Siłaczkowie to mięsożercy, ale nie jacyś tam znowu radykałowie. Jak coś jest wege i jest pyszne, to my też bardzo lubimy.
Święta świętami, można się pobawić w kuchni, ale potem powrót do codzienności i braku czasu. Kiedyś człowiek był młody i głupi, wlał w siebie zupkę chińską czy inną zupę Romana i było git. Dziś już ani nie chce (bo świadom) ani nie może (bo potem organizm się mści), toteż szuka czegoś na szybko, ale i na zdrowo.
I tak, buszując w sieci po sklepach ze zdrową żywnością, trafiłam na produkty Bauckhof. Dziś u Siłaczki, tak na blogu jak i w kuchni, burgery pomidorowe. W składzie między innymi płatki ryżowe, jaglane, mąka ryżowa i kukurydziana, suszone pomidory, płatki pomidorowe, bazylia, por, marchew, cebula, kurkuma, biały pieprz, gałka, lubczyk.
Bierze się taki proszek, zalewa wrzątkiem, miesza, czeka kwadrans aż napęcznieje i już można lepić i smażyć burgery. My zjedliśmy w bułce słonecznikowej z pomidorami, ogórkiem kiszonym, cebulą, majonezem i ketchupem. Pycha! Puszyste, wilgotne, wyraziste. Nawet najmłodsza swojego mini kotleta wciągnęła ze smakiem.
Próbowaliśmy również falafela, również polecam - jest pyszny, wyraźnie orientalny, super przyprawiony.
Witaj w świecie siłaczki! Siłaczka jest nauczycielką angielskiego, niedużą ciałem, acz wielką duchem babką, która stara się wziąć byka za rogi i się nie dać :) Zapraszam do czytania, komentowania, próbowania moich smakołyków, dzielenia się spostrzeżeniami, chwalenia się, narzekania - no, co komu w duszy gra :)
wtorek, 29 marca 2016
niedziela, 27 marca 2016
Świątecznie
Nareszcie święta. Nareszcie chwileńka odpoczynku, zwłaszcza dla mojego biednego męża.
Naszą świecką Wielkanoc przywitaliśmy rarytasem widocznym na zdjęciu. Ten mój mąż, jak się zaszyje w kuchni to wyjdzie z czymś odjechanym... Dziś jajka wielkanocne inaczej. Zapieczone w formie do muffinek, na szynce dojrzewającej, a w środku suszone pomidory. O losie, jakie to dobre... A jeszcze sałatka, mięsko, ćwikła, kawa o smaku czekolady zaparzona w kawiarce. I dla smaczku, dziecko rzucające jajami na twardo. Ale to w sumie było do przewidzenia. Bombkami też rzucała.
W tym pędzie, to i te święta takie na szybko. Zamiast nie-wiadomo-jakich dekoracji, drewniane zabawki na patyku, a sprawę pisanek załatwiły owijki z folii termokurczliwej.
Święta to też wreszcie okazja choć trochę nadrobić zaległości filmowe (odkąd jest Kalina, mamy je takie, że już w życiu nie nadgonimy, no ale zawsze można próbować...). Wczoraj poleciał "Hotel Transylwania 2" i najnowszy pełnometrażowy "Sherlock", a dziś właśnie leci ostatni Bond. Od razu człowiek czuje się lepiej, taki choć odrobinę odgłupiały ;)
A, że pogoda dziś zacna (wreszcie!), wypuściliśmy się z dziedziczką w osiedle. Cel - plac zabaw. Jak jeszcze latem napawał ją lękiem, dziś śmiga jak stara, od zabawki do zabawki, wspina się, kręci, buja i grzebie w piasku jak kura :) Nastrój zabawowy się utrzymywał i przeniósł się na grunt domowy i ostatnio ulubioną formę spędzania przez małą czasu - na szafce kuchennej, układając słoiki, pudełka i butelki.
W ramach obiadu, małż sporządził kiełbasę zapiekaną w chlebie. Wszyscyśmy się opchali, nawet pies, a dziecko zaskoczyło nas zacięciem do wcinania... cebuli. Czasem za nią nie nadążam
Na koniec popatrzcie jeszcze na coś, co serwuje na Wielkanoc nasza osiedlowa pizzeria Mała Italia - pizza swiąteczna. Biały sos, roszponka, pomidorki, jajka i oliwki... Mniam!
