Wciąż jeszcze wiele osób pyta mnie, czy żałuję przeprowadzki i kiedy wracam do Warszawy. Nie żałuję. I nie wracam. Jedyne co staje się coraz bardziej uciążliwe, to tęsknota za pozostawionymi tam najbliższymi. Poznałam i poznaję tu nowych ludzi, bardzo fajnych zresztą, bo Olsztyn to w sumie spoko miasto ze spoko ludźmi. Ale rodzice i przyjaciółki zostały tam...Całe szczęście, ze żyjemy w dobie elektroniki oraz szybkiego transportu. A Warszawa to zaledwie 200 km z małym hakiem. Oraz, ze czasami ktoś ze stolicy zapragnie wypoczynku w Krainie Wielkich Jezior ;)
I tak oto, korzystając z zimy, ferii i noworocznej mobilizacji ludzkiej, w tym miesiącu zażyłam rozkoszy spotkania się aż z dwiema moimi best of the best.
W zeszłym tygodniu podskoczyliśmy do przepięknego kompleksu pałacowego w Galinach, gdzie zatrzymała się moja Daga z synkiem. Z Dagą znamy się lat naście, od czasów wspólnego pobytu w stajni w podwarszawskich Falentach. Kiedyś treningi, zawody i tereny, dziś organizowanie czasu dzieciom (mały G jest 9 miesięcy starszy od naszej Kijanki). Cóż, naturalna kolej rzeczy.
Galiny nawet w zimowe roztopy piękne, zaliczyliśmy mały spacer, oglądanie zwierzaków (konie, kozy, owce i osły), zabawę w salce zabaw, zabawę w przepięknym pokoju hotelowym oraz naprawdę smaczny posiłek (mąż mój świetne pierogi z dzikiem, ja kluski śląskie z leśnymi grzybami, a dzieciom bez problemu ugotowano po parówce saute :)) popity genialną pigwoniadą (mówię to ja, która nie znosi pigwy). Było serdecznie, śmiesznie, dzieci oczywiście zaczęły dobrze się bawić w momencie, kiedy musieliśmy się zbierać...
Zaś w ten weekend bawiła u nas moja osobista Sis, najlepsza na świecie. obsypała młodą prezentami (a i nam skapnęło, mam cuuudny wałek wałkujący we wzory łowickie!!!), nawiozła ploteczek. Zaliczyliśmy wspaniałą jak zawsze pizzę w Drewno i ogień na olsztyńskiej Starówce, mały shopping w galerii, wizytę na naszej działce (Marcinkowo pod śniegiem równie piękne). Napytlowałyśmy się trochę, mąż podkarmił obficie jajecznicą z kabanosami (tak, z kabanosami, co się dziwisz?), Kalina ciotkę oczywiście zaanektowała i wciągnęła do zabaw, poprzytulała. Jednak co spotkanie, to spotkanie. Żaden czat czy telefon tego nie zastąpi.
Cudnie było. Czuję się dopieszczona towarzysko. More, please!
Witaj w świecie siłaczki! Siłaczka jest nauczycielką angielskiego, niedużą ciałem, acz wielką duchem babką, która stara się wziąć byka za rogi i się nie dać :) Zapraszam do czytania, komentowania, próbowania moich smakołyków, dzielenia się spostrzeżeniami, chwalenia się, narzekania - no, co komu w duszy gra :)
niedziela, 29 stycznia 2017
piątek, 30 grudnia 2016
Another year has gone by...
... and I'm still the one by your side. Tak śpiewała Celina D. I chyba to dobre podsumowanie.
Koniec roku, czas podsumowań. Czy był to dobry rok? Chyba taki średni. Na plus należy zaliczyć to, że, jak wyżej - wciąż mamy siebie, jesteśmy razem. Moja rodzinka to mój życiowy sukces, osiągnięcie i spełnione marzenie. Moja ostoja, mój sens, moje wszystko.
