Dziecko dorasta i zmienia się w szalonym tempie. Jeszcze niedawno siedziała jak mała koala na moim brzuchu w nosidełku i z pewną rezerwą obserwowała świat. Jeszcze niedawno pełzała. A teraz jest już prawie dwuletnią, niesamowicie sprawną małpeczką i pokochała place zabaw. Wizyta w jednym z takich miejsc jest obowiązkowa co najmniej raz dziennie. A najlepiej dwa. Rano z mamą, wieczorem z tatą, tu już zawsze na ten sam plac, gdzie Kalina ma już swoje sympatie i antypatie, swój rewir. A jak podróżujemy, to też wypatrzy każdy możliwy plac - pamiętacie Szczytno, prawda?
Na placu zabaw dziecko jest jak wypuszczone z procy - lata, że tylko głowa podskakuje i trzęsą się pyzate wciąż policzki. Gubi nogi, potyka się czasem, ale ratuje się i biegnie. Po pięć sekund na każdej atrakcji. Mamy na osiedlu taki mega wypasiony, wielki plac, wyłożony tartanem, z ogromną ilością zjeżdżalni, mostków, bujawek, huśtawek, z trzema piaskownicami i mrowiem rówieśników do zaczepiania. To jest dla dziecka istny raj, ale i wielka rozpacz, jak mama każe iść do domu.
Niesamowicie obserwuje się rozwój dziecka. Jak jeszcze niedawno niepewnie chodziło, a dziś biega, wspina się, lata po ruchomych mostkach, zjeżdża ze zjeżdżalni na pupie lub na brzuchu...
A i dla rodzica jaki fitness - ile skłonów, przysiadów, ile dźwigania ciężarów (nasz ciężarek waży już 12,4 kilo), ile biegania za potomkiem. Świeże powietrze, coś do picia w plecaku. Hej, przygodo!
Witaj w świecie siłaczki! Siłaczka jest nauczycielką angielskiego, niedużą ciałem, acz wielką duchem babką, która stara się wziąć byka za rogi i się nie dać :) Zapraszam do czytania, komentowania, próbowania moich smakołyków, dzielenia się spostrzeżeniami, chwalenia się, narzekania - no, co komu w duszy gra :)
piątek, 1 lipca 2016
Dlaczego lubię pracować z dorosłymi?
Sporo osób pyta mnie, dlaczego uczę głównie osoby dorosłe. Rozmawiamy o tym też czasem z koleżankami w pokoju lektorskim i niektóre dziwią się, ze nie wolę zajęć z dziećmi.
A, no nie wolę. Nie mam i nigdy chyba nie miałam podejścia do dzieci. Swoją osobistą córu uwielbiam, ale z cudzymi nadal trudno mi nawiązać kontakt. Powiedzmy, ze ich nie czuję i nie nadaję na tych samych falach. Za to uwielbiam pracować z dorosłymi!
Lubię to, bo wiem, jak do nich dotrzeć. Lubię to, że mogę wykorzystać swoje, dość specyficzne, poczucie humoru. Że dorośli kumają ironię. Że pamiętają jeszcze "dawne czasy", kojarzą muzykę i filmy z lat 80-90, kasety video i magnetofony. Że wiedzą, kim była Matka Teresa i Lady Di (tak tak, kiedyś musiałam gimnazjalistom tłumaczyć... Nie twierdzę absolutnie, że wszystkie dzieciaki są niedouczone, ale tendencja jest martwiąca).
I lubię, paradoksalnie, to, że z dorosłymi można... być czasami dzieckiem :). Można dla śmiechu zrobić proste gry czy rymowanki, dać im nożyczki i flamastry, i patrzeć, jak niby to się krygują, ze gdzież tam, oni poważni tacy... A za chwilę malują, tną i kleją z wystawionym językiem i szelmowskim uśmieszkiem.
Dorośli mają i swoje wady. Strasznie kombinują. Odwołują, przekładają, mają delegacje, nadgodziny, za dużo pracy aby przysiąść do nauki. Nie maja nad sobą rodzica, który wykopie na zajęcia. A motywacji czasem nie starcza. Czasem trzeba im zagrać na ambicji.