Naszą świecką Wielkanoc przywitaliśmy rarytasem widocznym na zdjęciu. Ten mój mąż, jak się zaszyje w kuchni to wyjdzie z czymś odjechanym... Dziś jajka wielkanocne inaczej. Zapieczone w formie do muffinek, na szynce dojrzewającej, a w środku suszone pomidory. O losie, jakie to dobre... A jeszcze sałatka, mięsko, ćwikła, kawa o smaku czekolady zaparzona w kawiarce. I dla smaczku, dziecko rzucające jajami na twardo. Ale to w sumie było do przewidzenia. Bombkami też rzucała.
W tym pędzie, to i te święta takie na szybko. Zamiast nie-wiadomo-jakich dekoracji, drewniane zabawki na patyku, a sprawę pisanek załatwiły owijki z folii termokurczliwej.
Święta to też wreszcie okazja choć trochę nadrobić zaległości filmowe (odkąd jest Kalina, mamy je takie, że już w życiu nie nadgonimy, no ale zawsze można próbować...). Wczoraj poleciał "Hotel Transylwania 2" i najnowszy pełnometrażowy "Sherlock", a dziś właśnie leci ostatni Bond. Od razu człowiek czuje się lepiej, taki choć odrobinę odgłupiały ;)
A, że pogoda dziś zacna (wreszcie!), wypuściliśmy się z dziedziczką w osiedle. Cel - plac zabaw. Jak jeszcze latem napawał ją lękiem, dziś śmiga jak stara, od zabawki do zabawki, wspina się, kręci, buja i grzebie w piasku jak kura :) Nastrój zabawowy się utrzymywał i przeniósł się na grunt domowy i ostatnio ulubioną formę spędzania przez małą czasu - na szafce kuchennej, układając słoiki, pudełka i butelki.
W ramach obiadu, małż sporządził kiełbasę zapiekaną w chlebie. Wszyscyśmy się opchali, nawet pies, a dziecko zaskoczyło nas zacięciem do wcinania... cebuli. Czasem za nią nie nadążam
Na koniec popatrzcie jeszcze na coś, co serwuje na Wielkanoc nasza osiedlowa pizzeria Mała Italia - pizza swiąteczna. Biały sos, roszponka, pomidorki, jajka i oliwki... Mniam!
wtorek, 22 marca 2016
Czas zmian
"Wszystko ma swój czas", jak chrypiał artysta Markowski. Zaklinałam się, że nic mnie z obecnej stajni nie wygoni. A jednak. Przyszła pora na przeprowadzkę. Już niedługo zamieszkam w zupełnie innym miejscu i nie po drodze będą mi dojazdy blisko 40 kilometrów przez miasto. A tak poza tym - to chyba już jest przerost formy nad treścią, stać w stajni z halą, za której używanie płacę, ale której, uwaga, od dwóch lat nie używam! Cóż począć, należy mimo wszystko zacząć godzić się, ze lepiej już nie będzie, że zdrowie imć Łosia jest jakie jest - a jest coraz gorsze - i że pora na mniejszy rozmach. Boks, żarcie, trawa i tyle.
Ciężko. Ja nie lubię zmian. Łoś ich nie lubi. Schudnie pewnie ze stresu. A może nie...? Może piątka nowych kumpli i kumpelek mu przypasuje, może spore pastwisko z wiatą się spodoba, może tak jak ja polubi serdecznego pana stajennego i jego żonę? A my będziemy mieli więcej okazji wpadać do Pasymia, który bardzo lubimy.
czas porządków. pięć lat gromadziłam rzeczy w szafce i udawałam, że nie widzę tego barłogu ;). Koniec! Czego tam nie było! Dwa worki śmieci - podartych ubrań, przeterminowanych środków czystości i leków, stare owijki i podkładki, stare szczotki, pojedyncze rękawiczki. Dwa worki śmieci i... wspomnień. Wizyt w sklepie jeździeckim i kupowania za uciułane pieniądze nowych pierdółek z najnowszej kolekcji. Nauki zawijania. Nowych oficerek, które piły niemiłosiernie. Taty dziergającego własnoręcznie prowizoryczną podkładkę pod siodło z karimaty. Radości, smutków, opatrywania ran i odganiania owadów. Pół życia zapisane w stercie szmat przesiąkniętych zapachem, który nie chce się za nic sprać.
