Zdarza Wam się, że wybieracie się na wycieczkę, nie opuszczając własnego łóżka czy fotela? Porzucić ciało na kanapie i pozwolić myślom wędrować? Gdzie wtedy chadzacie?
Ja, kiedy chcę się na przykład wyciszyć przed snem, zawsze wracam na Mokotów. Jak nie lubię Warszawy, tak tę dzielnicę kocham. Spędziłam tam kilka lat dzieciństwa, a wiele lat potem, najpiękniejszy pierwszy okres życia "na swoim". Pierwsze swoje M, pierwsza samodzielność. Dwa najbardziej magiczne momenty życia zastały mnie na starym Mokotowie. Do tej pory zdarza mi się zatęsknić. Przychodzi taki dzień, kiedy mnie nosi, kiedy nozdrza wyłapią zapach nagrzanych słońcem topoli i wtedy chce mi się Mokotowa.
Sen nie chce przyjść. Uciekam więc myślami. Wychodzę z metra i idę pod drzewami w Alei Niepodległości. Mijam sklepy w suterenie. Z upalnej ulicy wchodzę w chłód pięknej, starej klatki schodowej wyłożonej marmurem. Klekot starej windy wciąga mnie na trzecie piętro, pod drzwi numer 13. Moja szczęśliwa trzynastka... Moje szczęśliwe, "szalone" 27 metrów kwadratowych. Przedpokój z kuchenką. Łazienka - jamnik z ogromnym lustrem oświetlonym rzędem dużych żarówek. Wysoki pokój z dwoma ogromnymi oknami. Trzeszczące drewniane klepki podłogi i ten specyficzny zapach, który pamiętam do dziś. Coraz słabiej. A chciałabym go zatrzymać na zawsze.
Nosi mnie. Wypadam z powrotem na ulicę. Chce mi się iść. Moje ulubione uliczki - Wiśniowa, Kwiatowa, Różana. Oglądam kamienice i zastanawiam się, jak wyglądają mieszkania w nich. Czasem przez okno widać piece kaflowe czy belki pod sufitem. Wiem, jakie piękne są mieszkania w naszym budynku - za ścianą 100-metrowe, z oryginalną mozaiką na podłodze... Zazdrość...
Na Różanej mijam Cafe Lokalną. Spotykaliśmy się w niej czasem z tatą na lunch i pogaduchy. Jak ja to lubiłam! To było jak takie nasze małe święto. Dla taty chyba też. Dziwne miejsce, dziwni panowie, obsługujący nas jakby z niechęcią. Za to pyszne tosty z szynką i szparagami, no i gorąca czekolada. Skręcam w Kazimierzowską, idę nią aż do parku.
Albo wybieram trasę alternatywną. W wyobraźni nie bolą nogi i nie goni mnie czas. Idę na Pole Mokotowskie. Zielone płuca Warszawy. To tu jako dzieciak łowiłam kijanki. Woda nadal jest. Masa ludzi opala się na trawie, psy i dzieci chlapią się w wodzie. Mnóstwo ludzi na rolkach. Cisza. Jakby tej całej strasznej metropolii w ogóle tam nie było. Jesteśmy w zielonej bańce. Wiatr zawiewa zapach waty cukrowej i topoli. Mokotów pachnie topolą. Moje dzieciństwo pachnie topolą. Moje stare życie nią pachnie. Życie, którego już nie ma. Które rozpaczliwie próbuję zachować w mojej pamięci, a ono się wymyka i wietrzeje.
Mam mało zdjęć. Myślałam, że więcej. Albo i miałam więcej, ale pousuwałam. Wtedy jeszcze myślałam, że to coś pomoże. Dziś wolałabym je mieć, chociaż były bolesne. Dlatego cztery pierwsze są zapożyczone z internetu, reszta moja.