Ale i tak uwielbiam ich. Zobaczcie, jaką laurkę dostałam wczoraj od moich dwóch pań, które uczę już cztery lata. Zaczynały od zera, teraz znają już bodajże 9 czasów, tryby warunkowe i mowę zależną. Potrafią prowadzić dyskusje i wypowiedzieć się na każdy temat. Duma mię rozpiera. Warto!
A, no nie wolę. Nie mam i nigdy chyba nie miałam podejścia do dzieci. Swoją osobistą córu uwielbiam, ale z cudzymi nadal trudno mi nawiązać kontakt. Powiedzmy, ze ich nie czuję i nie nadaję na tych samych falach. Za to uwielbiam pracować z dorosłymi!
Lubię to, bo wiem, jak do nich dotrzeć. Lubię to, że mogę wykorzystać swoje, dość specyficzne, poczucie humoru. Że dorośli kumają ironię. Że pamiętają jeszcze "dawne czasy", kojarzą muzykę i filmy z lat 80-90, kasety video i magnetofony. Że wiedzą, kim była Matka Teresa i Lady Di (tak tak, kiedyś musiałam gimnazjalistom tłumaczyć... Nie twierdzę absolutnie, że wszystkie dzieciaki są niedouczone, ale tendencja jest martwiąca).
I lubię, paradoksalnie, to, że z dorosłymi można... być czasami dzieckiem :). Można dla śmiechu zrobić proste gry czy rymowanki, dać im nożyczki i flamastry, i patrzeć, jak niby to się krygują, ze gdzież tam, oni poważni tacy... A za chwilę malują, tną i kleją z wystawionym językiem i szelmowskim uśmieszkiem.
Dorośli mają i swoje wady. Strasznie kombinują. Odwołują, przekładają, mają delegacje, nadgodziny, za dużo pracy aby przysiąść do nauki. Nie maja nad sobą rodzica, który wykopie na zajęcia. A motywacji czasem nie starcza. Czasem trzeba im zagrać na ambicji.
Ale i tak uwielbiam ich. Zobaczcie, jaką laurkę dostałam wczoraj od moich dwóch pań, które uczę już cztery lata. Zaczynały od zera, teraz znają już bodajże 9 czasów, tryby warunkowe i mowę zależną. Potrafią prowadzić dyskusje i wypowiedzieć się na każdy temat. Duma mię rozpiera. Warto!
niedziela, 12 czerwca 2016
Szczytno razy trzy zamiast morza raz
Polska taka piękna. Taka przyjazna turystom, obcokrajowcom, dzieciom i psom. Dziś na wstępie o tych ostatnich. Z psem generalnie nie można. Do lasu nie. Na plażę nie. Do parku nie. Ba, nawet trawniki pod blokami usiane są tabliczkami, że nie. Pies najlepiej niech gnije w domu i sika do kuwety. Albo na wsi na łańcuchu niech będzie. Ach, z rozrzewnieniem wspominam Francję. Pies w starożytnym amfiteatrze? Proszę bardzo. Pies w ruinach zamku? Proszsz. Pies w wąwozie ochrowym? Bienvenue! Może wody dla pieska? Pies w Macu pod stolikiem? Można. Nawet widziałam pana z psem pod pachą wchodzącego do sklepu z garniturami.
Ale w Bolandzie nie. Tu jest czysto, porządnie, pobożnie i dbamy o swój ogródek. Albo trawnik. Nawet nie swój, ale pod swoim balkonem.
No i nie pokazaliśmy dziecku plaży. Bo plaże od 1 maja zamknięte dla psów. A te, które są otwarte, za daleko na taki spontaniczny wypad z małą marudą. Pozostaje czekać do jesieni.
Zatem skoro morze nie, las nie, a psa trza wybiegać... To działka! I dobrze. Pańskie oko działkę tuczy. Kontrol być musi. Pies pohasał, a ja nadal nie mogę wyjść z podziwu, jak pięknie będę mieszkała. Te włochate zielone pagórki, rzeczki, drzewka, to ogromne niebo, nieprzysłonięte blokami, ten spłachetek lasu, wydzielający odurzający, wręcz nieproporcjonalnie do swych rozmiarów intensywny zapach żywicy.
No dobra, a dlaczego Szczytno razy trzy, zapytacie. Bo Szczytno było w piątek - toż to rzut beretem od Purdy, w której byliśmy załatwiać coś w sprawie przyłączy na naszej działce (BTW, poniżej zdjęcie pod urzędem, nie dajcie się zwieść temu bardakowi w tle - welcome to Polska trzeciego sortu!)