I smutek, że tyle rzeczy nie będzie nam już potrzebne. Czapraki, podkładki, popręgi porozdawane koleżankom, ochraniacze i ogłowie wysłane dziewczynie, której spłonął cały dobytek. Cieszę się, że komuś się jeszcze przydadzą. Smutno, że ta przygoda już za mną.
Nie jeżdżę, nie trenuję, nie kupuję... To chociaż na nowy dom obdaruję Łosia zestawem nowych szczotek. Niech ma. Pan stajenny mówi, że będzie go czyścił i sprawdzał mu kopytka, to niech ma czysty sprzęt.
Dostanie też ziółka odstresowujące, może pomoże mu to lepiej znieść ładowanie do przyczepy (już jestem zielona!) i zmianę otoczenia.
Tak, wiem, ja się zawsze martwię na zapas. No taka moja natura. Ale Łośko jest mi jak syn i mam prawo ;). Martwię się, bo to już nie ten koń, co kiedyś. Postarzał się. Niby 18 lat to nie kaplica, ale widać. Mniej jest wojowniczy, bardziej skupiony. Na sobie, na tym, aby utrzymać się na tych swoich rozchwianych nogach. Nawet zabiegi kowalskie znosi z pokorą, koncentrując się na trzęsącej się nodze, któa tę chwilę musi przejąć ciężar. Druga, po paru minutach w zgięciu, odstawiona na ziemię dłuższy moment dochodzi do siebie. Z każdym razem gorzej. Ciężko mi patrzeć bez łez w oczach. ciężko myśleć, co będzie, jeśli pewnego dnia nie da rady już się na tych nogach utrzymać.
No nic. Póki co, skupiam się na porządkowaniu rzeczy, planowaniu i nawet jakiejś tam nutce ekscytacji. Jeszcze miesiąc. Trzymajcie kciuki za Seniora!
Ciężko. Ja nie lubię zmian. Łoś ich nie lubi. Schudnie pewnie ze stresu. A może nie...? Może piątka nowych kumpli i kumpelek mu przypasuje, może spore pastwisko z wiatą się spodoba, może tak jak ja polubi serdecznego pana stajennego i jego żonę? A my będziemy mieli więcej okazji wpadać do Pasymia, który bardzo lubimy.
czas porządków. pięć lat gromadziłam rzeczy w szafce i udawałam, że nie widzę tego barłogu ;). Koniec! Czego tam nie było! Dwa worki śmieci - podartych ubrań, przeterminowanych środków czystości i leków, stare owijki i podkładki, stare szczotki, pojedyncze rękawiczki. Dwa worki śmieci i... wspomnień. Wizyt w sklepie jeździeckim i kupowania za uciułane pieniądze nowych pierdółek z najnowszej kolekcji. Nauki zawijania. Nowych oficerek, które piły niemiłosiernie. Taty dziergającego własnoręcznie prowizoryczną podkładkę pod siodło z karimaty. Radości, smutków, opatrywania ran i odganiania owadów. Pół życia zapisane w stercie szmat przesiąkniętych zapachem, który nie chce się za nic sprać.
I smutek, że tyle rzeczy nie będzie nam już potrzebne. Czapraki, podkładki, popręgi porozdawane koleżankom, ochraniacze i ogłowie wysłane dziewczynie, której spłonął cały dobytek. Cieszę się, że komuś się jeszcze przydadzą. Smutno, że ta przygoda już za mną.
Nie jeżdżę, nie trenuję, nie kupuję... To chociaż na nowy dom obdaruję Łosia zestawem nowych szczotek. Niech ma. Pan stajenny mówi, że będzie go czyścił i sprawdzał mu kopytka, to niech ma czysty sprzęt.
Dostanie też ziółka odstresowujące, może pomoże mu to lepiej znieść ładowanie do przyczepy (już jestem zielona!) i zmianę otoczenia.
