Haha, wcale nie chodzi o przeprowadzkę. Do wymarzonego większego M jeszcze trochę. Kochamy naszą PRL-klitkę, ale gdyby tak jeszcze możliwa była adopcja pokoju. Albo kradzież od sąsiada.
Zarastamy kartonami i paczkami w związku z nadchodzącymi zmianami w życiu. Suknia ślubna w folii wisi na drzwiach sypialni, aby się nie gniotła. Garnitur w garderobie (och, jakaż piękna aliteracja! Prawie jak "But w butonierce"). Pudełka z butami. A to nie koniec zakupów ślubnych!
Od moich kochanych współ-Matek-Polek płyną kartony pełne rzeczy niemowlęcych. Nasza mikro sypialnia powoli zaczyna przypominać magazyn. Pudło na pudle, upchnięte między łóżko a ścianę. Za pudłem mata i przewijak. Ciężko dostać się do pudła z odkurzaczem. A tu jeszcze dojdzie Kalinkowe wyrko (ach, będzie przemeblowanie sypialni!).
Pies patrzy podejrzliwie na każdy nowy karton. Czy to wyprowadzka? Czy wyjazd? Zmiany, nowości - tego pies nie lubi. minę ma nietęgą i mlaszcze z zakłopotaniem, patrząc spode łba. Szaleństwo!
Witaj w świecie siłaczki! Siłaczka jest nauczycielką angielskiego, niedużą ciałem, acz wielką duchem babką, która stara się wziąć byka za rogi i się nie dać :) Zapraszam do czytania, komentowania, próbowania moich smakołyków, dzielenia się spostrzeżeniami, chwalenia się, narzekania - no, co komu w duszy gra :)
czwartek, 27 marca 2014
poniedziałek, 17 marca 2014
Słodko mi!
Jeśli w ogóle można u mnie mówić o zachciankach, to są to owoce. Jabłka mogłabym wcinać codziennie, a czasem zachce się i innych. A od wczoraj myśli zaprząta sałatka owocowa!
Och, aleśmy jedli! Soczystość, puszystość, słodycz (nooo, na tyle, na ile wspaniałe mogą być owoce w marcu ;)). Kolorowo, syto, no wspaniale!
A, tak się tylko chciałam pochwalić :)
Och, aleśmy jedli! Soczystość, puszystość, słodycz (nooo, na tyle, na ile wspaniałe mogą być owoce w marcu ;)). Kolorowo, syto, no wspaniale!
A, tak się tylko chciałam pochwalić :)
niedziela, 16 marca 2014
Niedzielnie
Ach, niedziela! Cudna, leniwa - wreszcie! Ostatnie weekendy były strasznie zabiegane, pełne odwiedzin i spraw rodzinnych. Nerwy mieszały się ze zmęczeniem, radość z refleksją. Wszystko ważne. Ale teraz czas odpocząć.
Piękny tydzień zwieńczyła koszmarna sobota. Za sprawą pogody, a jakże! U Was na pewno tak samo. Ulewa, wichura. Biedny Łoś oszalał. On bardzo źle znosi wiatr, a wczoraj nie wytrzymał. Ledwo go sprowadziłam z wybiegu - w prawej dłoni trzymałam uwiąz, prawy łokieć zaparty o końską klatę. Lewą dłonią ściskałam kantar przy paszczy. Kręcąc kółka i starając się opanować nerwy własne, mruczałam "doooobrze, spokoooojnie" i jakoś dobrnęliśmy do boksu. Którego Pan Starszy i tak omal nie rozniósł. Sam nie wiedział - jeść siano, podskakiwać, drzeć paszczora, czy próbować otworzyć skobel. Zostać, czy lecieć do kolegów. Biedak.
Dziś wyciszenie. I w pogodzie, i w duszy. Łośko wrócił do dawnego siebie, czyli popracował na lonży, zjadł musli, poszczurzył się na mnie, po czym zaczał się podlizywać o cukierki. Standard. Dwulicowy bandyta.
W kuchni najlepszy z obiadów niedzielnych. Nie, nie schabowy, choć ten w wydaniu mego prawie-już-męża jest wybitny.
Sushi!!!
Uwielbiamy. I co jakiś czas nie da się już wytrzymać i trzeba zrobić.
