Temat poniekąd ciężki. Czyli: czy rodzice powinni zamknąć się z małymi dziećmi w domu i dać reszcie społeczeństwa cieszyć się światem w ciszy i spokoju, czy też pozwolić małym ludzikom uczestniczyć w życiu stadnym, we wszelakich miejscach i sytuacjach. Ile razy widzimy ludzi wywracających oczami, kiedy dzieci biegają/ krzyczą/ płaczą/ śmieją się w restauracji czy sklepie? Ba, sama kiedyś posyłałam rodzicom takowych mordercze spojrzenia i kręciłam z dezaprobatą głową, że jak to oni śmią zakłócać mi podróż autobusem czy konsumpcję kawy?!
Cóż. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, jak mawiała nasza fizyczka w liceum, dziecko rewiduje większość z naszych przekonań, przyzwyczajeń. Nie, nie uważam, że dzieci w ogóle nie bywają męczące czy denerwujące. Oczywiście, że bywają! Po prostu teraz wiem, że często wyją nie dlatego, aby zrobić nam na złość, ale dlatego, że jest im za gorąco, są zmęczone, przytłoczone gwarem galerii handlowej, nudzą się, chcą spać... Że taki mały człek jest bardzo uzależniony od swoich biologicznych potrzeb i ich zaspokojenia. Nie przeskoczysz. Muszą dorosnąć i nauczyć się, na poziomie ciała i duszy, radzić sobie z wielkim światem dorosłych. A może dorośli powinni sobie czasem przypomnieć, jak wygląda świat dziecka...?
Anyway. My, mimo, że jesteśmy raczej domatorami, lubimy chodzić do kawiarni czy herbaciarni, lubimy czasem zjeść na mieście. Odkąd Kalina skończyła pół roku, staramy się ja co i raz gdzieś zabierać, żebyśmy wszyscy zmienili otoczenie, ale i żeby się socjalizowała. Mamy o tyle szczęście, że nasza córu zachowuje się przyzwoicie. Nie płacze, nie wyje, nie nagabuje obcych (czasem podejdzie koło stolika i czaruje uśmiechem, jeszcze nie spotkaliśmy się z wrogim odbiorem tego zachowania). Siedzi u mnie na kolanach lub w krzesełku, chętnie próbuje wszystkiego, co się je. Czasem ma ochotę połazić. Super sprawą są więc wypady z dziadkami - jest więcej osób do robienia kilometrów za dzieciną.
Tak było w sobotę. Nasza "weselna" Casablanca, my plus dziadkowie. Kalina zaczepiała panie kelnerki (wydawały się zadowolone :p), powyglądała przez okno, połaziła, pooglądała witryny z winem. Wciągnęła trzy kromki bagietki, trochę kremu z buraków, trochę makaronu, ryby i raka. Bawiła się sztućcami i serwetą, trochę pokrzykiwała, ale myślę, że ginęło to w ogólnym gwarze. Wszyscy najedzeni, nienerwowo, dziecko miało atrakcję. Wszyscy żyją. Myślę, że nie warto się zamykać w domu, jak i nie potrzeba rodzin z maluchami demonizować. Trochę organizacji, gotowość do wyjścia, gdyby dzieciak jednak potrzebował wracać, ktoś, kto chwilę popilnuje - kilka prostych rzeczy, a cała rodzina może cieszyć się jako takim życiem społecznym ;).
Mały bywalec w obiektywie zakochanego dziadka <3
Witaj w świecie siłaczki! Siłaczka jest nauczycielką angielskiego, niedużą ciałem, acz wielką duchem babką, która stara się wziąć byka za rogi i się nie dać :) Zapraszam do czytania, komentowania, próbowania moich smakołyków, dzielenia się spostrzeżeniami, chwalenia się, narzekania - no, co komu w duszy gra :)
poniedziałek, 18 stycznia 2016
piątek, 15 stycznia 2016
O książeczkach dla młodej słów kilka
Ach. Kiedyś utopię moje dziecko w książkach. Uwielbiam je jej kupować i stale to robię, chć większość jeszcze na wyrost. Albo BARDZO na wyrost. No nic, będzie dom, będzie regalik, będą czekały. Jest tyle do wyboru na rynku... Polskie, zagraniczne, grube, cienkie, kolorowe, bogate lub też minimalistyczne. Dla rodziców tradycyjnych i alternatywnych w dowolną stronę. O rzeczach małych i dużych. Chciałabym kupić tak wiele! A tu nasze biedne 35,7m2 już stęka z przepełnienia, pawlacz ugina się pod ciężarem lektur, a Kalina nawet jeszcze nie czyta. Ba - chwilowo nie bardzo daje sobie poczytać. Zabiera książki (najlepiej te "dorosłe", te dziecięce tekturowe ignoruje bądź też zjada...) i z dziką fascynacją przewraca kartki. Czasem tak się zaniesie, że wyrwie. Masakra. Ja jednak nie odpuszczam i liczę, że wkrótce pokocha przeglądanie obrazków i słuchanie historii.