Tak, wiem, ja się zawsze martwię na zapas. No taka moja natura. Ale Łośko jest mi jak syn i mam prawo ;). Martwię się, bo to już nie ten koń, co kiedyś. Postarzał się. Niby 18 lat to nie kaplica, ale widać. Mniej jest wojowniczy, bardziej skupiony. Na sobie, na tym, aby utrzymać się na tych swoich rozchwianych nogach. Nawet zabiegi kowalskie znosi z pokorą, koncentrując się na trzęsącej się nodze, któa tę chwilę musi przejąć ciężar. Druga, po paru minutach w zgięciu, odstawiona na ziemię dłuższy moment dochodzi do siebie. Z każdym razem gorzej. Ciężko mi patrzeć bez łez w oczach. ciężko myśleć, co będzie, jeśli pewnego dnia nie da rady już się na tych nogach utrzymać.
No nic. Póki co, skupiam się na porządkowaniu rzeczy, planowaniu i nawet jakiejś tam nutce ekscytacji. Jeszcze miesiąc. Trzymajcie kciuki za Seniora!
piątek, 11 marca 2016
Jak to jest, cztery lata później?
Minął kolejny rok. ci z Was, którzy znali Pi, pamiętają o tej dacie i pewnie tak jak ja, chodzicie dziś od rana przygnębieni. Tak po prawdzie, ja jestem nieswoja już od tygodnia, boli mnie brzuch, pocą się dłonie, a w nocy śnią się sny smutne i przerażające. Niby człowiek nie myśli, a jednak - owszem. Mózg cały czas przetwarza, nawet podświadomie, a im bliżej rocznicy, tym gorzej na duszy i ciele. Mówią, że czas leczy rany. Ja wiem? Pomaga, to na pewno. Wygładza, wycisza, daje, nomen omen, czas aby nauczyć się żyć ze stratą i pomimo niej.
O tym dzisiejszy wpis. O Pi już pisałam rok temu, nie będę rozdrapywała.
Jak się żyje w cztery lata po?
Spokojniej. Wciąż dużo się myśli, ale inaczej. Pamięta się to, co dobre, a coraz słabiej to, co złe. Łatwiej się o tym rozmawia. Opowiada się anegdotki i uśmiecha pod nosem. Z rozbawieniem i dużą dozą czułości.
Nadal pamięta się dużo szczegółów. Głos, przyzwyczajenia, ulubiony zestaw ciuchów i nazwę goblina w internetowej grze. Imiona kolegów i historyjki z ich udziałem. Numery rejestracyjne białego Swifta. Że nie lubił kukurydzy i oscypka (a potem wmawia się Anty-Księciu, że to on ich nie lubi... :D).
Czasem nadal się płacze. Czasem się wzdycha. Jedzie się do Drugiego Taty, a tam na górze nasz gościnny pokój, na ścianie zdjęcie Pi, a na domu tablica "Ulica Gustafa". I się rozmyśla.
Piszecie mi, że jestem dzielna, silna, mega. To bardzo, bardzo miłe i daje pozytywnego kopa. Ale uwierzcie mi - inaczej nie można. Bo ma się szmat życia przed sobą, ma się rodzinę i przyjaciół, dla których jest się ważnym. Ma się większą świadomość tego, co jest w życiu ważne. I dla tego wszystkiego trzeba, ale i warto, wziąć się w garść.
O tym dzisiejszy wpis. O Pi już pisałam rok temu, nie będę rozdrapywała.
Jak się żyje w cztery lata po?
Spokojniej. Wciąż dużo się myśli, ale inaczej. Pamięta się to, co dobre, a coraz słabiej to, co złe. Łatwiej się o tym rozmawia. Opowiada się anegdotki i uśmiecha pod nosem. Z rozbawieniem i dużą dozą czułości.
Nadal pamięta się dużo szczegółów. Głos, przyzwyczajenia, ulubiony zestaw ciuchów i nazwę goblina w internetowej grze. Imiona kolegów i historyjki z ich udziałem. Numery rejestracyjne białego Swifta. Że nie lubił kukurydzy i oscypka (a potem wmawia się Anty-Księciu, że to on ich nie lubi... :D).