Nie będę podawała żadnych przepisów - dziś co druga osoba robi sushi w domu i pewnie niejedna z nich lepiej ode mnie. Ale nam smakuje, cieszy oko, pali nozdrza (ach, to wasabi!). Łosoś (spokojnie, nie jem teraz surowego), ogórek, marynowany imbir, sos sojowy - to skłądniki ósmego nieba, jak zakrzyknął Anty-Książę.
Piękny tydzień zwieńczyła koszmarna sobota. Za sprawą pogody, a jakże! U Was na pewno tak samo. Ulewa, wichura. Biedny Łoś oszalał. On bardzo źle znosi wiatr, a wczoraj nie wytrzymał. Ledwo go sprowadziłam z wybiegu - w prawej dłoni trzymałam uwiąz, prawy łokieć zaparty o końską klatę. Lewą dłonią ściskałam kantar przy paszczy. Kręcąc kółka i starając się opanować nerwy własne, mruczałam "doooobrze, spokoooojnie" i jakoś dobrnęliśmy do boksu. Którego Pan Starszy i tak omal nie rozniósł. Sam nie wiedział - jeść siano, podskakiwać, drzeć paszczora, czy próbować otworzyć skobel. Zostać, czy lecieć do kolegów. Biedak.
Dziś wyciszenie. I w pogodzie, i w duszy. Łośko wrócił do dawnego siebie, czyli popracował na lonży, zjadł musli, poszczurzył się na mnie, po czym zaczał się podlizywać o cukierki. Standard. Dwulicowy bandyta.
W kuchni najlepszy z obiadów niedzielnych. Nie, nie schabowy, choć ten w wydaniu mego prawie-już-męża jest wybitny.
Sushi!!!
Uwielbiamy. I co jakiś czas nie da się już wytrzymać i trzeba zrobić.
Nie będę podawała żadnych przepisów - dziś co druga osoba robi sushi w domu i pewnie niejedna z nich lepiej ode mnie. Ale nam smakuje, cieszy oko, pali nozdrza (ach, to wasabi!). Łosoś (spokojnie, nie jem teraz surowego), ogórek, marynowany imbir, sos sojowy - to skłądniki ósmego nieba, jak zakrzyknął Anty-Książę.
wtorek, 25 lutego 2014
A jednak...?
No i wygląda na to, że ze zdjęcia po lewej macha do nas nasza CÓRKA!
To dziwne. Zawsze marzyłam o córeczce, a jednak jakoś się przyzwyczaiłam do myśli, że pewnie, w związku z przewrotnością świata, będzie to syn. A tu, proszę, jaka niespodzianka! Paszcza mi się sama cieszy dookoła głowy, przyszły tata dostał wypieków i lekkiej temperatury wczoraj - jest ekscytacja!
Jest niewielkie ryzyko, że jeszcze okaże się chłopakiem, ale jesteśmy (no, doktores jest) raczej pewni.
A, tak się chciałam podzielić <3
To dziwne. Zawsze marzyłam o córeczce, a jednak jakoś się przyzwyczaiłam do myśli, że pewnie, w związku z przewrotnością świata, będzie to syn. A tu, proszę, jaka niespodzianka! Paszcza mi się sama cieszy dookoła głowy, przyszły tata dostał wypieków i lekkiej temperatury wczoraj - jest ekscytacja!
Jest niewielkie ryzyko, że jeszcze okaże się chłopakiem, ale jesteśmy (no, doktores jest) raczej pewni.
A, tak się chciałam podzielić <3
Z życia... ciężarówki?
Ktoś mnie nawet ostatnio pytał, czy w związku z zaszłymi (nomen omen...) zmianami "Siłaczka" zmieni się w bloga tzw. parentingowego (podpatrzyłam u "konkurencji", że tak to się nazywa). Otóż - nie. Nie sądzę. Mam nadzieję, że nie :) Póki co mam mocne postanowienie, że nie pozwolę sobie samej postradać resztek rozumu i resztek indywidualności. Jedni straszą, że na bank oszaleję i nie wrócę do dawnej siebie. Inni (dzięki, Kochanie!) obiecują, że mi na to nie pozwolą.