Szczytno jest fajne, bo jest jezioro, plaża, plac zabaw (dziecko me osiągnęło ten etap w życiu, że co zobaczy huśtawkę, to dostaje motorka w zadku i tyle ją widzieli, z donośnym "buhu buhu" [czyli buju buju po Kalinkowemu] pruje w stronę placu i nic jej nie powstrzyma). Jest i pyszna pizza w pizzerii Toscana. Zatem dziś po działce... pojechaliśmy znowu :p
No dobra, powiecie. To nadal dwa razy. A, bo trzeci też był w piątek. Po dotarciu do OLS, okazało się, że w pizzerii na wagary poszedł sobie mój portfel. Cudownie. Mąż mój cudowny - jedyny -najlepszy zadzwonił, potwierdził i ruszył znów. A tam burza, leje jak z wiadra, dwa wypadki po drodze, bo przecież ludziom bardzo się spieszy (na drugą stronę, jak mówił makabryczny żart)...
Ale w Bolandzie nie. Tu jest czysto, porządnie, pobożnie i dbamy o swój ogródek. Albo trawnik. Nawet nie swój, ale pod swoim balkonem.
No i nie pokazaliśmy dziecku plaży. Bo plaże od 1 maja zamknięte dla psów. A te, które są otwarte, za daleko na taki spontaniczny wypad z małą marudą. Pozostaje czekać do jesieni.
Zatem skoro morze nie, las nie, a psa trza wybiegać... To działka! I dobrze. Pańskie oko działkę tuczy. Kontrol być musi. Pies pohasał, a ja nadal nie mogę wyjść z podziwu, jak pięknie będę mieszkała. Te włochate zielone pagórki, rzeczki, drzewka, to ogromne niebo, nieprzysłonięte blokami, ten spłachetek lasu, wydzielający odurzający, wręcz nieproporcjonalnie do swych rozmiarów intensywny zapach żywicy.
No dobra, a dlaczego Szczytno razy trzy, zapytacie. Bo Szczytno było w piątek - toż to rzut beretem od Purdy, w której byliśmy załatwiać coś w sprawie przyłączy na naszej działce (BTW, poniżej zdjęcie pod urzędem, nie dajcie się zwieść temu bardakowi w tle - welcome to Polska trzeciego sortu!)
Szczytno jest fajne, bo jest jezioro, plaża, plac zabaw (dziecko me osiągnęło ten etap w życiu, że co zobaczy huśtawkę, to dostaje motorka w zadku i tyle ją widzieli, z donośnym "buhu buhu" [czyli buju buju po Kalinkowemu] pruje w stronę placu i nic jej nie powstrzyma). Jest i pyszna pizza w pizzerii Toscana. Zatem dziś po działce... pojechaliśmy znowu :p
No dobra, powiecie. To nadal dwa razy. A, bo trzeci też był w piątek. Po dotarciu do OLS, okazało się, że w pizzerii na wagary poszedł sobie mój portfel. Cudownie. Mąż mój cudowny - jedyny -najlepszy zadzwonił, potwierdził i ruszył znów. A tam burza, leje jak z wiadra, dwa wypadki po drodze, bo przecież ludziom bardzo się spieszy (na drugą stronę, jak mówił makabryczny żart)...
środa, 8 czerwca 2016
Nie lubię końca roku!
Zabrzmi to jak herezja: nie lubię końca roku szkolnego! Paradoks! Uczniem będąc, czekałam z utęsknieniem. Studentem - przyjmowałam jako nagrodę i zasłużony odpoczynek. A teraz...?
Oczywiście, dostrzegam zalety. pracując w swoim zawodzie, mimo bycia dorosłym, ma się wakacje. I wakacje kocham, bo to czas dla rodziny, znajomych, mogę pojechać do Warszawy i przynajmniej spróbować nadrobić zaległości towarzyskie. może jakiś mikro wyjazd.
