Tak było u nas w tym roku wakacyjnie. Sprawy nie tylko urlopowo - turystyczne sprawiły, że skierowaliśmy swe kroki do tych właśnie miast. Może nie są to typowe destynacje na czas kanikuły, niemniej jednak jesteśmy bardzo zadowoleni, wypoczęci, najedzeni i nawet trochę opaleni.
Bydgoszcz lubię. Nie na długo, ale na dzień-dwa. Ma ładną Starówkę, sporo miejsca na spacerowanie. Rzeka płynie, kamienice zwisają nad wodą, rzeźba linoskoczka kołysze się w powietrzu. Dzieciaki moczą nogi w wodzie poprowadzonej kaskadą przy parku, gdzie spokojnie można spędzać lato w mieście na trawie.
Ze smakołyków, polecam lody naturalne z Przystani na lody na ulicy Stary Port. Naturalne składniki, szczodre porcje i fajne smaki.
Mieszkaliśmy w przedziwnym miejscu. Ulica Lelewela. Karykaturalny wręcz miszmasz: stare wille, walące się kamienice, gierkowskie klocki, wielopiętrowe bloki z lat 80, dwie luksusowe kliniki chirurgii estetycznej, gruzowiska i nasz hostel, przyklejony do bloku. Poranne spacery celem odcedzenia psa były dla mnie okazją do podziwiania tego niezwykłego krajobrazu i co dzień przynosiły nowe "odkrycia". Sam hostel (Hostel 24) polecam - czyściuteńko, schludnie, porządne, urozmaicone śniadania. Można z psem. Cena nie zabija.
Nie samą Bydgoszczą człowiek żyje. Poszukiwania wykonawcy naszego przyszłego domu przygnały nas do Strzelna. Że też jeszcze są w Polsce te małe miasteczka, tak wyludnione i leniwe, jak, zdawałoby się, już tylko w starych filmach. Strzelno właśnie takie jest - nic się nie dzieje, nikt się nie spieszy (no, poza kierowcami, niestety miasteczko jest punktem przelotowym transportu wszelakiego). Niezłe lody z frużeliną, zbiór bardzo oryginalnych szyldów sklepowych. Z zabytków słynny kościół Świętej Trójcy i romańska Rotunda św. Prokopa. My lubimy się szwendać po takich miejscach, więc mimo trudów podróży (upał i późna pora z rocznym dzieckiem - słaba kombinacja), byliśmy ukontentowani.
Kolejny dzień to wycieczka do Koronowa. Koronowo też jest małe i spokojne. Ma rzekę, ma zalew. Jest miasteczkiem jeszcze średniowiecznym i zdradza to układ ulic i domków.
Wycieczka bardzo ciekawa, bo liczna. Pojechaliśmy my i koleżanka Anty-Księcia (no, od teraz także i moja, bo mam wrażenie, że dobrze nam się gada) wraz z synem swym, nieco młodszym od Linki. A to oznacza: dwa foteliki samochodowe, dwa wózki spacerowe, dwa nosidła, dwie wielkie torby pełne rzeczy niezbędnych. Plus nasz głupowaty pies na deser. Mój mąż się śmieje, że ta wycieczka to było więcej zatrzymywania się niż chodzenia.
- poprawię małą
- poczekajcie, Henio chce pić
- czy Kalinka też chce chrupkę?
- kochanie, chyba muszę ją nakarmić...
- poczekajcie, kupię bułkę
- poczekajcie, Kalina znów siedzi zwinięta w chińskie s
- Lilu, gdzie ty leziesz?!
- kółko się zablokowało
I tak w koło Macieju. Uroczo. Ale co tam. Fajosko było. Jak karmiłyśmy na ławeczce nad rzeką, a dzieci smyrały się stopami. Jak usnęły w samochodzie i mąż poszedł sam z psem nad wodę, a my pilnowałyśmy snu. Matki-kwoki! Super miejsce na obiad w chacie typu skansen, pyszne mięsko z grilla i pierwsza frytka Kaliny (do Rzecznika praw Dziecka z nami!), plus ukradziony przez nią ketchup w saszetce. Pyszna mrożona kawa na ryneczku. Chłód bazyliki, gdzie wprosiliśmy się do przedsionka wszyscy, łącznie z psem. Musieliśmy generalnie wyglądać ciekawie ;)
No, a potem przyszła pora powiedzieć baj baj Bydgoszczy i jechać do stolicy, gdzie gnały mnie sprawy bankowe. A, że mieszkają tam rodzice - to dwie pieczenie na jednym ogniu :).