Plus to dobre zdrowie, odpukać. To to, ze nikogo w tym roku nam nie ubyło.
Plusem były nasze cudowne krótkie wakacje i malutkie wypady.
Ogromna radość to to, ze moje dwie najbliższe przyjaciółki szczęśliwie wyszły za mąż. Mega emocje.
Plus to wspaniali ludzie, jakich mam wokoło, bliżej i dalej.
Minusy? Największy - totalna klapa z budową domu. Te święta miały już być tam... Jedna osoba położyła wszystkie nasze (i nie tylko) plany.
Niefortunna zmiana stajni. Chciałam dla Łosia emerytury pod chmurką, wśród zieleni. A zamiast tego zafundowałam mu utratę zdrowia i narażenie życia. A sama poszłam z torbami. Ale finał jest plusowy - koń wyzdrowiał, a ja wróciłam w najlepsze miejsce.
W 2017? Postawię dom! Postawię go, cholerka!
Zamierzam zostać ciocią. Co najmniej raz ;).
Wsiadać czasem na konie. Nie porzucić!
Wspaniałego, nie strzelanego Sylwestra i dobrego roku, drodzy Czytacze!
piątek, 23 grudnia 2016
Mała pierniczarka
Są koronczarki, to mogą być i pierniczarki, a co!
To już poważne sprawy i to nie przelewki. Dziecię me pierwszy raz piekło świąteczne pierniczki! Mając już pewną wprawę po ciastkach z banana, wiedziała z czym to się, nomen omen, je. Na wieść, że będą ciacha, już dzień wcześniej wyciągnęła swoje plastikowe wykrawarki z szuflady.
Matka wyrobiła ciasto (przepis macie w poście z grudnia 2013, bez zmian), a dziecko wałkowało, wycinało i zbierało wycięte ciastka. A że zgubiłam wałek - rozstąp się ziemia, nie ma w szafce, na szafce, w suszarce...), użyłyśmy... butelki po winie, a nowy wałek kupiłam nazajutrz. Też się dało. Pierniczki trochę grubsze i bardziej koślawe niż zwykle, ale za to najlepsze, bo Kalinkowe.
Dziecku zapału starczyło na dwie blachy. Pozostałe 3 robiłam ja, a młoda w tym czasie "sipała" mąkę, po czym rozprowadzała ją po stoliku, pod stolikiem, po swoim ubraniu, buzi, a nawet moich rękach i dżinsach... Kuchnia i wszystkie ciuchy do prania, ale co mi tam. Frajda dziecka, jej poczucie zaangażowania i pożyteczności - bezcenne. Kiedyś nauczyć się musi! Efekt śliczny i pyszny. Dobrze, ze Wigilia już jutro, bo córu swoje dzieło systematycznie wyjada...
PS. a mąż znalazł wałek... w szafce... jak ja szukałam... No to mamy dwa :D
To już poważne sprawy i to nie przelewki. Dziecię me pierwszy raz piekło świąteczne pierniczki! Mając już pewną wprawę po ciastkach z banana, wiedziała z czym to się, nomen omen, je. Na wieść, że będą ciacha, już dzień wcześniej wyciągnęła swoje plastikowe wykrawarki z szuflady.
Matka wyrobiła ciasto (przepis macie w poście z grudnia 2013, bez zmian), a dziecko wałkowało, wycinało i zbierało wycięte ciastka. A że zgubiłam wałek - rozstąp się ziemia, nie ma w szafce, na szafce, w suszarce...), użyłyśmy... butelki po winie, a nowy wałek kupiłam nazajutrz. Też się dało. Pierniczki trochę grubsze i bardziej koślawe niż zwykle, ale za to najlepsze, bo Kalinkowe.