Ale dla mnie, koniec roku ma drugie dno. To koniec zajęć i pożegnanie z moimi studentsami. A muszę powiedzieć, że chyba tylko raz czy dwa przez te już 8 (!) lat zdarzyło mi się, ze nie przywiązałam się do jakiejś grupy czy ucznia. Zazwyczaj zdążę ich przez ten rok bardzo polubić i potem zwyczajnie jest mi bardzo smutno się żegnać. Najgorzej było chyba w Warszawie, kiedy po trzech latach spakowałam rzeczy do Olsztyna, porzucając moje "Paszczaki", bo tak ich nazywałam. Grupka gimnazjum/ liceum, przez te trzy lata mniej-więcej stały skład osobowy. Przywiązałam się do nich okrutnie. Do Maćka ("proszę pani? Bo ja tak sobie myślę, że ja to chyba jestem pani ulubionym uczniem..."), Julki ("najlepiej zabija się śrubokrętem"), Mateusza (twórcy Super Brwi i mistrza penspinningu) i Pawła ("rogalik chciał zamordować pana, który zjadł bułkę, ale nie mógł - nie miał przecież rąk..." oraz powiedzonko na każdą okazję: "raczej w szoku"). Mimo, że nauczycielem byłam wtedy raczej słabym, a na pewno w porównaniu do teraz, bo byłam świeżo po studiach z zerowym doswiadczeniem i szłam na intuicję, mimo, że trochę włazili mi na głowę... Zostawiając za plecami znajome ciężkie drzwi na ulicy Mielczarskiego na Kabatach, zbierałam łzy cieknące po policzkach.
Potem trochę przywykłam. Trochę. Nadal mi żal. Raz na czas trafia się grupa - perełka.
Teraz taką miałam. Osiem osób w wieku 17 do 40+. Miszmasz totalny, ale cudownie się uzupełniający. Mistrzowie zbiorowej głupawki, czarnego, abstrakcyjnego humoru. A i pracowite, kumate bestie.
W poniedziałek powiedzieliśmy sobie adieu. Nie będzie już tej grupy. Trzy osoby, wyjadą na studia, reszta się rozproszy.
Na koniec zrobiliśmy sobie taki plakat podsumowujący rok. Najciekawsze momenty. Niezwykle miło mi się zrobiło, że wymienione zostały tam moje dowcipy, moje historyjki na każdy temat i moje, szalone czasem, rozgrzewki.
Po wakacjach będą nowe grupy. Wciągnę się. Znowu kogoś polubię. I znowu pożegnam. C'est la vie!
Oczywiście, dostrzegam zalety. pracując w swoim zawodzie, mimo bycia dorosłym, ma się wakacje. I wakacje kocham, bo to czas dla rodziny, znajomych, mogę pojechać do Warszawy i przynajmniej spróbować nadrobić zaległości towarzyskie. może jakiś mikro wyjazd.
Ale dla mnie, koniec roku ma drugie dno. To koniec zajęć i pożegnanie z moimi studentsami. A muszę powiedzieć, że chyba tylko raz czy dwa przez te już 8 (!) lat zdarzyło mi się, ze nie przywiązałam się do jakiejś grupy czy ucznia. Zazwyczaj zdążę ich przez ten rok bardzo polubić i potem zwyczajnie jest mi bardzo smutno się żegnać. Najgorzej było chyba w Warszawie, kiedy po trzech latach spakowałam rzeczy do Olsztyna, porzucając moje "Paszczaki", bo tak ich nazywałam. Grupka gimnazjum/ liceum, przez te trzy lata mniej-więcej stały skład osobowy. Przywiązałam się do nich okrutnie. Do Maćka ("proszę pani? Bo ja tak sobie myślę, że ja to chyba jestem pani ulubionym uczniem..."), Julki ("najlepiej zabija się śrubokrętem"), Mateusza (twórcy Super Brwi i mistrza penspinningu) i Pawła ("rogalik chciał zamordować pana, który zjadł bułkę, ale nie mógł - nie miał przecież rąk..." oraz powiedzonko na każdą okazję: "raczej w szoku"). Mimo, że nauczycielem byłam wtedy raczej słabym, a na pewno w porównaniu do teraz, bo byłam świeżo po studiach z zerowym doswiadczeniem i szłam na intuicję, mimo, że trochę włazili mi na głowę... Zostawiając za plecami znajome ciężkie drzwi na ulicy Mielczarskiego na Kabatach, zbierałam łzy cieknące po policzkach.
Potem trochę przywykłam. Trochę. Nadal mi żal. Raz na czas trafia się grupa - perełka.
Teraz taką miałam. Osiem osób w wieku 17 do 40+. Miszmasz totalny, ale cudownie się uzupełniający. Mistrzowie zbiorowej głupawki, czarnego, abstrakcyjnego humoru. A i pracowite, kumate bestie.