Warszawa znów inna niż zapamiętałam. Ile nowych budynków!
Upał już nieznośny. Niewiele można. Gdy okazało sie, że w sumie sprawy bankowe mogę już załatwić i u siebie, porankiem zaatakowaliśmy zoo. Ja uwielbiam ogrody zoologiczne! I marzyłam pokazać je córce. Jeszcze trochę mało kuma, ale zwierzątka uwielbia i patrzyła zafascynowana. Bałą się małp, cieszyła się ze słoni i ptaków, jadła z nami gofra. Babcia była przeszczęśliwa, ze mogła spędzić z nami ten czas. Mnie tylko żal było, że akwarium jest aktualnie w remoncie.
Warszawa to też czas z rodziną, kubełek od pradziadków i wspaniała kolacja, poczułam się jak podczas podróży po Europie - jedzenie na ulicy, zapachy z kuchni, pyszne gnocchi z krewetkami... Ach ach!
Witaj w świecie siłaczki! Siłaczka jest nauczycielką angielskiego, niedużą ciałem, acz wielką duchem babką, która stara się wziąć byka za rogi i się nie dać :) Zapraszam do czytania, komentowania, próbowania moich smakołyków, dzielenia się spostrzeżeniami, chwalenia się, narzekania - no, co komu w duszy gra :)
sobota, 8 sierpnia 2015
wtorek, 21 lipca 2015
Wakacje, ach, wakacje...
Mamy połowę lipca. Zajęcia w szkole skończone. Pora relaksu. Kanikuła.
Nasz wyjazd jeszcze przed nami. Jeszcze czas radosnej ekscytacji i oczekiwania. piszę listę rzeczy do zabrania (my, Kalina, pies - będzie pełne auto...). Tymczasem wspominam najważniejsze wakacyjne miejsca w moim życiu. Paradoksalnie, nie będzie tu o Australii czy Francji. Może kiedyś. W sumie, dobry pomysł na posty. Ale nie dziś, dziś w Polskę idziemy.
Chałupy. Jeździliśmy wiele lat na cały miesiąc. To znaczy, ja i mama, tata dojeżdżał. Byłam małym smarkiem, więc wakacje na plaży to było to, co tygryski lubiły najbardziej. A dorośli też sobie jakoś radzili, zgrana paczka znajomych, dzieci niemal w tym samym wieku - było dobrze.
Plaża, morze. Zabawy w syrenki, doły do wody, zakopywanie nóg, skoki przez fale, wspinaczki na falochrony i latanie z mewimi piórami. Urodziny Moniki na plaży. Łazikowanie po głazach nad Zatoką pucką i połów "miniraczków" (takie robaczki pływające w Zatoce, nasze mamy były regularnie raczone "ciastem" z piasku i tych stworzonek...). Rolmopsy od "Pani Rybki", sprzedawane z przyczepy. Jedyna wówczas budka z pamiątkami i liczne "muszę to mieć, mamooooo", typu sprężyna schodząca po schodach czy zestaw trzech plastikowych Alfów w różnych kolorach. Gofry z bitą śmietaną i czekoladą. Posiłki w stołówce parę domów dalej - zupy mleczne, kubki barowe i kakao w niedzielę. Beztroska, bursztyny. I zawsze najlepiej bawiło się w pokoju Moniki i cioci Gosi, a nie w naszym ;)
Nowy Zyzdrój, Mazury. To dopiero polska egzotyka. Stare domki, z dziurą w podłodze łazienki, domek trzęsący się w nocy, kiedy któryś z psów się drapał. Stołówka serwująca "PICCĘ", czyli spód do pizzy z piramidą z pieczarek i każąca dopłacać, jeśli rezygnuje się z któregoś posiłku. Sławetne "z Warszawy, a takie chamy", wysyczane przez Panią Kierowniczkę. Wycieczki do jedynego lokalnego sklepu, psy rezydujące w wykopanych przez siebie dołkach po bokach tarasu, noszące patyki w lesie i objadające krzaczki jagód. Łowienie ryb na pomoście, spanie w namiocie pod domkiem. Śniadania na tarasie i biały ser z miodem. Kajaki, zwiedzanie wyspy.