Dziś zaprezentuję kilka pozycji, które mnie się bardzo podobają (Kalinie póki co wszystkie, nomen omen, smakują tak samo...)
"Jak skończyła się wycieczka Zimorodka do miasteczka".
Zabawna historia o zimorodku, który przywiózł swoim ptasim kompanom lody z miasta, co wspomniani przypłacili chorymi gardłami. Napisane wierszem i to takim dosć ambitnym - można sobie język połamać, za to brzmienie jest ciekawe, czyta się rytmicznie i Linka czasem nawet posłucha. Do tego naprawdę ciekawe ilustracje. Magda, od której prezentem jest ksiażeczka, określiła je jako "creepy", no ale wszak my lubujemy się w rzeczach lekko makabrycznych, więc pasuje nam :)
"Jak pokonać nocne stwory?"
Zdecydowanie dla trochę starszych dzieci, które budzą się z płaczem lub też boją się ciemnego pokoju. Zbiór fachowych rad, jak okiełznać i unieszkodliwić potwory, na przykład poprzez wykonanie łapacza snów lub wyśmianie takiegoż potwora. Kreatywne podejście, sporo pomysłów na walkę z wybujałą dziecięcą wyobraźnią.
"Wierszyki ćwiczące języki"
Póki co, zbiór zabawnych obrazków i kolejne rytmiczne wierszyki. A na potem - ćwiczenia logopedyczne dla dzieci w wieku 3-5 lat.
"Beksa"
Jedna z kilku książeczek wietnamskiej autorki Khoa Le. Ślicznie ilustrowane bajki łączące rzeczywistość z magią, snem, niosące morał. Pięknie wydane, no po prostu miłe dla oka.
"Mam oko na litery"
Jedna z wielu z serii "Mamoko". Książeczka obrazkowa, gdzie na każdej stronie ukryło się mnóstwo słówek na kolejne litery alfabetu. Rysunki nieco szalone, prezentujące dziwne światy pełne uczłowieczonych zwierząt, maszyn, tętniące życiem. Mam nadzieję, że kiedyś da zajęcie na długie minuty.
"Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham"
To pozycja zdecydowanie dla młodszych. Prześlicznie zilustrowana opowiastka o tacie i synku zającach, którzy opowiadają sobie, jak bardzo się nawzajem kochają. Słodycz, po prostu słodycz!
"D.O.M.E.K."
Tutaj przemycamy dzieciom coś z prawdziwego, poważnego świata architektury i designu. Prostym, docierającym do małego czytelnika językiem i zabawnymi ilustracjami, pokazuje nam się, że można mieszkać nie tylko w bloku czy domu pod miastem, a architekci potrafią wyczarować najdziwniejsze lokum w najbardziej nietypowym miejscu. Domki są nazwane, rozrysowane, są rzuty, przekroje i objaśnienia. Ja jako dzieciak uwielbiałam podglądać, jak ktoś mieszka (no... zostało mi do dziś!), więc oby i Linkę ta książka wciągnęła.
I na deser moje ostatnie odkrycie - "Cuda wianki"
Książka o polskim folklorze. Zaczyna się wycinanką z koniem - już ją kocham! W środku ludowe stroje, zwyczaje, potrawy, instrumenty (moim absolutnym faworytem został kaszubski burczybas, na którym gramy szarpiąc za mokre włosie :p), ozdoby, wycinanki, hafty, palmy, pisanki... Niech dziecko wie, jakie tradycje jeszcze w Polsce się kultywuje, niech wie i pamięta, bo to ginie. Jestem tą pozycją absolutnie zachwycona i póki Kalina za mała, sama się wgapiam.