W poniedziałek powiedzieliśmy sobie adieu. Nie będzie już tej grupy. Trzy osoby, wyjadą na studia, reszta się rozproszy.
Na koniec zrobiliśmy sobie taki plakat podsumowujący rok. Najciekawsze momenty. Niezwykle miło mi się zrobiło, że wymienione zostały tam moje dowcipy, moje historyjki na każdy temat i moje, szalone czasem, rozgrzewki.
Po wakacjach będą nowe grupy. Wciągnę się. Znowu kogoś polubię. I znowu pożegnam. C'est la vie!
niedziela, 29 maja 2016
Stara przyjaźń nie rdzewieje, pierwszy plażing i koniecznie kawiarenka, czyli długi weekend fajny jest
Jak każdy, wolne to my lubimy! Wbrew prognozom, na szczęście nie lało cały długi weekend i zaliczyliśmy mnóstwo atrakcji (Kalina wręcz za dużo, co obwieściła donośnym rykiem i pełnym żalu "pa pa", oznaczającym "jedźmy już do domu".
W czwartek odwiedziliśmy Łosia i zawieźliśmy mu worki z paszą. Bidulek, schudł mocno po przeprowadzce (ja wspominałam, że się tego obawiam, prawda?) i teraz pakujemy w niego różne różności. Ale poza tym, emerytowi humor dopisuje, jest spokojny, wyluzowany, trochę się poprzytula, weźmie marchew od młodej, która zaczęła na niego - i każdego konia - wołać "Łosiu!".
W czwartek odwiedziliśmy Łosia i zawieźliśmy mu worki z paszą. Bidulek, schudł mocno po przeprowadzce (ja wspominałam, że się tego obawiam, prawda?) i teraz pakujemy w niego różne różności. Ale poza tym, emerytowi humor dopisuje, jest spokojny, wyluzowany, trochę się poprzytula, weźmie marchew od młodej, która zaczęła na niego - i każdego konia - wołać "Łosiu!".
W piątek i sobotę spotkanie po latach. Tak się składa, że mój Drugi Tata ma mały ośrodek wypoczynkowy. I zjechała tam moja mama z grupką znajomych. Takich, co to ich zna od czasów szkolnych, akademickich i innych równie dawnych lat. Ergo, oni znają mnie od przysłowiowej fasolki. Od zawsze ciocie i wujkowie, choć tak zwani przyszywani. Wychowywałam się z ich dziećmi. I teraz spotkaliśmy się znów, poznali Kalinę, która została obsypana prezentami ("zabawki? Koniecznie ekologiczne!", powiedziała ponoć Monika, więc ciocia Małgosia zakupiła drewniane). Wzruszające takie spotkanie. Mama mogła przy okazji porealizować się babcinie, a ja trochę posiedzieć (ale tylko trochę :P)
A dzisiaj eksplorowaliśmy stajnię. Odwiedziliśmy Łosia, skarmiliśmy marchewkami. Nadal chudy, no ale dopiero od czwartku dostaje wspomaganie - trzeba się uzbroić w cierpliwość. Spędza mi to trochę sen z powiek, nie powiem...
Jako, że stajnia jest częścią wielkiego ośrodka wypoczynkowego (na szczęście małą, dzięki czemu konie mają spokój), można sobie z niej podreptać na plażę nad jeziorem. Co też zrobiliśmy. Mąż snuł wizję nakręcenia nowej wersji Pana Samochodzika, gdyż ośrodek pamięta minioną epokę, plaża w sam raz, domki typu Brda, kawiarnia, świetlica... Kto miałby grać Pana Samochodzika?
Kalina pierwszy raz podreptała boso po piasku. Była już rok temu nad jeziorem w Rucianem, ale nie zeszła z koca. Dziś też podobało jej się połowicznie. piasek pod nogami cacy, pomost cacy, woda nie cacy. No nic, zawsze coś. Jest dziewczyną z Warmii, powinna lubić jeziora ;)
Także tego ;). Weekend udany, leniwy. Nic odkrywczego, ale po raz kolejny przekonałam się, że nie ważne, gdzie. Ważne, z kim.
niedziela, 8 maja 2016
Chcę mieć skrzynię, fascynujące koguty i lalka ze słomy, czyli niedziela w skansenie.