Ciechocinek. Tak, ten. Ten od starych dziadków w sanatoriach ;). Zaczęło się od ferii zimowych, a potem już wielka wakacyjna miłość. Konie, konie! Nieistniejąca już stajnia Amazonka. Podławe miejsce z cudowną instruktorką, najlepszymi końmi pod słońcem i wspaniałymi wyjazdami w teren czy na rajd. Ile wspomnień. Cudowne towarzystwo Moniki i jej babci Zosi. Babcia to gwiazda. Popylajaca na rowerze, przywożąca pizzę na bagażniku, tłukąca kotlety słoikiem, klnąca jak szewc i kochana, jak to babcia. Spacery, lenistwo, ale przede wszystkim konie. Jazdy za pracę w stajni, oprowadzanie na kucykach, prowadzenie lonż obozowiczom, a wieczorem teren lub skoki na placu. Nie ma już tego miejsca, nie ma już wielu z tych dzielnych, spracowanych zwierząt. Hulajka, Zorka, Ibanez, Oferta, Włoga, Orfeusz, Boston - moje ukochane - zapamiętane na kliszy zdjęć przechowywanych jak skarb.
Mycyny. Moje miejsce na ziemi. Ukochana Warmia, najcudowniejsze wakacje z Łosiem, co roku, na cały sierpień. Cisza, spokój, las, mój koń i ja. Cudowni ludzie, wspaniali gospodarze, nieziemskie jedzenie. Łoś wychowujący młodziaki, pogaduchy w kuchni, niesamowita Mała Ula, z którą mam serdeczny, choć rzadki, kontakt do dziś. Wzruszenia i dramaty, wyprawy w grupie i samotne, mój koń piękny i młody, kochający galop, który wyciskał mi łzy z oczu, kiedy 750 kilo żywego ciała łapało wiatr w żagle. Jak on kochał te górki, ten świst powietrza. Gubiliśmy się i znajdowaliśmy - on znał drogę. Jezioro, czaple startujące zza drzew, zapach nagrzanej słońcem żywicy. Magia.
zdjęcia moje, Taty i z internetu
Nasz wyjazd jeszcze przed nami. Jeszcze czas radosnej ekscytacji i oczekiwania. piszę listę rzeczy do zabrania (my, Kalina, pies - będzie pełne auto...). Tymczasem wspominam najważniejsze wakacyjne miejsca w moim życiu. Paradoksalnie, nie będzie tu o Australii czy Francji. Może kiedyś. W sumie, dobry pomysł na posty. Ale nie dziś, dziś w Polskę idziemy.
Chałupy. Jeździliśmy wiele lat na cały miesiąc. To znaczy, ja i mama, tata dojeżdżał. Byłam małym smarkiem, więc wakacje na plaży to było to, co tygryski lubiły najbardziej. A dorośli też sobie jakoś radzili, zgrana paczka znajomych, dzieci niemal w tym samym wieku - było dobrze.
Plaża, morze. Zabawy w syrenki, doły do wody, zakopywanie nóg, skoki przez fale, wspinaczki na falochrony i latanie z mewimi piórami. Urodziny Moniki na plaży. Łazikowanie po głazach nad Zatoką pucką i połów "miniraczków" (takie robaczki pływające w Zatoce, nasze mamy były regularnie raczone "ciastem" z piasku i tych stworzonek...). Rolmopsy od "Pani Rybki", sprzedawane z przyczepy. Jedyna wówczas budka z pamiątkami i liczne "muszę to mieć, mamooooo", typu sprężyna schodząca po schodach czy zestaw trzech plastikowych Alfów w różnych kolorach. Gofry z bitą śmietaną i czekoladą. Posiłki w stołówce parę domów dalej - zupy mleczne, kubki barowe i kakao w niedzielę. Beztroska, bursztyny. I zawsze najlepiej bawiło się w pokoju Moniki i cioci Gosi, a nie w naszym ;)
Nowy Zyzdrój, Mazury. To dopiero polska egzotyka. Stare domki, z dziurą w podłodze łazienki, domek trzęsący się w nocy, kiedy któryś z psów się drapał. Stołówka serwująca "PICCĘ", czyli spód do pizzy z piramidą z pieczarek i każąca dopłacać, jeśli rezygnuje się z któregoś posiłku. Sławetne "z Warszawy, a takie chamy", wysyczane przez Panią Kierowniczkę. Wycieczki do jedynego lokalnego sklepu, psy rezydujące w wykopanych przez siebie dołkach po bokach tarasu, noszące patyki w lesie i objadające krzaczki jagód. Łowienie ryb na pomoście, spanie w namiocie pod domkiem. Śniadania na tarasie i biały ser z miodem. Kajaki, zwiedzanie wyspy.
