mnie dzieje. Albo zadzwonić: "ty też dziś umierasz od pogody?".
Dziś Dzień Ojca. Ciężko tak w jednym poście ująć to, co czuję od 30 lat do pierwszego najważniejszego mężczyzny w moim życiu.
Zacznę od ogółu, może banału, ale samej prawdy - mam najlepszego, najfantastyczniejszego tatę na świecie. Każdy, kto go zna, powie to samo. Koleżanki mi go zazdrościły i do dziś zazdroszczą :) Na każdym etapie życia był, rozumiał i wspierał. Uczył i pokazywał świat.
Zabierał mnie od małego do kina i zaraził pasją do filmu. Mamy wiele wspólnych ulubionych filmów. Wiem, kiedy film spodoba się tacie i zawsze puszczam mu cynk, aby obejrzał. A zaczęło się od japońskiej "Małej Syrenki".
Tacie zawdzięczam też pasję kulinarną. Pamiętam, jak przeglądaliśmy razem książki o kuchni francuskiej, wyobrażając sobie, co jak smakuje i mruczeliśmy "mmmmmm".
Dzięki tacie poznałam Monty Pythona. Jako ośmioletni karakan byłam już zdeklarowaną fanką Johna Cleese'a :)
To tata po nocy szył mi pokrowiec na keyboard, kiedy grałam.
Tata spełnił moje największe życiowe marzenie i kupił mi konia. Wiele lat jeździł ze mną do stajni, woził, kibicował na zawodach, luzakował, fotografował... Dziś też, kiedy wpada do Olsztyna, chce podskoczyć do Łosia w odwiedziny.
Tata był autorem szalonych pomysłów w stylu "zdobywamy zamek Maurów w Sintrze podchodząc zboczem, wszak schody są dla mięczaków".
Jak tu wszystko opisać? Nocne rozmowy, wspólne pichcenie, wypady do Mycyn i na Suwalszczyznę, seanse Pythonsów, Gwiezdnych Wojen, Kurosawy. Piątkowy falafel po zajęciach w Pałacu Młodzieży i środowa pizza średnia nowojorska, kiedy mama do późna siedziała na uczelni.
Mój tata jest niezwykły. Nietuzinkowy. Lubi pstrokate, młodzieżowe bluzy i odjechane okulary. Zbiera gadżety i jeździ po świecie. Gra w squasha, jeździ na rowerze i fruwa na desce do kitesurfingu. Czasem łapie kontuzje kończące się na stole operacyjnym. Ma tatuaż ze smokiem. Jeździ szybko samochodem. Za dużo pracuje. Słucha głośno muzyki i jeździ na festiwale. Niespokojny duch. Samotnik. A jednak zawsze ma czas pogadać, zadzwonić.
Nie zmieniaj się. Kocham Cię!
Dziś Dzień Ojca. Ciężko tak w jednym poście ująć to, co czuję od 30 lat do pierwszego najważniejszego mężczyzny w moim życiu.
Zacznę od ogółu, może banału, ale samej prawdy - mam najlepszego, najfantastyczniejszego tatę na świecie. Każdy, kto go zna, powie to samo. Koleżanki mi go zazdrościły i do dziś zazdroszczą :) Na każdym etapie życia był, rozumiał i wspierał. Uczył i pokazywał świat.
Zabierał mnie od małego do kina i zaraził pasją do filmu. Mamy wiele wspólnych ulubionych filmów. Wiem, kiedy film spodoba się tacie i zawsze puszczam mu cynk, aby obejrzał. A zaczęło się od japońskiej "Małej Syrenki".
Tacie zawdzięczam też pasję kulinarną. Pamiętam, jak przeglądaliśmy razem książki o kuchni francuskiej, wyobrażając sobie, co jak smakuje i mruczeliśmy "mmmmmm".
Dzięki tacie poznałam Monty Pythona. Jako ośmioletni karakan byłam już zdeklarowaną fanką Johna Cleese'a :)
To tata po nocy szył mi pokrowiec na keyboard, kiedy grałam.
Tata spełnił moje największe życiowe marzenie i kupił mi konia. Wiele lat jeździł ze mną do stajni, woził, kibicował na zawodach, luzakował, fotografował... Dziś też, kiedy wpada do Olsztyna, chce podskoczyć do Łosia w odwiedziny.
Tata był autorem szalonych pomysłów w stylu "zdobywamy zamek Maurów w Sintrze podchodząc zboczem, wszak schody są dla mięczaków".
Jak tu wszystko opisać? Nocne rozmowy, wspólne pichcenie, wypady do Mycyn i na Suwalszczyznę, seanse Pythonsów, Gwiezdnych Wojen, Kurosawy. Piątkowy falafel po zajęciach w Pałacu Młodzieży i środowa pizza średnia nowojorska, kiedy mama do późna siedziała na uczelni.
Mój tata jest niezwykły. Nietuzinkowy. Lubi pstrokate, młodzieżowe bluzy i odjechane okulary. Zbiera gadżety i jeździ po świecie. Gra w squasha, jeździ na rowerze i fruwa na desce do kitesurfingu. Czasem łapie kontuzje kończące się na stole operacyjnym. Ma tatuaż ze smokiem. Jeździ szybko samochodem. Za dużo pracuje. Słucha głośno muzyki i jeździ na festiwale. Niespokojny duch. Samotnik. A jednak zawsze ma czas pogadać, zadzwonić.
Nie zmieniaj się. Kocham Cię!
Subskrybuj:
Posty (Atom)















