Witaj w świecie siłaczki! Siłaczka jest nauczycielką angielskiego, niedużą ciałem, acz wielką duchem babką, która stara się wziąć byka za rogi i się nie dać :) Zapraszam do czytania, komentowania, próbowania moich smakołyków, dzielenia się spostrzeżeniami, chwalenia się, narzekania - no, co komu w duszy gra :)
czwartek, 30 stycznia 2014
niedziela, 19 stycznia 2014
Spacerowo
Nie wiem, jak Wy, ale my uwielbiamy wyprawy małe i duże. Wyczekujemy weekendu, wyglądamy ładnej pogody i wtedy pakujemy psa do samochodu i ruszamy. Czasem jest to wycieczka do któregoś z naszych urokliwych miast. Czasem nad morze. A czasem po prostu do któregoś z okolicznych lasów. Niesamowicie ładuje to akumulatory, daje wytchnienie i zmienia perspektywę, choćby na parę chwil. Pozwala przenieść się na chwilę do innego świata. No i pomaga też naszej szalonej Lee, która wbrew temu, co pokazuje w domu, jest psem o ogromnych pokładach energii.
Dwa tygodnie temu zaliczyliśmy Bałtyk. Nasza ulubiona miejscówka w Mikoszewie za Jantarem. Poza sezonem cudownie pusto. Szeroka plaża, ubity piach, no i morze, które w mniemaniu naszego psa zaczepia i zachęca do zabawy. Państwo mogą sobie statecznie promenować, a pies robi kilometry, ratuje patyki, tarza się, skacze i poluje na fale.
Za to jedyne dwa tygodnie później, czyli dziś, aura typowo zimowa.
Udaliśmy się w naszą ulubioną okoliczną miejscówkę, do Bałd nad jeziorem Gim. Było pierońsko zimno, ale za to jak pięknie! Słońce i śnieg rozwiewany przez wiatr dały efekt wręcz nieco magiczny. Zresztą - zobaczcie sami:
Dwa tygodnie temu zaliczyliśmy Bałtyk. Nasza ulubiona miejscówka w Mikoszewie za Jantarem. Poza sezonem cudownie pusto. Szeroka plaża, ubity piach, no i morze, które w mniemaniu naszego psa zaczepia i zachęca do zabawy. Państwo mogą sobie statecznie promenować, a pies robi kilometry, ratuje patyki, tarza się, skacze i poluje na fale.
Za to jedyne dwa tygodnie później, czyli dziś, aura typowo zimowa.
Udaliśmy się w naszą ulubioną okoliczną miejscówkę, do Bałd nad jeziorem Gim. Było pierońsko zimno, ale za to jak pięknie! Słońce i śnieg rozwiewany przez wiatr dały efekt wręcz nieco magiczny. Zresztą - zobaczcie sami:
czwartek, 2 stycznia 2014
Lepiej.
Wyszło dziś słońce. Dosłownie i w przenośni.
Pierwszy od dawna tak pogodny dzień. Pachnie wiosną tak obłędnie, że aż nie chce się wracać ze spaceru. Uwielbiam ten zapach, upajam się nim i popadam w zapachową ekstazę. Wszystko wydaje się lżejsze.
Dziś też, pierwszy raz od wielu, wielu dni, poczułam się lepiej. Lżej. Pierwszy raz od dawna poczułam przypływ energii i jakiejkolwiek motywacji. Rano zabrałam się za układanie testów semestralnych (jeszcze do dopracowania, ale plan i główny zarys jest, są również wszystkie pytania na część ustną). potem pojechałam do Łosia, wyszorowałam mu kopyta (bo szanowny Pan Starszy ostatnio upodobał sobie stanie w jedynym błotnistym narożniku swojej kwaterki; ma tyle suchego, a ten z lubością zanurza się po pęciny w glinie - no, niemal widać uśmiech na paszczy!), wreszcie złapałam nożyczki i przycięłam grzywę - a jest to wyzwaniem, bo Łosiowa grzywa rośnie niezwykle obficie po obu stronach szyi. połaziłam z nim po hali, wywiozłam taczkę kup z wybiegu, a po powrocie jeszcze miałam masę energii na zakupy (na obiad będzie kurak w miodzie i brokuły z sosem jogurtowym) i spacer z Lilaczem.
I nie wiem - czy to z powodu słońca, czy się wreszcie wyspałam, czy może zaczynam godzić się ze sobą i z tym, z czym przyjdzie mi się w tym roku zmierzyć. Może wszystkiego po trochu?