Na dziś tyle. Na pewno wrócę do tematu wraz z rośnięciem księgozbioru!
Dziś zaprezentuję kilka pozycji, które mnie się bardzo podobają (Kalinie póki co wszystkie, nomen omen, smakują tak samo...)
"Jak skończyła się wycieczka Zimorodka do miasteczka".
Zabawna historia o zimorodku, który przywiózł swoim ptasim kompanom lody z miasta, co wspomniani przypłacili chorymi gardłami. Napisane wierszem i to takim dosć ambitnym - można sobie język połamać, za to brzmienie jest ciekawe, czyta się rytmicznie i Linka czasem nawet posłucha. Do tego naprawdę ciekawe ilustracje. Magda, od której prezentem jest ksiażeczka, określiła je jako "creepy", no ale wszak my lubujemy się w rzeczach lekko makabrycznych, więc pasuje nam :)
"Jak pokonać nocne stwory?"
Zdecydowanie dla trochę starszych dzieci, które budzą się z płaczem lub też boją się ciemnego pokoju. Zbiór fachowych rad, jak okiełznać i unieszkodliwić potwory, na przykład poprzez wykonanie łapacza snów lub wyśmianie takiegoż potwora. Kreatywne podejście, sporo pomysłów na walkę z wybujałą dziecięcą wyobraźnią.
"Wierszyki ćwiczące języki"
Póki co, zbiór zabawnych obrazków i kolejne rytmiczne wierszyki. A na potem - ćwiczenia logopedyczne dla dzieci w wieku 3-5 lat.
"Beksa"
Jedna z kilku książeczek wietnamskiej autorki Khoa Le. Ślicznie ilustrowane bajki łączące rzeczywistość z magią, snem, niosące morał. Pięknie wydane, no po prostu miłe dla oka.
"Mam oko na litery"
Jedna z wielu z serii "Mamoko". Książeczka obrazkowa, gdzie na każdej stronie ukryło się mnóstwo słówek na kolejne litery alfabetu. Rysunki nieco szalone, prezentujące dziwne światy pełne uczłowieczonych zwierząt, maszyn, tętniące życiem. Mam nadzieję, że kiedyś da zajęcie na długie minuty.
"Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham"
To pozycja zdecydowanie dla młodszych. Prześlicznie zilustrowana opowiastka o tacie i synku zającach, którzy opowiadają sobie, jak bardzo się nawzajem kochają. Słodycz, po prostu słodycz!
"D.O.M.E.K."
Tutaj przemycamy dzieciom coś z prawdziwego, poważnego świata architektury i designu. Prostym, docierającym do małego czytelnika językiem i zabawnymi ilustracjami, pokazuje nam się, że można mieszkać nie tylko w bloku czy domu pod miastem, a architekci potrafią wyczarować najdziwniejsze lokum w najbardziej nietypowym miejscu. Domki są nazwane, rozrysowane, są rzuty, przekroje i objaśnienia. Ja jako dzieciak uwielbiałam podglądać, jak ktoś mieszka (no... zostało mi do dziś!), więc oby i Linkę ta książka wciągnęła.
I na deser moje ostatnie odkrycie - "Cuda wianki"
Książka o polskim folklorze. Zaczyna się wycinanką z koniem - już ją kocham! W środku ludowe stroje, zwyczaje, potrawy, instrumenty (moim absolutnym faworytem został kaszubski burczybas, na którym gramy szarpiąc za mokre włosie :p), ozdoby, wycinanki, hafty, palmy, pisanki... Niech dziecko wie, jakie tradycje jeszcze w Polsce się kultywuje, niech wie i pamięta, bo to ginie. Jestem tą pozycją absolutnie zachwycona i póki Kalina za mała, sama się wgapiam.
Na dziś tyle. Na pewno wrócę do tematu wraz z rośnięciem księgozbioru!
czwartek, 24 grudnia 2015
To już pora na Wigilię, to już czas...
Tak zaczyna się jedna z moich ukochanych kolęd Zbigniewa Preisnera. W pięknej góralskiej aranżacji. Tak, dziś TEN dzień. Jedyny taki w roku, magiczny, ulubiony. Od rana nawet na dworze jakoś inaczej. Odświętniej. Jeszcze ludzie spieszą się do sklepów po ostatnie zakupy, jeszcze z okien dobiega woń kapusty, ale już czuć jakieś takie swoiste oczekiwanie, napięcie. Ale takie radosne. A może to tylko ja tak widzę świat przez moje zielone okulary w kształcie choinki...?