Czasem nadal się płacze. Czasem się wzdycha. Jedzie się do Drugiego Taty, a tam na górze nasz gościnny pokój, na ścianie zdjęcie Pi, a na domu tablica "Ulica Gustafa". I się rozmyśla.
Piszecie mi, że jestem dzielna, silna, mega. To bardzo, bardzo miłe i daje pozytywnego kopa. Ale uwierzcie mi - inaczej nie można. Bo ma się szmat życia przed sobą, ma się rodzinę i przyjaciół, dla których jest się ważnym. Ma się większą świadomość tego, co jest w życiu ważne. I dla tego wszystkiego trzeba, ale i warto, wziąć się w garść.
poniedziałek, 15 lutego 2016
Pierogi ruskie bez... pierogów
No. To jak już przykułam Waszą uwagę chwytliwym tytułem, to mogę powiedzieć, że chodzi o kotlety ziemniaczano - twarogowe. Poszukuję coraz to nowych pomysłów na obiady, coby nudno nie było. I jakoś mi się wbiły w pamięć kotlety ziemniaczane z czasów dzieciństwa, jedzone u koleżanki, z gęstym sosem pomidorowym. Przejrzawszy niejeden przepis, zestawiłam swoją listę składników i proporcji, i do dzieła. Łoj, ile roboty, ile garów brudnych...
Na kotlety:
Na kotlety:
- ziemniaki ugotowane bez skórki
- twaróg
- cebula
- czosnek
- jajko
- bułka tarta
- pieprz
- sól
Ziemniaki ugniotłam z serem w proporcji 2:1, dodałam jajko (no dobra: dodałam dwa i chyba przez to wyszły za mało sztywne), zeszklone na patelni cebulę i czosnek (na oko), bułki tyle, żeby masa była gęstsza, no i pieprz/sól do smaku. Uformowałam placki i obtoczyłam w bułce, usmażyłam na sporej ilości oleju (dla dziecka bez tłuszczu, też się da).
Na sos:
- koncentrat pomidorowy (ten większy
- serek mascarpone
- woda
- sól
- bazylia suszona
Przecier wraz z 1/4 szklanki wody podgrzałam, wsypałam bazylię, dodałam dwie łyżki serka i rozmieszałam na gładką masę, posoliłam. Tylko i aż tyle, sos jest przepyszny!
Podałam z sałatą z rzodkiewkami, szczypiorkiem i jogurtem greckim. Kotlety smakują niemal jak farsz pierogów ruskich :) Całość wyszła zaskakująco smaczna, wciągnęliśmy nosem (no, poza młodą, która dziś ma dzień niejadka).
Walentynki wszech czasów
Mnóstwo ludzi mówi, że nie lubi tych zachodnich, komercjalnych świąt. Mnie one nie przeszkadzają, Halloween uwielbiam (to wiecie), a i Walentynki bardziej mnie grzeją niż ziębią. Skoro pojawia się kolejna oficjalna okazja, by okazać komuś miłość, przyjaźń i inne ciepłe uczucia, to dlaczegóż nie? Jasne, trzeba cały rok. Jasne, wszechobecne serduszka i czerwone gacie są tandetne. Jasne, komercha. Ale to przecież od nas zależy, jak spędzimy ten dzień i na ile będzie on tandetny czy też artystyczny "ą-ę".
Ale dziś nie o tym. Dziś o wczorajszych Walentynkach, innych niż wszystkie.
Zapowiadało się wybitnie. Latorośl pominęła popołudniową drzemkę i padła nieżywa o 18. "Pośpi już do rana, dobra nasza", pomyśleli rodzice. I jęli planować cudowny wieczór choć trochę przypominający romantyczny wieczór ludzi wolnych od potomstwa. A może film, a może coś zjemy, a może kąpiel z bąbelkami, a może masaż pleców, bo bolą od noszenia latorośli.
Godzina 19, dziedziczka budzi się z rykiem. Chlipie i chlipie. Kładę się obok, uspokaja się, przymyka oczy... Aby zaraz je otworzyć. I kudła mnie za włosy (to jej taki, hmmm, fetysz, uspokaja ją to). I znów przymyka oczy, i znów otwiera. Nie może zasnąć.