Nie robię postanowień noworocznych. Mam jedynie plan, będący równocześnie życzeniem: PODOŁAĆ. Odnaleźć się w nowym i czerpać z tego tyle dobrego, ile się da. Trzymajcie kciuki.
Pierwszy od dawna tak pogodny dzień. Pachnie wiosną tak obłędnie, że aż nie chce się wracać ze spaceru. Uwielbiam ten zapach, upajam się nim i popadam w zapachową ekstazę. Wszystko wydaje się lżejsze.
Dziś też, pierwszy raz od wielu, wielu dni, poczułam się lepiej. Lżej. Pierwszy raz od dawna poczułam przypływ energii i jakiejkolwiek motywacji. Rano zabrałam się za układanie testów semestralnych (jeszcze do dopracowania, ale plan i główny zarys jest, są również wszystkie pytania na część ustną). potem pojechałam do Łosia, wyszorowałam mu kopyta (bo szanowny Pan Starszy ostatnio upodobał sobie stanie w jedynym błotnistym narożniku swojej kwaterki; ma tyle suchego, a ten z lubością zanurza się po pęciny w glinie - no, niemal widać uśmiech na paszczy!), wreszcie złapałam nożyczki i przycięłam grzywę - a jest to wyzwaniem, bo Łosiowa grzywa rośnie niezwykle obficie po obu stronach szyi. połaziłam z nim po hali, wywiozłam taczkę kup z wybiegu, a po powrocie jeszcze miałam masę energii na zakupy (na obiad będzie kurak w miodzie i brokuły z sosem jogurtowym) i spacer z Lilaczem.
I nie wiem - czy to z powodu słońca, czy się wreszcie wyspałam, czy może zaczynam godzić się ze sobą i z tym, z czym przyjdzie mi się w tym roku zmierzyć. Może wszystkiego po trochu?
Nie robię postanowień noworocznych. Mam jedynie plan, będący równocześnie życzeniem: PODOŁAĆ. Odnaleźć się w nowym i czerpać z tego tyle dobrego, ile się da. Trzymajcie kciuki.
wtorek, 24 grudnia 2013
Wesołych Świąt!
Moi kochani Czytelnicy! Ci, o których wiem i ci, którzy czytają po cichu!
Z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzę Wam ciepła, miłości, bliskości ludzi, którzy są dla Was ważni. Spełnienia marzeń i realizacji planów. Aby spełniało się Wam to, czego zapragniecie.
poniedziałek, 23 grudnia 2013
Po prostu piernikowo!
Czarną robotę odwaliliśmy wczoraj. Na dziś została sama słodycz. I, tak po prawdzie, jedyna słodycz. Poszliśmy bardziej w potrawy słone i na słodko będą tylko pierniczki i kompot.
Zanim o pierniczkach, jeszcze rzut oka na wczorajszy schabik - smakuje równie dobrze, co wygląda:
A teraz - do rzeczy. Czyli do ciastek. Od wielu, wielu lat (bo chyba od późnej podstawówki) korzystam z banalnego przepisu z dziecięcej "Mojej pierwszej książki w kuchni". Może to śmieszne, ale ja wyznaję zasadę, ze jeśli coś jest dobre, to nie ma sensu go zmieniać. na porządną miskę biorę:
Moje, mojsze, najmojsze! Omnomnom!
Do jutra! Jutro kompot i sałatka, i będę ustawiona :D
Zanim o pierniczkach, jeszcze rzut oka na wczorajszy schabik - smakuje równie dobrze, co wygląda:
A teraz - do rzeczy. Czyli do ciastek. Od wielu, wielu lat (bo chyba od późnej podstawówki) korzystam z banalnego przepisu z dziecięcej "Mojej pierwszej książki w kuchni". Może to śmieszne, ale ja wyznaję zasadę, ze jeśli coś jest dobre, to nie ma sensu go zmieniać. na porządną miskę biorę:
- 4,5 szklanki mąki (w tym roku pełnoziarnistej)
- 3/4 szklanki cukru (w tym roku fruktozy)
- 3 łyżki przyprawy do piernika
- 3 łyżeczki proszku do pieczenia
- kostkę margaryny
- 3 jajka
- 3 łyżki miodu
Moje, mojsze, najmojsze! Omnomnom!