U nas też od rana robota. Na dzień dobry spacer z dziewczynkami, a potem szast-prast, poczyniłam sałatkę jarzynową i oddałam kuchnię w ręce męża. Bo mój mąż nie uznaje półśrodków i półproduktów. Barszcz robi sam od zera (pyszny, karminowy, esencjonalny, żaden koncentrat niepotrzebny!), lepi uszka i pierogi. zajęło mu to czas aż do 17. W międzyczasie zabrałam jeszcze latorośl na plac zabaw, coby złapała tlenu. Oj, jak biegała, jak szalała. Bujaczki, huśtawka, trawa, liście, parkan, furtka... Piasek, błoto - teraz ma fazę na bieganie po różnych rodzajach podłoża. Biega i piszczy, uśmiech chochliczy ma na buzi i dalej biega. Lubię spędzać z nią czas, choć męczące to jest. Za stara jestem!
Po 17 szybkie odkurzanie, rozstawianie stołu i talerzy. Kalina też postanowiła po swojemu dołączyć się do świątecznych porządków:
Wystroić się. Ja założyłam moją ekstra spódnicę z materiału dresowego autorstwa pani Izabeli Szymony, którą to (kieckę, nie Izabelę!) dostałam pod choinkę rok temu. Zaś Kalina miała suknię od znajomej mojej mamy. Piękną, czarną na fioletowej halce, taką wręcz gotycką. Rockowa dziewczyna w końcu!
Siłaczka zaś dostała suszarkę modelującą (znów jak Jackie mogę krzyknąć "Hot rollers!!!), superaśną torbę gumową Obag, koszulkę, dżiny
A największa niespodzianka, to zestaw od Mikołaja-Anty-Księcia. Zegarek, aby odmierzać czas pieczenia, mieszanki mą, aby z nich piec i na koniec maszyna do chleba! Jak rany! Mogę już robić swój chleb ze swoją wędlinką!
Czyste szaleństwo! Chyba byłam bardzo grzeczna... Na pewno...?
Kocham ten czas. Wieczorny spacer z psem, ledwo się kulając z pełnym brzuchem i podpatrywanie Wigilii w innych domach, wyłapywanie gwaru rozmów zza okien. Wzruszające życzenia mojego męża. Dziecko, które się tak podekscytowało, że biegało jak w amoku ze dwie godziny. "Kevin" po raz tysiąc-pięćset-sto-dziewięćset w tv. Pierniczki na sam koniec dnia. Wciąż unoszący się zapach cebuli, suszu i buraków. Telefon z domu. Życzenia telefoniczne, sms-owe, mailowe. Tyle życzliwości. Tyle wspaniałych osób, które mam szczęście i zaszczyt mieć wokół siebie. Niczego więcej mi nie trzeba.
Wesołych Świąt, moi Czytacze!
U nas też od rana robota. Na dzień dobry spacer z dziewczynkami, a potem szast-prast, poczyniłam sałatkę jarzynową i oddałam kuchnię w ręce męża. Bo mój mąż nie uznaje półśrodków i półproduktów. Barszcz robi sam od zera (pyszny, karminowy, esencjonalny, żaden koncentrat niepotrzebny!), lepi uszka i pierogi. zajęło mu to czas aż do 17. W międzyczasie zabrałam jeszcze latorośl na plac zabaw, coby złapała tlenu. Oj, jak biegała, jak szalała. Bujaczki, huśtawka, trawa, liście, parkan, furtka... Piasek, błoto - teraz ma fazę na bieganie po różnych rodzajach podłoża. Biega i piszczy, uśmiech chochliczy ma na buzi i dalej biega. Lubię spędzać z nią czas, choć męczące to jest. Za stara jestem!
Po 17 szybkie odkurzanie, rozstawianie stołu i talerzy. Kalina też postanowiła po swojemu dołączyć się do świątecznych porządków:
Wystroić się. Ja założyłam moją ekstra spódnicę z materiału dresowego autorstwa pani Izabeli Szymony, którą to (kieckę, nie Izabelę!) dostałam pod choinkę rok temu. Zaś Kalina miała suknię od znajomej mojej mamy. Piękną, czarną na fioletowej halce, taką wręcz gotycką. Rockowa dziewczyna w końcu!