"To może wstaniemy i położymy się za godzinkę"."
"Gdzie! Leż, matka, i daj włosy! Nie chcę ani spać, ani wstać! Chcę leżeć, jęczeć i kudłać włosy!"
"To może tata z tobą poleży".
"Gdzie! Spadaj, dziadu, chcę moją mamusię, no i co z tego, że musi d ubikacji, niech robi w pieluchę jak ja".
"Wstańmy. O, zobacz, bajka"
Oglądamy, ale dzieć nie daje się nawet postawić na ziemi, powoduje to fontannę łez, wycie i spazmy. Siedzi mi na kolanach, kudła włosy i bawi się buteleczką lakieru do paznokci. Pierwszy raz w życiu idę siku z dzieckiem na rękach i siadam na tronie z w.w. dzieckiem na kolanach...
Oglądamy razem w wyrku kilka odcinków "Maszy i Niedźwiedzia", Kalina wciąga dwie tubki musu owocowego i plaster żółtego sera. Muszę się umyć, młoda znów drze się jak obdzierana ze skóry, bo na ręce wziął tata, a nie ja. Szybko się ochlapuję, a córka stoi przy wannie i wyje. O 23.30 w końcu pada i śpi bez zająknięcia do 8.20...
Romantyzm pełną gębą, relaks i życie małżeńskie ;)
A jak u Was?
Ale dziś nie o tym. Dziś o wczorajszych Walentynkach, innych niż wszystkie.
Zapowiadało się wybitnie. Latorośl pominęła popołudniową drzemkę i padła nieżywa o 18. "Pośpi już do rana, dobra nasza", pomyśleli rodzice. I jęli planować cudowny wieczór choć trochę przypominający romantyczny wieczór ludzi wolnych od potomstwa. A może film, a może coś zjemy, a może kąpiel z bąbelkami, a może masaż pleców, bo bolą od noszenia latorośli.
Godzina 19, dziedziczka budzi się z rykiem. Chlipie i chlipie. Kładę się obok, uspokaja się, przymyka oczy... Aby zaraz je otworzyć. I kudła mnie za włosy (to jej taki, hmmm, fetysz, uspokaja ją to). I znów przymyka oczy, i znów otwiera. Nie może zasnąć.
"To może wstaniemy i położymy się za godzinkę"."
"Gdzie! Leż, matka, i daj włosy! Nie chcę ani spać, ani wstać! Chcę leżeć, jęczeć i kudłać włosy!"
"To może tata z tobą poleży".
"Gdzie! Spadaj, dziadu, chcę moją mamusię, no i co z tego, że musi d ubikacji, niech robi w pieluchę jak ja".
"Wstańmy. O, zobacz, bajka"
Oglądamy, ale dzieć nie daje się nawet postawić na ziemi, powoduje to fontannę łez, wycie i spazmy. Siedzi mi na kolanach, kudła włosy i bawi się buteleczką lakieru do paznokci. Pierwszy raz w życiu idę siku z dzieckiem na rękach i siadam na tronie z w.w. dzieckiem na kolanach...
Oglądamy razem w wyrku kilka odcinków "Maszy i Niedźwiedzia", Kalina wciąga dwie tubki musu owocowego i plaster żółtego sera. Muszę się umyć, młoda znów drze się jak obdzierana ze skóry, bo na ręce wziął tata, a nie ja. Szybko się ochlapuję, a córka stoi przy wannie i wyje. O 23.30 w końcu pada i śpi bez zająknięcia do 8.20...
Romantyzm pełną gębą, relaks i życie małżeńskie ;)
A jak u Was?
sobota, 13 lutego 2016
Terenowo, hardkorowo, Marcinkowo
Siłaczka została kierowcą terenówki!
