Jest to wydarzenie na tyle wielkie w moim życiu, ze poświęcam mu osobny wpis.
Zauważyliście, że u Pana Tadeusza były konie...?
JEŹDZIŁAM!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Po raz pierwszy od ponad trzech lat, czyli od kontuzji Łosia, naprawdę jeździłam. Nie kwadrans stępem, nie na pastwisko na oklep. Jeździłam. Dzięki uprzejmości instruktora Krzysztofa, pojechałam dwa razy w teren. Piękny las, dwie pary jeździec - koń. Tak, jak lubię najbardziej.
Czy się bałam? Jak rany, bardzo! Trzy lata przerwy, mózg zlasowany macierzyństwem (czytaj: boję się wszystkiego i o wszystkich jeszcze bardziej), plus naście lat jazdy na jednym koniu, z którym znamy się już... no, jak łyse konie. Więc się bałam. Ale jeszcze bardziej byłam podekscytowana. Aż podskakiwałam.
Na pierwszą jazdę przydzielona mi została kasztanowata, 10-letnia Azja. Niewysoka, za to nadrabiająca pękatością dziewczynka. Jak to klacz - "nie głaszcz, nie dotykaj, nie patrz, uhhhh, sama sobie dociągnij popręg, jak jesteś taka mądra". Za to sprawdziła się idealnie jak dla mnie. Tuptała sobie swoim tempem, mając w nosie liście, auto leśnika oraz podskoki i spłoszenia gorącokrwistego kolegi idącego na czele.
W niedzielę za to, przypadł mi siwy Ametyst. Cytując pana instruktora - "tak samo miły jak Azja, tylko większy". No tak. Coś jak mój Łoś, tylko szerszy. O, ten od razu mnie sobie kupił. Na dzień dobry obszukał mi kieszenie, dał się pocałować w pachnące chrapy i dopraszał się smyrania. Ponoć jest to etatowy koń dla dużych i ciężkich jeźdźców. Hahaha! Wypisz wymaluj ja :P. Za to dla mnie - noooo! To wreszcie jest koń! Wysoki, potężny, duża foula galopu. I lepiej mi się z nim dogadywało. Galop ze stępa, proszę bardzo, przyjść do ręki, proszę bardzo. A przy tym również spokojny wobec podekscytowania konia prowadzącego (zresztą brata wałacha z soboty). Cudny, no.
Wspaniale znowu poczuć ten wiatr w uszach. Choć w sumie były to bardzo delikatne spacery, dużo stępa, parę galopów. Dla mnie idealnie. Dało mi to znów TO poczuć, ale bez ryzyka i uczucia strachu. A dla moich mięśni aż nadto - dziś ledwo chodzę. I ledwo siadam. Viva stare, twarde siodła rekreanckie!
Postanowiłam. Co jakiś czas będę sobie fundowała taką przyjemność. Bo ta miłość nie umiera.
Witaj w świecie siłaczki! Siłaczka jest nauczycielką angielskiego, niedużą ciałem, acz wielką duchem babką, która stara się wziąć byka za rogi i się nie dać :) Zapraszam do czytania, komentowania, próbowania moich smakołyków, dzielenia się spostrzeżeniami, chwalenia się, narzekania - no, co komu w duszy gra :)
poniedziałek, 17 października 2016
Na końcu świata tuż pod domem
Mój mąż pyta retorycznie: kto ma urlop w październiku? Cóż... On ma! Szkoda, ze ja nie... Ale na weekend wyjechać zawsze można.
Szukaliśmy, szukaliśmy, szukaliśmy... Wiecie, jak wiele gospodarstw agro zawiesza działalność po sezonie??? Mnóstwo!
Jakoś tak na koniec, zniechęceni, zadzwoniliśmy w jeszcze jedno miejsce. Strona www niezbyt imponująca, zdjęć mało i szare. Ale są konie, jest wyżywienie, ceny w porządku. Dzwonimy. Są pokoje, zapraszamy.
I tak, w sobotę w południe, zajechaliśmy do Wrzesiny, do gospodarstwa Pan Tadeusz.
O rany! 20km od domu, tuż za miastem, a zupełnie inny świat, bajka, baśń! Gęsty las, pachnący sosnami, słońce wyglądające zza rudych liści (tak! Słońce! Po prawie dwóch tygodniach ulew, mieliśmy słońce!). Pośród lasu skryte stare siedlisko - ceglany dom, stajnia, ogromna stodoła. Konie z każdej strony. Pachnie kiszonką i dymem. Cisza.
Przemiła gospodyni prowadzi nas do naszego pokoju - sporego, w klimacie myśliwskim (plus nuta PRL-u). Kalina zaczyna biegać dookoła, okrążać psa, skakać - podoba się.