Pogoda nam dopisuje, mamy niemal lato, a jeśli dodać do tego fakt, ze nasze dziecko próbuje roznieść nam dom w drobny mak, to dojdziemy do jedynego słusznego wniosku - na dwór ją!
Od piątku zatem, intensywnie się wietrzymy. Dzięki temu powoli wracamy do kondycji, wychodzimy z pozimowego niechciejstwa, a wieczorami padamy jak muchy - dziecko nareszcie bez marudzenia, przed 21 samo domaga się położenia, a my chrapiemy nie tak dużo później.
W piątek stajnia, wczoraj stajnia i miasto, codziennie plac zabaw, a dziś - nasz ukochany skansen. Dziedziczka ucięła niedługą drzemkę już w drodze.
Na miejscu ruszyliśmy w znajome rewiry. Jak zawsze, czas na chwilę wyhamował i mieliśmy wrażenie, że nie płynie wcale. A jednak każda wizyta inna - inny moment roku, inna roślinność, no a teraz inny stopień interakcji dziecięcia z otoczeniem. Owce i kozy były jeszcze ponad Kalinkowe siły, za to kury, owszem. Młoda zasiadła na piasku i zdawała się czekać na przedstawienie.
Potem zaczęło się zwiedzanie właściwe. Początkowo "z pewną taką nieśmiałością", a potem całkiem już śmiało sobie poczynając, córu latała po kolejnych domkach, czerpiąc wyraźną radość z dudnienia drewnianych desek (och, ależ mi aliteracja wyszła!), przechodzenia przez progi oraz szurania dywanikami. Jeden z domków posiada nowe wyposażenie, specjalnie umieszczony zestaw mebli i sprzętów, które każdy może dotknąć. Kalina bez pardonu "dotknęła" więc zabawki, słomianą lalkę (okazała się lepsza nawet niż zabrana z domu Masza) oraz konika na kółeczkach.
Domki to radość nie tylko dla dziecka, rodzice również chętnie zerkają. Mnie tym razem kupiła chata przeniesiona z gminy Purda (wszak to tam będzie nasz dom!!!), pełna... skrzyń warmińskich! Czy ja już pisałam, ze je uwielbiam? Pisałam, wiem... Marzę, aby kiedyś mieć jedną u siebie...
Po wnętrzach, przyszedł i czas na trawing tak zwany. To niesamowite, jak bardzo dziecko potrafi zająć skubanie listków, grzebanie w ziemi czy tata wyskakujący zza drzewa. Gdzie my gubimy tę radość z małych rzeczy, kiedy dorastamy?
Dzień pełen wrażeń, od nadmiaru świeżego powietrza mamy czerwone nosy i ciężkie powieki. Do skansenu na pewno wrócimy, nie raz i nie dwa, bo to miejsce jest magiczne!
Od piątku zatem, intensywnie się wietrzymy. Dzięki temu powoli wracamy do kondycji, wychodzimy z pozimowego niechciejstwa, a wieczorami padamy jak muchy - dziecko nareszcie bez marudzenia, przed 21 samo domaga się położenia, a my chrapiemy nie tak dużo później.
W piątek stajnia, wczoraj stajnia i miasto, codziennie plac zabaw, a dziś - nasz ukochany skansen. Dziedziczka ucięła niedługą drzemkę już w drodze.
Na miejscu ruszyliśmy w znajome rewiry. Jak zawsze, czas na chwilę wyhamował i mieliśmy wrażenie, że nie płynie wcale. A jednak każda wizyta inna - inny moment roku, inna roślinność, no a teraz inny stopień interakcji dziecięcia z otoczeniem. Owce i kozy były jeszcze ponad Kalinkowe siły, za to kury, owszem. Młoda zasiadła na piasku i zdawała się czekać na przedstawienie.
Potem zaczęło się zwiedzanie właściwe. Początkowo "z pewną taką nieśmiałością", a potem całkiem już śmiało sobie poczynając, córu latała po kolejnych domkach, czerpiąc wyraźną radość z dudnienia drewnianych desek (och, ależ mi aliteracja wyszła!), przechodzenia przez progi oraz szurania dywanikami. Jeden z domków posiada nowe wyposażenie, specjalnie umieszczony zestaw mebli i sprzętów, które każdy może dotknąć. Kalina bez pardonu "dotknęła" więc zabawki, słomianą lalkę (okazała się lepsza nawet niż zabrana z domu Masza) oraz konika na kółeczkach.