Na początek barszcz z uszkami, śledzie (te same, co zawsze plus inne - z pieczonymi burakami, ziemniakami, cebulą i śmietaną), sałatka jarzynowa i kompot. Kalina zajadała się sałatką, ale kompot to dopiero był szał - wysiorbała mi pół szklanki i piszczała o więcej!
A potem tata i córka na chwilę wyszli, a w tym czasie mikołaj zostawił pod naszą choinką górę prezentów. Górę! Kalinka dostała klocki, obrazki zwierzątek, lizaka z ksylitolem (według niej, absolutny hit wieczoru!), samochodzik, matę do wodnego malowania i body.
Dostała też książkę - reprint dawnych "Moich książeczek" z lat 60. Piękna. Coś w sobie mają te stare ilustracje - nieco dziwne, nieco tajemnicze, nieoczywiste, niektóre wręcz psychodeliczne :) I bajki, zupełnie inne niż wszechobecna teraz sieczka.
A największa niespodzianka, to zestaw od Mikołaja-Anty-Księcia. Zegarek, aby odmierzać czas pieczenia, mieszanki mą, aby z nich piec i na koniec maszyna do chleba! Jak rany! Mogę już robić swój chleb ze swoją wędlinką!
Czyste szaleństwo! Chyba byłam bardzo grzeczna... Na pewno...?
Kocham ten czas. Wieczorny spacer z psem, ledwo się kulając z pełnym brzuchem i podpatrywanie Wigilii w innych domach, wyłapywanie gwaru rozmów zza okien. Wzruszające życzenia mojego męża. Dziecko, które się tak podekscytowało, że biegało jak w amoku ze dwie godziny. "Kevin" po raz tysiąc-pięćset-sto-dziewięćset w tv. Pierniczki na sam koniec dnia. Wciąż unoszący się zapach cebuli, suszu i buraków. Telefon z domu. Życzenia telefoniczne, sms-owe, mailowe. Tyle życzliwości. Tyle wspaniałych osób, które mam szczęście i zaszczyt mieć wokół siebie. Niczego więcej mi nie trzeba.
Wesołych Świąt, moi Czytacze!
środa, 23 grudnia 2015
Goodwill towards men
"Peace on Earth and goodwill towards men", czyli pokój na świecie i dobra wola. To takie znane, trochę wyświechtane, ale jakże dobre hasło na Święta.
Z tym pokojem - wszyscy wiemy, jak jest. Boję się. boję się, w jakim świecie będzie żyć moja córka i jej dzieci...
Zostaje ta druga część. Bądźmy uczynni i mili dla innych. Ale tak szczerze, nie na siłę, nie udawanie.
Dziś wpadłam nieplanowanie do lokalnego sklepu z kawą i herbatą, bo na wystawie upatrzyłam dopełnienie naszej czerwono - białej choinki: białe figurki renifera i lisa. Śliczne. I zupełnie jak mój Łoś i moja psica-lisica... Byłam z Kaliną w wózku, a pani sprzedawczyni tak miło i z autentyczną troską otworzyła nam drzwi... Drobiazg, a cieszy.
Z tym pokojem - wszyscy wiemy, jak jest. Boję się. boję się, w jakim świecie będzie żyć moja córka i jej dzieci...
Zostaje ta druga część. Bądźmy uczynni i mili dla innych. Ale tak szczerze, nie na siłę, nie udawanie.
Dziś wpadłam nieplanowanie do lokalnego sklepu z kawą i herbatą, bo na wystawie upatrzyłam dopełnienie naszej czerwono - białej choinki: białe figurki renifera i lisa. Śliczne. I zupełnie jak mój Łoś i moja psica-lisica... Byłam z Kaliną w wózku, a pani sprzedawczyni tak miło i z autentyczną troską otworzyła nam drzwi... Drobiazg, a cieszy.
Inny przykład. W poniedziałek przyszłam na ostatnie przed Gwiazdką zajęcia do mojej uczennicy, B. Poza zwyczajową kobitą spragnioną wiedzy, czekała na mnie filiżana herbaty, sernik i bombka-brodacz, mikołajek taki. Zrobiło mi się tak ciepło na sercu, nie tylko od herbaty. Takie małe gesty, a pokazują taki ogrom sympatii.