Do jutra! Jutro kompot i sałatka, i będę ustawiona :D
niedziela, 22 grudnia 2013
Przygotowania do świąt vol. 2
Dziś kulinarnie, od wczesnego popołudnia. Od zapachów już kręci się w głowie i człowiek tak nawąchany, ze nie ma ochoty jeść.
Zrobiłam śledzie w powidłach. Przepis pani Doroty Wellman z książki "Kalendarzyk niemałżeński". Zobaczymy, jak będą smakowały, póki co się przegryzają w słoju.
Śledzie te należy zalać sosem, a sos taki oto:
Kilka suszonych śliwek zalewamy dwoma kieliszkami wódki na ok. 2 godziny. Po tym czasie śliwki kroimy w paseczki, a wódkę zostawiamy na później. Zagotowujemy pół szklanki pomidorowej passaty, dodajemy doń trzy łyżki powideł śliwkowych, dwa starte ząbki czosnku, wódkę, śliwki. Trochę jeszcze gotujemy. Sól i pieprz do smaku. Sos pachnie OBŁĘDNIE, choć mnie kojarzy się raczej z mięsem. Zobaczymy. Jestem optymistką w tej materii.
Potem powstały farsze do pierogów i uszek:
Duży to kapusta z grzybami i cebulką, podsmażona na masełku. Średni to kasza gryczana z twarogiem, cebulką i jajkiem, a mały to podgrzybki z cebulką do uszek. Wszystkie wyszły po mistrzowsku!
Czas na żmudne wyrabianie ciasta (mój bohater!), wałkowanie, wycinanki i lepienie. Wyszło tego trochę, ale na szczęście dużo mniej niż rok temu.
W piecu dochodzi schab i na dziś będzie finito. większość już mamy. Łiiiii!
Zrobiłam śledzie w powidłach. Przepis pani Doroty Wellman z książki "Kalendarzyk niemałżeński". Zobaczymy, jak będą smakowały, póki co się przegryzają w słoju.
Śledzie te należy zalać sosem, a sos taki oto:
Kilka suszonych śliwek zalewamy dwoma kieliszkami wódki na ok. 2 godziny. Po tym czasie śliwki kroimy w paseczki, a wódkę zostawiamy na później. Zagotowujemy pół szklanki pomidorowej passaty, dodajemy doń trzy łyżki powideł śliwkowych, dwa starte ząbki czosnku, wódkę, śliwki. Trochę jeszcze gotujemy. Sól i pieprz do smaku. Sos pachnie OBŁĘDNIE, choć mnie kojarzy się raczej z mięsem. Zobaczymy. Jestem optymistką w tej materii.
Potem powstały farsze do pierogów i uszek:
Duży to kapusta z grzybami i cebulką, podsmażona na masełku. Średni to kasza gryczana z twarogiem, cebulką i jajkiem, a mały to podgrzybki z cebulką do uszek. Wszystkie wyszły po mistrzowsku!
Czas na żmudne wyrabianie ciasta (mój bohater!), wałkowanie, wycinanki i lepienie. Wyszło tego trochę, ale na szczęście dużo mniej niż rok temu.
W piecu dochodzi schab i na dziś będzie finito. większość już mamy. Łiiiii!
sobota, 21 grudnia 2013
Przygotowania vol. 1
Czas zacząć! Trzy dni do Gwiazdki! Zakończyłam na ten rok pracę i mogę oddać się świętom.