Spokojnie, nie zamierzam tu się rozwodzić nad moją obecną fizjologią, opisywać objawów - jak ktoś ciekaw, w internecie pełno blogów i vlogów na ten temat, kobitki bez krępacji opowiadają o wszelakich przypadłościach swojego podwozia i swoich zderzaków (pozwolę sobie utrzymać konwencję motoryzacyjną). Brr.
Raczej kilka luźnych przemyśleń. Dziwne to wszystko. Masa zmian na poziomie ciała i duszy. Wewnętrzna walka na obu poziomach. Powoli mija mi bunt, choć jeszcze czasem coś w środku ukłuje, kiedy pomyślę, że nic już nie będzie jak dawniej (fakt, może będzie lepiej, jak mówią - to się dopiero okaże), że nie będzie już takiej swobody, że nie zobaczę już tego, co chciałam zobaczyć, nie pojadę tam, gdzie chciałam pojechać. Że jak my się pomieścimy, jak wydolimy finansowo. Takie tam. Że może powinnam wybrać inną drogę. Ale to tylko czasami. Chyba każda przyszła Matka Polka miewa wątpliwości, zmartwienia itepe.
Z drugiej strony, czasem dopadają myśli wręcz odwrotne - człowiek się cieszy jak głupek, ogląda wózki, kupuje ciuszki (tak, zgrzeszyłam dziś jednym bodziakiem i jednymi śpiochami!). Łapię się na tym, że nieświadomie miziam się po brzuchu (a śmiałam się jeszcze w czwartek z bab w przychodni, że stoją takie grube matrony i się tak ostentacyjnie gładzą...). Cieszę się jak szalona z ciąży koleżanki i gadamy sobie o tym. Śmieję się, że potencjalnie mogę wylądować na porodówce z a) koleżanką z pracy i/ lub b) kursantką. Bo nam się terminy niemal zbiegają. Patrzę i słucham naszych rodziców, moich dziadków, jak się wszyscy cieszą obłędnie (chyba bardziej niż ja) i to mnie też jakoś tak motywuje, żeby jednak wykrzesać więcej entuzjazmu.
Bo będzie fajnie, co nie? :)
Spokojnie, nie zamierzam tu się rozwodzić nad moją obecną fizjologią, opisywać objawów - jak ktoś ciekaw, w internecie pełno blogów i vlogów na ten temat, kobitki bez krępacji opowiadają o wszelakich przypadłościach swojego podwozia i swoich zderzaków (pozwolę sobie utrzymać konwencję motoryzacyjną). Brr.
Raczej kilka luźnych przemyśleń. Dziwne to wszystko. Masa zmian na poziomie ciała i duszy. Wewnętrzna walka na obu poziomach. Powoli mija mi bunt, choć jeszcze czasem coś w środku ukłuje, kiedy pomyślę, że nic już nie będzie jak dawniej (fakt, może będzie lepiej, jak mówią - to się dopiero okaże), że nie będzie już takiej swobody, że nie zobaczę już tego, co chciałam zobaczyć, nie pojadę tam, gdzie chciałam pojechać. Że jak my się pomieścimy, jak wydolimy finansowo. Takie tam. Że może powinnam wybrać inną drogę. Ale to tylko czasami. Chyba każda przyszła Matka Polka miewa wątpliwości, zmartwienia itepe.
Z drugiej strony, czasem dopadają myśli wręcz odwrotne - człowiek się cieszy jak głupek, ogląda wózki, kupuje ciuszki (tak, zgrzeszyłam dziś jednym bodziakiem i jednymi śpiochami!). Łapię się na tym, że nieświadomie miziam się po brzuchu (a śmiałam się jeszcze w czwartek z bab w przychodni, że stoją takie grube matrony i się tak ostentacyjnie gładzą...). Cieszę się jak szalona z ciąży koleżanki i gadamy sobie o tym. Śmieję się, że potencjalnie mogę wylądować na porodówce z a) koleżanką z pracy i/ lub b) kursantką. Bo nam się terminy niemal zbiegają. Patrzę i słucham naszych rodziców, moich dziadków, jak się wszyscy cieszą obłędnie (chyba bardziej niż ja) i to mnie też jakoś tak motywuje, żeby jednak wykrzesać więcej entuzjazmu.
Bo będzie fajnie, co nie? :)
środa, 12 lutego 2014
Jak to jest z tym wiekiem?