I sytuacja z wczoraj. Kto ma mnie na FB, ten zna. Idziemy sobie na spacer: ja, córu i Lilaczek. Wieje, że głowę urywa. Po chodniku przemykają suche liście. Kalina, jak to stworzenie w jej wieku, zafascynowana wszystkim. Taki uciekający liść to nie lada gratka. Dalej, gonić z piskiem. Ale gdzie krótkim nóżkom do wichury. Uciekł. Dziecię niezadowolone. Idziemy dalej. Po chwili słyszę tuptanie. Dogania nas mijany przed chwilą chłopczyk, na oko siedmioletni. Schyla sie i... podaje Kalinie ten liść. Dogonił go specjalnie dla niej. Niesamowicie mnie tym rozczulił. Są jeszcze fajnie wychowane dzieciaki!
Bądźmy dobrzy. Dla siebie, dla bliskich, dla nieznajomych. Dobro do nas wraca!
sobota, 19 grudnia 2015
Spot the tree, czyli małe lokalne iluminacje
Śniegu oczywiście nie ma. Nie ma co marzyć o "White Christmas", chyba już się przyzwyczaiłam... Za oknem plus dziesięć, słońce i wietrzyk. Wiosna. No trudno. Pozostaje upatrywać Świąt gdzie indziej.
Że wyglądam drzewek w oknach - to już wiecie. Sprawia mi to autentyczną radochę. Nawet wieczorami wyręczam ostatnio męża w spacerach z psem, byle iść pogapić się w okna. Zobaczyć, czy od wczoraj ich przybyło. Balkony mienią się lampkami, startując w konkursie "który sąsiad najbogatszy". Śmieszna parodia amerykańskich rozświetlonych domów. Mini mieszkanko, mini balkonik i fura lampek.
A zza firanek i żaluzji łypią ONE. Małe i duże, żywe i sztuczne, puchate i badylaste. Przytłoczone łańcuchami i anielskim włosem, pamiętającym Gierka lub też nowoczesne, lekkie, artystyczne. Same lampki i kokardy. Albo na ludowo - modnie. Migają jak wiejska dyskoteka lub świecą monochromatyczną bielą. W rogach, przy oknach, na szafkach i komodach. W otoczeniu pilśniowych meblościanek lub nowoczesnego dizajnu. Przyglądają się życiom. Emeryckim, rodzinnym, zabieganym. Bogatym i biednym. Wkrótce wszystkie będą świadkami wieczerzy. Niektóre udawanej uprzejmości, inne autentycznej, rodzinnej, świątecznej magii...
Że wyglądam drzewek w oknach - to już wiecie. Sprawia mi to autentyczną radochę. Nawet wieczorami wyręczam ostatnio męża w spacerach z psem, byle iść pogapić się w okna. Zobaczyć, czy od wczoraj ich przybyło. Balkony mienią się lampkami, startując w konkursie "który sąsiad najbogatszy". Śmieszna parodia amerykańskich rozświetlonych domów. Mini mieszkanko, mini balkonik i fura lampek.
A zza firanek i żaluzji łypią ONE. Małe i duże, żywe i sztuczne, puchate i badylaste. Przytłoczone łańcuchami i anielskim włosem, pamiętającym Gierka lub też nowoczesne, lekkie, artystyczne. Same lampki i kokardy. Albo na ludowo - modnie. Migają jak wiejska dyskoteka lub świecą monochromatyczną bielą. W rogach, przy oknach, na szafkach i komodach. W otoczeniu pilśniowych meblościanek lub nowoczesnego dizajnu. Przyglądają się życiom. Emeryckim, rodzinnym, zabieganym. Bogatym i biednym. Wkrótce wszystkie będą świadkami wieczerzy. Niektóre udawanej uprzejmości, inne autentycznej, rodzinnej, świątecznej magii...
Od wczoraj i my mamy swoją. Pierwszy raz sztuczną. Postawiliśmy na bezpieczeństwo blisko półtorarocznego szkraba oraz dobrostan drzewka, potencjalnie tarmoszonego przez małe lepkie rączki. Był to strzał w dziesiątkę. Królewna jest choinką zafascynowana, zdejmuje i turla bombki... Tak, tak, do połowy wysokości w tym roku dyndają plastiki.