Gwiazdą dnia jest zdecydowanie choinka. Wymarzona, wyczekana. Pojechaliśmy, jak rok temu, do centrum ogrodniczego koło Tesco. I nie zawiedliśmy się. Od razu wpadła mi w oko TA JEDYNA. Mała, krępa, niewywrotna. Puchata, "tłusta", tak jak lubię. Świerk, ale nie ten pospolity. Kłuje jak szatan, pachnie niebiańsko. Paradoks choinki taki :)
Zajechała na Jaroty machając przechodniom przez uchylone okno Lodzi, a potem, po drobnym przemeblowaniu pokoju, zajęła zaszczytne miejsce koło kanapy. I to całkiem sporo tego miejsca:
Następna faza to, jak to ujął Kamil, "w bieliźnie":
A efekt końcowy, o taki:
Jesteśmy dumni i bladzi, że nam się taka piękna udała. Trzeba było w trybie "last minute" dokupić lampek, bo nasza oldschoolowa dwudziestka nieco ginie w tym gąszczu. Na szczęście, od czego jest lokalny "chińczyk" :)
Była i obowiązkowa porcja porządków. Odkurzanie, wynoszenie gratów do piwnicy. Biedna Leeloo, która nie znosi sprzątania i nie znosi jakichkolwiek zmian w domu, latała z obłędem w oku. Dopiero teraz padła bidulka, a jutro nie zapowiada się lepiej - wtedy spać nie dadzą jej zapachy z kuchni.
Dzisiejszy dzień zapoczątkował też serię kulinarną. Na pierwszy ogień poszły śledzie numero uno - klasyczne, choć z lekkim pazurkiem. Oprócz standardowego oleju i cebuli, mój Luby smaruje je jeszcze musztardą i posypuje pieprzem przed umieszczeniem w słoiku. Och, już ich wściekle pożądam, zagryzionych sałatką jarzynową dla złagodzenia słoności...
Dziś został także zamarynowany schab z morelą i namoczone grzyby. Jutro kolejna porcja i kolejny wpis.
Chyba udało mi się odnaleźć moją Gwiazdkę. Jest w zapachu drzewka i śledzia, jest w ciepłych słowach od moich Rodziców i w staraniach mojego Kamila.
Gwiazdą dnia jest zdecydowanie choinka. Wymarzona, wyczekana. Pojechaliśmy, jak rok temu, do centrum ogrodniczego koło Tesco. I nie zawiedliśmy się. Od razu wpadła mi w oko TA JEDYNA. Mała, krępa, niewywrotna. Puchata, "tłusta", tak jak lubię. Świerk, ale nie ten pospolity. Kłuje jak szatan, pachnie niebiańsko. Paradoks choinki taki :)
Zajechała na Jaroty machając przechodniom przez uchylone okno Lodzi, a potem, po drobnym przemeblowaniu pokoju, zajęła zaszczytne miejsce koło kanapy. I to całkiem sporo tego miejsca:
Następna faza to, jak to ujął Kamil, "w bieliźnie":
A efekt końcowy, o taki:
Jesteśmy dumni i bladzi, że nam się taka piękna udała. Trzeba było w trybie "last minute" dokupić lampek, bo nasza oldschoolowa dwudziestka nieco ginie w tym gąszczu. Na szczęście, od czego jest lokalny "chińczyk" :)
Była i obowiązkowa porcja porządków. Odkurzanie, wynoszenie gratów do piwnicy. Biedna Leeloo, która nie znosi sprzątania i nie znosi jakichkolwiek zmian w domu, latała z obłędem w oku. Dopiero teraz padła bidulka, a jutro nie zapowiada się lepiej - wtedy spać nie dadzą jej zapachy z kuchni.
Dzisiejszy dzień zapoczątkował też serię kulinarną. Na pierwszy ogień poszły śledzie numero uno - klasyczne, choć z lekkim pazurkiem. Oprócz standardowego oleju i cebuli, mój Luby smaruje je jeszcze musztardą i posypuje pieprzem przed umieszczeniem w słoiku. Och, już ich wściekle pożądam, zagryzionych sałatką jarzynową dla złagodzenia słoności...
Dziś został także zamarynowany schab z morelą i namoczone grzyby. Jutro kolejna porcja i kolejny wpis.
Chyba udało mi się odnaleźć moją Gwiazdkę. Jest w zapachu drzewka i śledzia, jest w ciepłych słowach od moich Rodziców i w staraniach mojego Kamila.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



