Dziecku zapału starczyło na dwie blachy. Pozostałe 3 robiłam ja, a młoda w tym czasie "sipała" mąkę, po czym rozprowadzała ją po stoliku, pod stolikiem, po swoim ubraniu, buzi, a nawet moich rękach i dżinsach... Kuchnia i wszystkie ciuchy do prania, ale co mi tam. Frajda dziecka, jej poczucie zaangażowania i pożyteczności - bezcenne. Kiedyś nauczyć się musi! Efekt śliczny i pyszny. Dobrze, ze Wigilia już jutro, bo córu swoje dzieło systematycznie wyjada...
PS. a mąż znalazł wałek... w szafce... jak ja szukałam... No to mamy dwa :D
niedziela, 18 grudnia 2016
Zielona puchata
Wczoraj w nocy zakradły się do nas elfy i rano przywitała Kalinę w salonie choinka. Powodując serię pisków, podskoków, gromkie brawa i taniec radości. I "nowe zaskoczenie" ilekroć panna wejdzie do pokoju. Jest zachwyt. Kocha choinki.
Tęsknię za żywą. Za zapachem. Za rok. Ta ma chociaż tę zaletę, że na pewno się nie obsypie, nawet przy buchających kaloryferach. Mamy sporo nowych bombek w tym roku. Szyszki, małe czerwone fińskie domki i czerwone Suzuki Jimny. Nie mogłam się oprzeć.
Jest śliczna, urocza, nasza. I jest już świątecznie. W kuchni pachnie śledziem z cebulą i suszem. Kocham tę kombinację zapachów. Dojdą pierniczki, barszcz i już będzie Chanel number Christmas ;)
Ostatnia prosta. Łapię nastrój ze wszech sił. Bo potem tak szybko jest po świętach i żal. Czemuż nie trwają 12 dni, jak w angielskiej piosence...?
Tęsknię za żywą. Za zapachem. Za rok. Ta ma chociaż tę zaletę, że na pewno się nie obsypie, nawet przy buchających kaloryferach. Mamy sporo nowych bombek w tym roku. Szyszki, małe czerwone fińskie domki i czerwone Suzuki Jimny. Nie mogłam się oprzeć.
Jest śliczna, urocza, nasza. I jest już świątecznie. W kuchni pachnie śledziem z cebulą i suszem. Kocham tę kombinację zapachów. Dojdą pierniczki, barszcz i już będzie Chanel number Christmas ;)
Ostatnia prosta. Łapię nastrój ze wszech sił. Bo potem tak szybko jest po świętach i żal. Czemuż nie trwają 12 dni, jak w angielskiej piosence...?
niedziela, 11 grudnia 2016
Ale o co cho z tym siodłem???
Znowu ta Siłaczka coś kombinuje! Miała nie wsiadać, a wsiada. Miała na oklep, a tu wyjeżdża z jakimś siodłem. No ki diabeł?
Ano taki, ze się starzeję. I okazało się, że już nie jest tak fajnie byle jak i na byle czym. Pad do jazdy na oklep fajny bajer, ale jazda na oklep nadszarpuje mi plecy tak, ze kilka dni nie mogę się potem ruszyć. Całe ciało [pracuje, człowiek siedzi asekuracyjnie, bo koński kręgosłup wrzyna się w siedzenie i taki efekt (nie mówię, ze każdy tak ma; ja tak mam, na moim koniu kanciastym jak stare Volvo). Stąd decyzja: kupuję siodło! Moze być styrane, brzydkie, ale musi jako - tako leżeć na Łosiu, być nierozwalone i kosztować do 4 stówek. Moja biedna B. załamała ręce, że tak drogo. No tak, zapomniałam, że laik nie wie, jak kosztuje sport jeździecki :D Że porządne siodło to kilka tysięcy, a top fura kilkanaście do kilkudziesięciu. Ech.
Dzięki serwisowi ogłoszeniowemu przebrałam kilkadziesiąt ofert i finalnie w piątek do domu przyszło ono: stare, powycierane, ale wciąż sprawne, niemieckie siodło. Skusiło mnie budową odpowiednią dla konia o wydatnym kłębie i ceną jak za parę butów w sumie...