Wieczorem Kamil pali w kominku. Dziecko jest zafascynowane, zauroczone. Patrzy w ogień. Pies wyciąga się i grzeje stare gnaty, córka idzie w jego slady i próbuje namówić do tego nas. Haha, jasne...
Ogień trzaska, drewno pachnie. Brakuje tylko choinki ;).
Pierwszej nocy grzejemy za słabo, nawet Kalina, "uczulona" na kołdrę, przez sen naciąga ją sobie pod brodę. Za to nazajutrz trafia nam się "mega polanko", ogień bucha niczym ten piekielny, robi się nam piekarnik, ja do 2 w nocy latam i uchylam okno, Kalina śpi, ale mokra. Cóż, uroki kominka...
Nic to! Nie szkodzi. Jest tak pięknie, smacznie (bardzo domowo i baaaardzo suto, schaboszczaczki, sałatka jarzynowa, jaja na miękko, kiełbaski i te sprawy) i serdecznie, ze nie szkodzi. Mimo chłodu, chodzimy po lesie, pies robi kilometry. Wypoczywamy. Wierzyć się nie chce, że to zaledwie 20 minut drogi od nas.
Ja jestem oczarowana. Już myslę, kiedy następny raz.
Szukaliśmy, szukaliśmy, szukaliśmy... Wiecie, jak wiele gospodarstw agro zawiesza działalność po sezonie??? Mnóstwo!
Jakoś tak na koniec, zniechęceni, zadzwoniliśmy w jeszcze jedno miejsce. Strona www niezbyt imponująca, zdjęć mało i szare. Ale są konie, jest wyżywienie, ceny w porządku. Dzwonimy. Są pokoje, zapraszamy.
I tak, w sobotę w południe, zajechaliśmy do Wrzesiny, do gospodarstwa Pan Tadeusz.
O rany! 20km od domu, tuż za miastem, a zupełnie inny świat, bajka, baśń! Gęsty las, pachnący sosnami, słońce wyglądające zza rudych liści (tak! Słońce! Po prawie dwóch tygodniach ulew, mieliśmy słońce!). Pośród lasu skryte stare siedlisko - ceglany dom, stajnia, ogromna stodoła. Konie z każdej strony. Pachnie kiszonką i dymem. Cisza.
Przemiła gospodyni prowadzi nas do naszego pokoju - sporego, w klimacie myśliwskim (plus nuta PRL-u). Kalina zaczyna biegać dookoła, okrążać psa, skakać - podoba się.
Wieczorem Kamil pali w kominku. Dziecko jest zafascynowane, zauroczone. Patrzy w ogień. Pies wyciąga się i grzeje stare gnaty, córka idzie w jego slady i próbuje namówić do tego nas. Haha, jasne...
Ogień trzaska, drewno pachnie. Brakuje tylko choinki ;).
Pierwszej nocy grzejemy za słabo, nawet Kalina, "uczulona" na kołdrę, przez sen naciąga ją sobie pod brodę. Za to nazajutrz trafia nam się "mega polanko", ogień bucha niczym ten piekielny, robi się nam piekarnik, ja do 2 w nocy latam i uchylam okno, Kalina śpi, ale mokra. Cóż, uroki kominka...
Nic to! Nie szkodzi. Jest tak pięknie, smacznie (bardzo domowo i baaaardzo suto, schaboszczaczki, sałatka jarzynowa, jaja na miękko, kiełbaski i te sprawy) i serdecznie, ze nie szkodzi. Mimo chłodu, chodzimy po lesie, pies robi kilometry. Wypoczywamy. Wierzyć się nie chce, że to zaledwie 20 minut drogi od nas.
Ja jestem oczarowana. Już myslę, kiedy następny raz.
niedziela, 25 września 2016
Łoś wie najlepiej
Pani Marta zawsze mówi, że Łoś jest mądrym koniem. Że, na przykład, "nie wciska się między wódkę a zakąskę". Czyli: nie włazi w środek konfliktu. Za to ładnie konflikty w stadzie rozładowuje. Miał swego czasu nawet ksywkę okolicznościową "sołtys".
Łoś może i jest panikarz i wypłoch, ale o siebie umie zadbać. Mierzy siły na zamiary. Nie szarżuje.
Mija właśnie jego "okres ochronny" po ostatnich przejściach zdrowotnych. Okres, w którym miał się bardzo oszczędzać, kiedy trawę dawkowaliśmy mu stopniowo, kiedy miał być na diecie wyłącznie sienno-trawiastej. Pora powoli myśleć, co dalej. I tak jak dotąd Łoś godził się z losem, nie protestował, potulnie przyjmował i samotność, i krótki czas pastwiskowania, i stanie w boksie, tak w ten weekend pokazał nam dobitnie, że już pora wrócić do starego porządku. Znów jest sobą. Hardy, silny, chamski. Znów ciągnie na uwiązie, a wczoraj pod pretekstem spłoszenia uciekł mi z myjki i poleciał do koni. Zatem dzis poszedł do swoich kolegów, Pioruna i Winnera. Myślę, że się pamiętają. Dla zasady, było jedno kwiknięcie i ze dwie rundki kłusem. A potem już wsadzili paszcze w trawę.