Domki to radość nie tylko dla dziecka, rodzice również chętnie zerkają. Mnie tym razem kupiła chata przeniesiona z gminy Purda (wszak to tam będzie nasz dom!!!), pełna... skrzyń warmińskich! Czy ja już pisałam, ze je uwielbiam? Pisałam, wiem... Marzę, aby kiedyś mieć jedną u siebie...
Po wnętrzach, przyszedł i czas na trawing tak zwany. To niesamowite, jak bardzo dziecko potrafi zająć skubanie listków, grzebanie w ziemi czy tata wyskakujący zza drzewa. Gdzie my gubimy tę radość z małych rzeczy, kiedy dorastamy?
Dzień pełen wrażeń, od nadmiaru świeżego powietrza mamy czerwone nosy i ciężkie powieki. Do skansenu na pewno wrócimy, nie raz i nie dwa, bo to miejsce jest magiczne!
piątek, 6 maja 2016
Nowe życie Łosia. Kolejne.
Uff. Już jesteśmy przeprowadzeni. poszło gładko, aż sama jestem miło zaskoczona. można zaczynać kolejny nowy etap w życiu.
Biedny taki koń. Co się zadomowi i przyzwyczai, to go gdzieś zabierają. Nowe miejsce, nowe twarze - ludzkie i końskie - wszystko obce i niezrozumiałe dla małego końskiego rozumku (bo ja jestem koniarz nietypowy i nie twierdzę, ze to są nieskończenie inteligentne istoty, raczej głupolki z instynktem ucieczki na pierwszym miejscu; to nic złego, ot - taka ich roślinożercza natura). No cóż - inaczej się nie da! Koleje losu miotają człowieka od stajni do stajni, a koń podąża za nim...
W Kieźlinach spędziliśmy prawie pięć lat. To najdłużej w naszym życiu. Kiedy we wtorek przyjechałam spakować ostatnie rzeczy i przygotować Łosia, nie powiem, łezki się kręciły. Dobrze nam tam było, Łoś zaopiekowany i zawsze dobre słowo na jego temat było. Czasem miałam wrażenie, ze Gospodarze mieli lepsze mniemanie o moim koniu niż ja sama :). A i dla mnie zawsze mieli życzliwość, kawałek domowego ciasta w ciepłej kuchni w chwili kryzysu.
Ostatni rzut oka na stare kąty i ruszamy w nieznane.
Dzięki bajeranckiej przyczepie i pozytywnemu nastawieniu Kasi, Łośko zapakował się od razu, jak nie on. Odcinek Kieźliny - Pasym śmignęłyśmy w nieco ponad pół godziny i Pan Koń zawitał na nowe włości. Wysiadł w miarę kulturalnie i grzecznie poczłapał do nowego boksu.
Kolejne dni to stopniowe zapoznawanie się z terenem i kolegami. Jak z nieba spadł mu sąsiad, 23-letni Amok. Od razu zawiązali komitywę i bez kwiknięcia zaczęli razem biegać (n-ta młodość seniorów!) i paść się. Mają do dyspozycji pastwisko, świeżą wodę, Łośko chyba kontent, bo drugiego wieczoru nawet nie dał się zawołać do stajni i razem z resztą koni spędził noc na dworze - po raz pierwszy w swoim 18-letnim życiu. Czeka go jeszcze wejście do stada - zostały 4 konie, w tym szefuńcio, póki co dość bojowo nastawiony.
Długo się wahałam, jaką stajnię wybrać i póki co mam poczucie, że była to dobra decyzja. Łoś ma spory, bezpieczny boks, solidną, chłodną stajnię, ciszę, spokój (poza sezonem wakacyjnym, ponieważ stajnia leży na terenie ośrodka wypoczynkowego), no i jest pod czułym okiem przemiłego stajennego i jego żony, którzy pilnują, patrzą, myślą i kombinują tak, aby zwierzakom było dobrze.
A na dokładkę, w stajni jest milion kotów. Moja córka jest już kupiona :).
Subskrybuj:
Posty (Atom)



























