Dziś jazda testowa. Cóż, cudów nie oczekiwałam. Jest na mnie za wielkie, ale na koniu leży przyzwoicie. Jak odkopię moją podkładkę z futra, powinno być fajnie. Na wyczynową jazdę stępem wystarczy.
Kto by pomyślał, że taki staroć tak może cieszyć :).
Ano taki, ze się starzeję. I okazało się, że już nie jest tak fajnie byle jak i na byle czym. Pad do jazdy na oklep fajny bajer, ale jazda na oklep nadszarpuje mi plecy tak, ze kilka dni nie mogę się potem ruszyć. Całe ciało [pracuje, człowiek siedzi asekuracyjnie, bo koński kręgosłup wrzyna się w siedzenie i taki efekt (nie mówię, ze każdy tak ma; ja tak mam, na moim koniu kanciastym jak stare Volvo). Stąd decyzja: kupuję siodło! Moze być styrane, brzydkie, ale musi jako - tako leżeć na Łosiu, być nierozwalone i kosztować do 4 stówek. Moja biedna B. załamała ręce, że tak drogo. No tak, zapomniałam, że laik nie wie, jak kosztuje sport jeździecki :D Że porządne siodło to kilka tysięcy, a top fura kilkanaście do kilkudziesięciu. Ech.
Dzięki serwisowi ogłoszeniowemu przebrałam kilkadziesiąt ofert i finalnie w piątek do domu przyszło ono: stare, powycierane, ale wciąż sprawne, niemieckie siodło. Skusiło mnie budową odpowiednią dla konia o wydatnym kłębie i ceną jak za parę butów w sumie...
Dziś jazda testowa. Cóż, cudów nie oczekiwałam. Jest na mnie za wielkie, ale na koniu leży przyzwoicie. Jak odkopię moją podkładkę z futra, powinno być fajnie. Na wyczynową jazdę stępem wystarczy.
Kto by pomyślał, że taki staroć tak może cieszyć :).
czwartek, 8 grudnia 2016
Duże dziecko, duże Mikołajki...
Pamiętacie pierwsze Mikołajki Kalinki? Miała niecałe 5 miesięcy, niewiele sobie z tej okazji robiła i dostała małą Peppę, którą zresztą bawi się do dziś.
A teraz? Teraz dziecko juz wie, że jest zima, że jest grudzień, że będzie choinka (po kalinkowemu - "chinana") i Mikołaj przynosi prezenty (odpowiednio: "Kojaj" i "peziety"). I nie ma zmiłuj, rozpieszczaj, rodzino!
Ja nie wiem. Jak tyle tego było na Mikołajki, to co będzie pod choinkę??? Chyba będziemy musieli ukraść sąsiadom pokój, aby pomieścić ten towar...
Pokażę Wam, co dostała Kalina. Może kogoś zainspiruję.
Tablica manipulacyjna z zamkami. Firmy Melissa & Doug, którą uwielbiam. Nie są to tanie zabawki, ale są bardzo solidne, świetnie wykonane. No i bardzo rozwojowe. Tu mamy sześć okienek, zamkniętych a to na skobelek, a to na bolec na łańcuchu. Po otwarciu, ukazują nam się zwierzątka. Wymaga cierpliwości, ale i daje dziecku dużą satysfakcję.
Owoce i warzywa do krojenia. Masa tego na rynku, duze, małe, drewniane, plastikowe... Połówki owoców, połączone rzepem i do tego nóż, którym można je "kroić". Ja wybrałam plastikowe, bo... po prostu mi się podobały. To jest szał. Kalina, jak już wpadła na to, jak je kroić, kroiła cały wieczór. Matka poskładaj, a ja kroję. "Dzidzia kłoi banana". Nóż przydaje się też do ciastoliny i innych zabaw.
Ciastolina. Kalina dostałą od swojej przyszywanej cioci Emilii. Ciastolina zawsze jest dobrym wyborem ;).