No bo jak się chce zamieszkać na wsi, gdzie zimą śniegi, latem krzaki, a w międzyczasie błoto, to jakoś trzeba się będzie przemieszczać w kierunku terenów miejskich. I tak oto, pożegnałam swoją ukochaną Dacię i wsiadłam w maciupkie, ale jakże dzielne Suzuki. Och, trudne chwile dla mnie jako kierowcy, ja się bardzo przyzwyczajam do pojazdu i długo uczę każdego nowego. A ten jest tak totalnie różny... Ale i jaki fajny! Dzielny, nieustraszony, siedzę wysoko jak w busie i czuję się jak kierowca monster trucka ;)
Dziś małż wymyślił odwiedziny na działce. Bo pańskie oko działkę tuczy. Nosz, co za błoto... Ciapa, chlapa i półmetrowe koleiny, ja nie wiem, czym oni tam jeżdżą, ze aż tak przeorali... Ale Jimmy dał radę! Szedł mężowi pewnie. A i niżej podpisana spróbowała swych sił, na nieco bardziej uładzonym terenie. Muszę jeszcze sporo się nauczyć, ale było fajnie :) Ręce do teraz mnie bolą, tak ściskałam kierownicę. A i najmłodsza przedstawicielka klanu wyraźnie zadowolona, że auto podskakuje.
Działka zobaczona, czas na spacer po lesie. Oj, dawno nie byliśmy... Pies nie wiedział, gdzie pobiec najpierw - górka, dołek, za tory, do zagajnika... Ozór do ziemi, ale motorek w zadzie. Opadła z kondycji. Zima nie sprzyja wypadom, a i 8 lat na kudłatym karku zaczyna robić swoje.
Las ponury i szary, ale i tak piękny. Taki cichy. Córka zaanektowała moje nauszniki, przez co zmarzły mi uszy, ale za to jaka radość. Nawet pobiegała trochę samodzielnie, ale potem zażądała wzięcia na ręce. No cóż, królowa każe, matka-tragarz musi.
Kilka mignięć uśpionego jeszcze lasu oraz odkrycie, do czego zaprojektowano bagażnik Jimny'ego - mieści się w nim idealnie Lilacz :P
No bo jak się chce zamieszkać na wsi, gdzie zimą śniegi, latem krzaki, a w międzyczasie błoto, to jakoś trzeba się będzie przemieszczać w kierunku terenów miejskich. I tak oto, pożegnałam swoją ukochaną Dacię i wsiadłam w maciupkie, ale jakże dzielne Suzuki. Och, trudne chwile dla mnie jako kierowcy, ja się bardzo przyzwyczajam do pojazdu i długo uczę każdego nowego. A ten jest tak totalnie różny... Ale i jaki fajny! Dzielny, nieustraszony, siedzę wysoko jak w busie i czuję się jak kierowca monster trucka ;)
Dziś małż wymyślił odwiedziny na działce. Bo pańskie oko działkę tuczy. Nosz, co za błoto... Ciapa, chlapa i półmetrowe koleiny, ja nie wiem, czym oni tam jeżdżą, ze aż tak przeorali... Ale Jimmy dał radę! Szedł mężowi pewnie. A i niżej podpisana spróbowała swych sił, na nieco bardziej uładzonym terenie. Muszę jeszcze sporo się nauczyć, ale było fajnie :) Ręce do teraz mnie bolą, tak ściskałam kierownicę. A i najmłodsza przedstawicielka klanu wyraźnie zadowolona, że auto podskakuje.
Działka zobaczona, czas na spacer po lesie. Oj, dawno nie byliśmy... Pies nie wiedział, gdzie pobiec najpierw - górka, dołek, za tory, do zagajnika... Ozór do ziemi, ale motorek w zadzie. Opadła z kondycji. Zima nie sprzyja wypadom, a i 8 lat na kudłatym karku zaczyna robić swoje.
Las ponury i szary, ale i tak piękny. Taki cichy. Córka zaanektowała moje nauszniki, przez co zmarzły mi uszy, ale za to jaka radość. Nawet pobiegała trochę samodzielnie, ale potem zażądała wzięcia na ręce. No cóż, królowa każe, matka-tragarz musi.
Kilka mignięć uśpionego jeszcze lasu oraz odkrycie, do czego zaprojektowano bagażnik Jimny'ego - mieści się w nim idealnie Lilacz :P
Subskrybuj:
Posty (Atom)


