Ciechocinek. Tak, ten. Ten od starych dziadków w sanatoriach ;). Zaczęło się od ferii zimowych, a potem już wielka wakacyjna miłość. Konie, konie! Nieistniejąca już stajnia Amazonka. Podławe miejsce z cudowną instruktorką, najlepszymi końmi pod słońcem i wspaniałymi wyjazdami w teren czy na rajd. Ile wspomnień. Cudowne towarzystwo Moniki i jej babci Zosi. Babcia to gwiazda. Popylajaca na rowerze, przywożąca pizzę na bagażniku, tłukąca kotlety słoikiem, klnąca jak szewc i kochana, jak to babcia. Spacery, lenistwo, ale przede wszystkim konie. Jazdy za pracę w stajni, oprowadzanie na kucykach, prowadzenie lonż obozowiczom, a wieczorem teren lub skoki na placu. Nie ma już tego miejsca, nie ma już wielu z tych dzielnych, spracowanych zwierząt. Hulajka, Zorka, Ibanez, Oferta, Włoga, Orfeusz, Boston - moje ukochane - zapamiętane na kliszy zdjęć przechowywanych jak skarb.
Mycyny. Moje miejsce na ziemi. Ukochana Warmia, najcudowniejsze wakacje z Łosiem, co roku, na cały sierpień. Cisza, spokój, las, mój koń i ja. Cudowni ludzie, wspaniali gospodarze, nieziemskie jedzenie. Łoś wychowujący młodziaki, pogaduchy w kuchni, niesamowita Mała Ula, z którą mam serdeczny, choć rzadki, kontakt do dziś. Wzruszenia i dramaty, wyprawy w grupie i samotne, mój koń piękny i młody, kochający galop, który wyciskał mi łzy z oczu, kiedy 750 kilo żywego ciała łapało wiatr w żagle. Jak on kochał te górki, ten świst powietrza. Gubiliśmy się i znajdowaliśmy - on znał drogę. Jezioro, czaple startujące zza drzew, zapach nagrzanej słońcem żywicy. Magia.
zdjęcia moje, Taty i z internetu
sobota, 4 lipca 2015
Dobre Miasto
Ha, wcale nie chodzi tu o to, ze jakieś miasto jest lepsze niż inne. Ono po prostu tak się nazywa ;)
Chyba nas już ciągnie na tę naszą wioskę, bo lubimy powłóczyć się po małych miasteczkach. Ostatnio pokazywałam Wam Lidzbark, dziś zajrzymy do Dobrego Miasta.
W sumie podobnie jak w Lidzbarku. cicho, sielsko, trochę pewnie nudno. Dużo emerytów, z otwartych balkonów sączą się dźwięki telewizorów, rozmów i zapachy z kuchni. Starsze panie szorują szyby lub rozparte na parapetach wyglądają potencjalnych atrakcji.
Architektura jak ze snu pijanego cukiernika - znów obskurne bloki ramię w ramię z pojedynczymi kamienicami. Samotne domki, których szeregowych braci zmiotła wojenna zawierucha. Stary miejski mur z przybudowanymi domami. A gdzie indziej otynkowany i pomalowany, co nadaje mu obecnie wygląd... budowli z cellulitem. Po przeciwnej stronie koszmarny nowoczesny hotel, nijak nie pasujący do otoczenia. Płynie rzeka, gryzą meszki, lokalny podpity pan robi szpagat na ryneczku, chcąc chyba zaimponować własnemu psu. Skaczą podświetlane fontanny, lody kapią po palcach, słońce powoli zachodzi. Zadowoleni, możemy wracać do "cywilizacji".
Chyba nas już ciągnie na tę naszą wioskę, bo lubimy powłóczyć się po małych miasteczkach. Ostatnio pokazywałam Wam Lidzbark, dziś zajrzymy do Dobrego Miasta.
W sumie podobnie jak w Lidzbarku. cicho, sielsko, trochę pewnie nudno. Dużo emerytów, z otwartych balkonów sączą się dźwięki telewizorów, rozmów i zapachy z kuchni. Starsze panie szorują szyby lub rozparte na parapetach wyglądają potencjalnych atrakcji.