Jak na sztuczyznę, jest zaskakująco ładna. Puchata, w naturalnym kolorze. Trochę zbyt symetryczna. Biało-czerwone ozdoby pięknie się komponują. Dwa komplety oldskulowych lampek - świeczek widać z dworu. Jeśli ktoś, jak ja, wygląda choinek w oknach, może zauważyć i naszą :)
niedziela, 6 grudnia 2015
Olympijsko
Londyńską Olympię kojarzy na pewno każdy koniarz. Co roku tuż przez Bożym Narodzeniem odbywają się tam znane na całym świecie zawody jeździeckie.
Hala Olympii otworzyła swe drzwi dla publiczności w 1886 roku, zachwycając rozmachem, wznoszącym się na 170 stóp szklanym dachem, pomysłu architekta Henry'ego Edwarda Coe. powstała jako hala widowiskowa, już od pierwszego roku działalności goszcząc konie, ale też będąc miejscem pokazów motoryzacyjnych, wystaw budowlanych.
(rycinę zapożyczyłam z oficjalnej strony http://olympia.london/about-us/our-story)
Tak się składa, że w 2004 roku mój niesamowity tata spełnił moje marzenie i pojechaliśmy do Olympii, specjalnie na zawody! Przy okazji zobaczyłam Londyn, w którym się zakochałam. Ale i tak po południu porzucałam wszystkie te Baker Street i Big Beny i jak w transie, osiągając prędkość Warp, gnałam na metro do Olympii.
11 lat, a nadal mam wypieki na wspomnienie. Nigdy nie widziałam czegoś takiego! W pięknej, starej hali, światowa czołówka koni i jeźdźców (bożeeee, Rodrigo Pessoa na żywo!!!!!!). A do tego charakterystyczne świąteczne dekoracje - w tym i przeszkody - świąteczne piosenki lecące w tle, miasteczko zakupów, pokazy, jedzenie... Jak w kalejdoskopie, kolorowo, gwarnie, nierealnie. Kilka dni, a zero nudy i chciałoby się więcej, i więcej...
boski Rodrigo i Baloubet du Rouet
feeria barw! (na zdjęciu Ellen Whitaker)
The Leaping Frogs, czyli striptiz na wesoło ;)
pokaz the Metropolitan Police
i niżej podpisana koło polarowej końskiej piżamy
Chciałabym jeszcze kiedyś... Czytacze-koniarze! Jeśli będziecie mieli okazję - to marsz do Londynu! Żadne, powtarzam: żadne! zawody nie mogą się z tym równać.
Hala Olympii otworzyła swe drzwi dla publiczności w 1886 roku, zachwycając rozmachem, wznoszącym się na 170 stóp szklanym dachem, pomysłu architekta Henry'ego Edwarda Coe. powstała jako hala widowiskowa, już od pierwszego roku działalności goszcząc konie, ale też będąc miejscem pokazów motoryzacyjnych, wystaw budowlanych.
Tak się składa, że w 2004 roku mój niesamowity tata spełnił moje marzenie i pojechaliśmy do Olympii, specjalnie na zawody! Przy okazji zobaczyłam Londyn, w którym się zakochałam. Ale i tak po południu porzucałam wszystkie te Baker Street i Big Beny i jak w transie, osiągając prędkość Warp, gnałam na metro do Olympii.
11 lat, a nadal mam wypieki na wspomnienie. Nigdy nie widziałam czegoś takiego! W pięknej, starej hali, światowa czołówka koni i jeźdźców (bożeeee, Rodrigo Pessoa na żywo!!!!!!). A do tego charakterystyczne świąteczne dekoracje - w tym i przeszkody - świąteczne piosenki lecące w tle, miasteczko zakupów, pokazy, jedzenie... Jak w kalejdoskopie, kolorowo, gwarnie, nierealnie. Kilka dni, a zero nudy i chciałoby się więcej, i więcej...
boski Rodrigo i Baloubet du Rouet
feeria barw! (na zdjęciu Ellen Whitaker)
The Leaping Frogs, czyli striptiz na wesoło ;)
pokaz the Metropolitan Police
i niżej podpisana koło polarowej końskiej piżamy
Chciałabym jeszcze kiedyś... Czytacze-koniarze! Jeśli będziecie mieli okazję - to marsz do Londynu! Żadne, powtarzam: żadne! zawody nie mogą się z tym równać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















