Jakiś taki dziś dzień refleksji. Może to przez wczorajszą fejsbukową dyskusję pod tytułem "jednak się starzejemy".
Jak to właściwie jest z tym naszym wiekiem? Jaki wiek jest najlepszy? Czy faktycznie mamy tyle lat, na ile się czujemy?
Kiedyś wydawało mi się, że trzydziestka to już kaplica. Że młodym jest się do 25. roku życia, a potem - równia pochyła. Że życie mi przelatuje bez celu i sensu. Chyba typowe przemyślenia nastolatki.
Stwierdzam, będąc dziś u progu przekroczenia tej trzeciej "dychy", że... nie jest tak źle! Ba, nie chciałabym wrócić. Czytam mój odkopany z czeluści panieńskiego pokoju pamiętnik i łapię się za głowę. To ja byłam takim głupim "podlotem"? To ja naprawdę tak myślałam (o wszystkim: życiu, pracy, związkach)? Dziś łapie mnie śmiech.
Paradoksalnie, teraz lubię siebie bardziej niż kiedykolwiek. Pogodziłam się ze sobą - to chyba dlatego. Zaakceptowałam swój wygląd i swoje wnętrze. Przestałam uważać się za swojego największego wroga (dopada mnie to tylko w chwilach jakiegoś wyjątkowego dołka). Lubię swoje małe, nudne życie. Czuję się kobietą szczęśliwą i spełnioną. Mam pracę, którą uwielbiam. Mam swoje mieszkanko. Mam swój najbrzydszy na świecie i najlepszy na świecie zarazem samochodzik. Dogadałam się na starość ze swoim koniem. I, co najważniejsze, wiem, że mam wokół siebie masę wspaniałych, życzliwych ludzi. Rodzinę, przyjaciół, znajomych, ba, nawet szefowe mam fajoskie! Lada moment zostanę żoną, chwilę później zostanę mamą. Czego mi więcej trzeba?
Posłodziłam. A, co mi tam, czasem trzeba! ;)
Jak to właściwie jest z tym naszym wiekiem? Jaki wiek jest najlepszy? Czy faktycznie mamy tyle lat, na ile się czujemy?
Kiedyś wydawało mi się, że trzydziestka to już kaplica. Że młodym jest się do 25. roku życia, a potem - równia pochyła. Że życie mi przelatuje bez celu i sensu. Chyba typowe przemyślenia nastolatki.
Stwierdzam, będąc dziś u progu przekroczenia tej trzeciej "dychy", że... nie jest tak źle! Ba, nie chciałabym wrócić. Czytam mój odkopany z czeluści panieńskiego pokoju pamiętnik i łapię się za głowę. To ja byłam takim głupim "podlotem"? To ja naprawdę tak myślałam (o wszystkim: życiu, pracy, związkach)? Dziś łapie mnie śmiech.
Paradoksalnie, teraz lubię siebie bardziej niż kiedykolwiek. Pogodziłam się ze sobą - to chyba dlatego. Zaakceptowałam swój wygląd i swoje wnętrze. Przestałam uważać się za swojego największego wroga (dopada mnie to tylko w chwilach jakiegoś wyjątkowego dołka). Lubię swoje małe, nudne życie. Czuję się kobietą szczęśliwą i spełnioną. Mam pracę, którą uwielbiam. Mam swoje mieszkanko. Mam swój najbrzydszy na świecie i najlepszy na świecie zarazem samochodzik. Dogadałam się na starość ze swoim koniem. I, co najważniejsze, wiem, że mam wokół siebie masę wspaniałych, życzliwych ludzi. Rodzinę, przyjaciół, znajomych, ba, nawet szefowe mam fajoskie! Lada moment zostanę żoną, chwilę później zostanę mamą. Czego mi więcej trzeba?
Posłodziłam. A, co mi tam, czasem trzeba! ;)
czwartek, 6 lutego 2014
Dni Batata :)
Siłaczka miała początkowo być blogiem kulinarnym, a jakoś tak ewoluowała na "o wszystkim i o niczym". Nie wyszło jej to chyba na złe, ale czasem dostaję sygnały, że ktoś najbardziej lubi wpisy o gotowaniu i czeka na nowe przepisy.