(zwróćcie uwagę na siedzisko z... farelki, haha)
Naklejki wielorazowe Melissa & Doug. Tym razem od przyszywanej cioci Asi. Super pomysł! Nalepki są tak naprawdę bez kleju, są zrobione z jakiegoś plastiku, który przykleja się do kartek książeczki. Mamy pięć pokoi w domu i zestaw nalepek do każdego z nich. I możemy dowolnie urządzać nasz domek. Kalina kocja naklejki, ale przylepia je jeszcze zupełnie przypadkowo. Cieszy ją samo odklejanie i naklejanie, jeszcze nie widzi sensu w umieszczaniu ich w konkretnym miejscu. I tak, na przykład, kibelek lewituje bokiem nad wanną... Za to mama bawi się przednio!
I na koniec wyczyn taty. Gadający kucyk Księżniczka Cadance. O hesus marija! Dziecko zachwycone, a ja dostaję tików nerwowych od "Moja magia lśni jak słońce" i innych radosnych haseł...
Reasumując: z punktu widzenia dwuipółlatki, wszystko trafione i radość jest ogromna. Polecam. Wszystko. Zależnie od cierpliwości rodziców oraz ich poczucia estetyki ;).
A teraz? Teraz dziecko juz wie, że jest zima, że jest grudzień, że będzie choinka (po kalinkowemu - "chinana") i Mikołaj przynosi prezenty (odpowiednio: "Kojaj" i "peziety"). I nie ma zmiłuj, rozpieszczaj, rodzino!
Ja nie wiem. Jak tyle tego było na Mikołajki, to co będzie pod choinkę??? Chyba będziemy musieli ukraść sąsiadom pokój, aby pomieścić ten towar...
Pokażę Wam, co dostała Kalina. Może kogoś zainspiruję.
Tablica manipulacyjna z zamkami. Firmy Melissa & Doug, którą uwielbiam. Nie są to tanie zabawki, ale są bardzo solidne, świetnie wykonane. No i bardzo rozwojowe. Tu mamy sześć okienek, zamkniętych a to na skobelek, a to na bolec na łańcuchu. Po otwarciu, ukazują nam się zwierzątka. Wymaga cierpliwości, ale i daje dziecku dużą satysfakcję.
Owoce i warzywa do krojenia. Masa tego na rynku, duze, małe, drewniane, plastikowe... Połówki owoców, połączone rzepem i do tego nóż, którym można je "kroić". Ja wybrałam plastikowe, bo... po prostu mi się podobały. To jest szał. Kalina, jak już wpadła na to, jak je kroić, kroiła cały wieczór. Matka poskładaj, a ja kroję. "Dzidzia kłoi banana". Nóż przydaje się też do ciastoliny i innych zabaw.
Ciastolina. Kalina dostałą od swojej przyszywanej cioci Emilii. Ciastolina zawsze jest dobrym wyborem ;).
(zwróćcie uwagę na siedzisko z... farelki, haha)
Naklejki wielorazowe Melissa & Doug. Tym razem od przyszywanej cioci Asi. Super pomysł! Nalepki są tak naprawdę bez kleju, są zrobione z jakiegoś plastiku, który przykleja się do kartek książeczki. Mamy pięć pokoi w domu i zestaw nalepek do każdego z nich. I możemy dowolnie urządzać nasz domek. Kalina kocja naklejki, ale przylepia je jeszcze zupełnie przypadkowo. Cieszy ją samo odklejanie i naklejanie, jeszcze nie widzi sensu w umieszczaniu ich w konkretnym miejscu. I tak, na przykład, kibelek lewituje bokiem nad wanną... Za to mama bawi się przednio!
I na koniec wyczyn taty. Gadający kucyk Księżniczka Cadance. O hesus marija! Dziecko zachwycone, a ja dostaję tików nerwowych od "Moja magia lśni jak słońce" i innych radosnych haseł...