Architektura jak ze snu pijanego cukiernika - znów obskurne bloki ramię w ramię z pojedynczymi kamienicami. Samotne domki, których szeregowych braci zmiotła wojenna zawierucha. Stary miejski mur z przybudowanymi domami. A gdzie indziej otynkowany i pomalowany, co nadaje mu obecnie wygląd... budowli z cellulitem. Po przeciwnej stronie koszmarny nowoczesny hotel, nijak nie pasujący do otoczenia. Płynie rzeka, gryzą meszki, lokalny podpity pan robi szpagat na ryneczku, chcąc chyba zaimponować własnemu psu. Skaczą podświetlane fontanny, lody kapią po palcach, słońce powoli zachodzi. Zadowoleni, możemy wracać do "cywilizacji".
piątek, 3 lipca 2015
W co się bawić... po PRL-owsku
Rynek zalewa tandeta, również jeśli chodzi o rzeczy dla dzieci. Od zabawek po bajki. Nie uniknę tego, nie będę izolować dziecka na siłę. Póki co, ona uwielbia plastikowe grające badziewie. Bo kolorowe i skrzeczy. Mała sroka jedna. Ale staram się też pokazywać jej, że są i inne zabawy i zabawki. Wracam do tego, czym i w co sama bawiłam się jako dziecko. Kupujemy drewniane i szmaciane zabawki. Czytamy książeczki (tak, tylko tyle i AŻ tyle...). A ostatnio natchnęło mnie, aby sprawić sobie i Kalinie książkę, która inspirowała mnie i moją mamę do zabaw.
Jak na załączonym obrazku - tytuł to "Chore dziecko chce się bawić". Bo główne założenie tego wydawnictwa, to pokazać, jak zorganizować czas i zabić nudę, kiedy dziecię leży złożone ospą czy innym paskudztwem. Jest trochę informacji o chorobach i o tym, jaki rodzaj zabawy jest zalecany i nieszkodliwy podczas różnych ich typów. Ja jednak myślę - i sprawdziło się to na mnie - że można z niej korzystać i ze zdrowym potomkiem. Ileż to razy młody człowiek przyjdzie ze słynnym "maaamoooo, nudzi miiii sięęęęę". Albo co robić w deszczowe jesienne dni? Jasne, zawsze można puścić bajkę. Ale chyba nie o to chodzi? Bajka ma być jednym, na pewno nie dominującym, sposobem zabicia czasu. Ja jestem zwolenniczką wszelkiego rodzaju zabaw plastycznych, manualnych. I ta oto książeczka proponuje ich wiele - wycinanki, szycie, składanie. Oprócz tego teatrzyki, rymowanki, zagadki, rysowanie ze słuchu, gry ruchowe.
Odbyłam podróż w czasie, z nostalgią przejrzałam ilustracje, wspominając, jak bardzo chciałam zrobić konika na biegunach czy akwarium bez wody. Książka kosztowała mnie szalone 4 złote w internetowym antykwariacie i sporo więcej za przesyłkę, ale to nic. Mam nadzieję, ze nie raz, nie dwa z niej z Kalinką skorzystamy.
Jak na załączonym obrazku - tytuł to "Chore dziecko chce się bawić". Bo główne założenie tego wydawnictwa, to pokazać, jak zorganizować czas i zabić nudę, kiedy dziecię leży złożone ospą czy innym paskudztwem. Jest trochę informacji o chorobach i o tym, jaki rodzaj zabawy jest zalecany i nieszkodliwy podczas różnych ich typów. Ja jednak myślę - i sprawdziło się to na mnie - że można z niej korzystać i ze zdrowym potomkiem. Ileż to razy młody człowiek przyjdzie ze słynnym "maaamoooo, nudzi miiii sięęęęę". Albo co robić w deszczowe jesienne dni? Jasne, zawsze można puścić bajkę. Ale chyba nie o to chodzi? Bajka ma być jednym, na pewno nie dominującym, sposobem zabicia czasu. Ja jestem zwolenniczką wszelkiego rodzaju zabaw plastycznych, manualnych. I ta oto książeczka proponuje ich wiele - wycinanki, szycie, składanie. Oprócz tego teatrzyki, rymowanki, zagadki, rysowanie ze słuchu, gry ruchowe.
Odbyłam podróż w czasie, z nostalgią przejrzałam ilustracje, wspominając, jak bardzo chciałam zrobić konika na biegunach czy akwarium bez wody. Książka kosztowała mnie szalone 4 złote w internetowym antykwariacie i sporo więcej za przesyłkę, ale to nic. Mam nadzieję, ze nie raz, nie dwa z niej z Kalinką skorzystamy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







