Wrócę zatem do smakołyków minionego weekendu.
Pewnie dla niektórych z Was to żadna sensacja, ale dla mnie - owszem. Wreszcie jadłam bataty! Człowiek ogląda od lat te amerykańskie filmy i wszędzie wcinają te słodkie ziemniaki. Za którymś razem nie wytrzymałam. "Kamil, co to są te słodkie ziemniaki? Jak to smakuje? Musimy zrobić!". I tak słowo ciałem się stało. Kupiliśmy AŻ trzy bataty - bo tyle było w sklepie - i okazało się to aż nadto.
Bataty okazały się okropnie twarde - Kamil ledwo dał radę je pokroić na frytki! Jakoś jednak się udało i tak pomarańczowe słupki powędrowały do pieca, skropione oliwą, posypane solą, pieprzem, pieprzem cayenne i papryką. Piekły się do miękkości i względnej "chrupiącości" i wystąpiły w towarzystwie karkówki duszonej z cebulą oraz buraczków i marchewki z groszkiem:
Na drugi dzień, pozostały batat został przeze mnie zmieniony w puree - klasycznie, ugotowany i ugnieciony z odrobiną masła i mleka, plus sól, pieprz i trochę gałki muszkatołowej.
Wrazenia? Batat smakuje jak owoc mezaliansu kartofla i marchewki. Dosłownie. Słodki. Śmieszny.
Na koniec jeszcze deser. Deser wytrawny. Mój wspaniały prawie-już-mąż wyczarował gruszki w winie z serem:
Zagotowujemy wytrawne czerwone wino (tak z pół butelki?) w rondelku, rozpuszczamy w nim łyżkę miodu. Wkładamy obrane, przekrojone na pół gruszki, przykrywamy i zostawiamy na kilka godzin. Przed podaniem, kładziemy na każdą gruszkę kawałek sera typu lazur. Osz, kurczę, jakie to dobre!
Uspokajam: podczas gotowania, procenty z wina ulatują, pozostaje smak i aromat. Ser pleśniowy jest z mleka pasteryzowanego. Przyszłe Matki Polki mogą skosztować ;)
Wrócę zatem do smakołyków minionego weekendu.
Pewnie dla niektórych z Was to żadna sensacja, ale dla mnie - owszem. Wreszcie jadłam bataty! Człowiek ogląda od lat te amerykańskie filmy i wszędzie wcinają te słodkie ziemniaki. Za którymś razem nie wytrzymałam. "Kamil, co to są te słodkie ziemniaki? Jak to smakuje? Musimy zrobić!". I tak słowo ciałem się stało. Kupiliśmy AŻ trzy bataty - bo tyle było w sklepie - i okazało się to aż nadto.
Bataty okazały się okropnie twarde - Kamil ledwo dał radę je pokroić na frytki! Jakoś jednak się udało i tak pomarańczowe słupki powędrowały do pieca, skropione oliwą, posypane solą, pieprzem, pieprzem cayenne i papryką. Piekły się do miękkości i względnej "chrupiącości" i wystąpiły w towarzystwie karkówki duszonej z cebulą oraz buraczków i marchewki z groszkiem:
Na drugi dzień, pozostały batat został przeze mnie zmieniony w puree - klasycznie, ugotowany i ugnieciony z odrobiną masła i mleka, plus sól, pieprz i trochę gałki muszkatołowej.
Wrazenia? Batat smakuje jak owoc mezaliansu kartofla i marchewki. Dosłownie. Słodki. Śmieszny.
Na koniec jeszcze deser. Deser wytrawny. Mój wspaniały prawie-już-mąż wyczarował gruszki w winie z serem:
Zagotowujemy wytrawne czerwone wino (tak z pół butelki?) w rondelku, rozpuszczamy w nim łyżkę miodu. Wkładamy obrane, przekrojone na pół gruszki, przykrywamy i zostawiamy na kilka godzin. Przed podaniem, kładziemy na każdą gruszkę kawałek sera typu lazur. Osz, kurczę, jakie to dobre!
Uspokajam: podczas gotowania, procenty z wina ulatują, pozostaje smak i aromat. Ser pleśniowy jest z mleka pasteryzowanego. Przyszłe Matki Polki mogą skosztować ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)