Reasumując: z punktu widzenia dwuipółlatki, wszystko trafione i radość jest ogromna. Polecam. Wszystko. Zależnie od cierpliwości rodziców oraz ich poczucia estetyki ;).
poniedziałek, 5 grudnia 2016
Pierwszy bal naszej córki
Wczoraj Kalina weszła na kolejny etap w życiu. Pierwszy raz bawiła się na balu. Mamy w Olsztynie taką restaurację i bar - Chilli. I toż Chilli w niedziele organizuje spotkania i poczęstunki dla dzieci. Wczoraj była to specjalna okazja - bal mikołajkowy. Uznaliśmy, że warto spróbować - córu nasza kocha muzykę i tańce, energii ma jak króliczek Duracella, uwielbia dzieci.
Strzał w 10! Ledwo ją przebrałam i postawiłam na parkiecie - nie było dziecka. Zapomniała, że z nią przyszliśmy! Ganiała baloniki, znalazła godną partnerkę do bitwy na balony i okładały się niczym zwaśnione bohaterki telenoweli. A już hitem były panie animatorki - Kalina jako pierwsza leciała tańczyć, naśladować, chwytała panie za ręce i chciała tańczyć jeszcze i jeszcze... Bawiła się wstążkami, obręczami, ogromną chustą, "pisała" list do Mikołaja. Wciągnęła kubek soku przecierowego, dwa kawałki pizzy dla dzieci, sporo mojego kurczaka. Na koniec ledwo stała, ledwo szła, a i tak zrobiła aferę z rykiem i kwikiem, który ustał dopiero w aucie. Razem z przytomnością. Padła jak mucha i w domu udało się jedynie przełożyć do łóżka, poszła spać bez mycia.
Na pewno będziemy to powtarzać. Dziecko zachwycone, zdobywa nowe umiejętności, spotyka inne dzieci. A i mama uczy się... wypuszczać dziecko spod spódnicy. I nie jest łatwo. Trzymałabym ją przy sobie, asekurowała. Bo ktoś ją popchnie, bo upadnie... Matka kwoka!
Fajne to moje dziecię. Odważne, kontaktowe, dzielne. Koleżeńskie (na tyle, na ile można o tym mówić u dwuipółlatka), uważne na inne dzieci, empatyczne. Jestem z niej bardzo dumna.
Strzał w 10! Ledwo ją przebrałam i postawiłam na parkiecie - nie było dziecka. Zapomniała, że z nią przyszliśmy! Ganiała baloniki, znalazła godną partnerkę do bitwy na balony i okładały się niczym zwaśnione bohaterki telenoweli. A już hitem były panie animatorki - Kalina jako pierwsza leciała tańczyć, naśladować, chwytała panie za ręce i chciała tańczyć jeszcze i jeszcze... Bawiła się wstążkami, obręczami, ogromną chustą, "pisała" list do Mikołaja. Wciągnęła kubek soku przecierowego, dwa kawałki pizzy dla dzieci, sporo mojego kurczaka. Na koniec ledwo stała, ledwo szła, a i tak zrobiła aferę z rykiem i kwikiem, który ustał dopiero w aucie. Razem z przytomnością. Padła jak mucha i w domu udało się jedynie przełożyć do łóżka, poszła spać bez mycia.
Na pewno będziemy to powtarzać. Dziecko zachwycone, zdobywa nowe umiejętności, spotyka inne dzieci. A i mama uczy się... wypuszczać dziecko spod spódnicy. I nie jest łatwo. Trzymałabym ją przy sobie, asekurowała. Bo ktoś ją popchnie, bo upadnie... Matka kwoka!
Fajne to moje dziecię. Odważne, kontaktowe, dzielne. Koleżeńskie (na tyle, na ile można o tym mówić u dwuipółlatka), uważne na inne dzieci, empatyczne. Jestem z niej bardzo dumna.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





