Pacjent już wygląda nieco lepiej. Zahodował brzuch, żebra i zad zaczynają się trochę wypełniać. Widać, jakiej jakości jest trawa i siano w Kieźlinach :D.
Łoś może i jest panikarz i wypłoch, ale o siebie umie zadbać. Mierzy siły na zamiary. Nie szarżuje.
Mija właśnie jego "okres ochronny" po ostatnich przejściach zdrowotnych. Okres, w którym miał się bardzo oszczędzać, kiedy trawę dawkowaliśmy mu stopniowo, kiedy miał być na diecie wyłącznie sienno-trawiastej. Pora powoli myśleć, co dalej. I tak jak dotąd Łoś godził się z losem, nie protestował, potulnie przyjmował i samotność, i krótki czas pastwiskowania, i stanie w boksie, tak w ten weekend pokazał nam dobitnie, że już pora wrócić do starego porządku. Znów jest sobą. Hardy, silny, chamski. Znów ciągnie na uwiązie, a wczoraj pod pretekstem spłoszenia uciekł mi z myjki i poleciał do koni. Zatem dzis poszedł do swoich kolegów, Pioruna i Winnera. Myślę, że się pamiętają. Dla zasady, było jedno kwiknięcie i ze dwie rundki kłusem. A potem już wsadzili paszcze w trawę.
Pacjent już wygląda nieco lepiej. Zahodował brzuch, żebra i zad zaczynają się trochę wypełniać. Widać, jakiej jakości jest trawa i siano w Kieźlinach :D.
poniedziałek, 19 września 2016
Orneta
W tytule tylko nazwa miasta. Bo uważam, że jest to nazwa wyjątkowo ładna.
Kochamy nasze ulubione miasteczka, ale czasami chce się czegoś innego. Któregoś sierpniowego dnia usiadłam zatem i zaczęłam szukać, gdzie jeszcze nie byliśmy (tzn. razem, bo mąż mój oczywiście i tutaj kopał). I tak padło na Ornetę.
Położona w powiecie lidzbarskim Orneta swymi korzeniami sięga średniowiecza, a konkretnie XIV wieku. Do tej pory bardzo widać w niej ślady tych czasów, ma piękny średniowieczny ratusz, ogromny gotycki kościół.
Mnie oczarowały kamienice. Jest ich naprawdę dużo, są piękne, zdobne. Są oczywiście zniszczone, widać co i rusz takie "kawałki" domów, tam, gdzie z całego szeregu wojenną zawieruchę przeżył tylko jeden budynek.
Orneta ma przedziwną atmosferę. Jest tak jakoś... jakby czas się zatrzymał. Miasto ciche, niedzisiejsze. Na dziwnie kolorowym skwerze w cieniu kolejnego okaleczonego, "urwanego" domu, siedzą lokalni emeryci, pogrążeni w rozmowie. Pachnie dymem i starymi, zamokniętymi budynkami.
Bardzo polecam zajrzeć, jeśli będziecie w okolicy. Jest... na swój sposób egzotycznie. Jedna tylko uwaga - jeśli zgłodniejecie, to nie bardzo jest gdzie zjeść. Widzieliśmy jedną pizzerię, ale wyglądała na pustą, nie jesteśmy pewni, czy w ogóle była czynna.
Ale tak, to tylko popatrzcie!
Kochamy nasze ulubione miasteczka, ale czasami chce się czegoś innego. Któregoś sierpniowego dnia usiadłam zatem i zaczęłam szukać, gdzie jeszcze nie byliśmy (tzn. razem, bo mąż mój oczywiście i tutaj kopał). I tak padło na Ornetę.
Położona w powiecie lidzbarskim Orneta swymi korzeniami sięga średniowiecza, a konkretnie XIV wieku. Do tej pory bardzo widać w niej ślady tych czasów, ma piękny średniowieczny ratusz, ogromny gotycki kościół.
Mnie oczarowały kamienice. Jest ich naprawdę dużo, są piękne, zdobne. Są oczywiście zniszczone, widać co i rusz takie "kawałki" domów, tam, gdzie z całego szeregu wojenną zawieruchę przeżył tylko jeden budynek.
Orneta ma przedziwną atmosferę. Jest tak jakoś... jakby czas się zatrzymał. Miasto ciche, niedzisiejsze. Na dziwnie kolorowym skwerze w cieniu kolejnego okaleczonego, "urwanego" domu, siedzą lokalni emeryci, pogrążeni w rozmowie. Pachnie dymem i starymi, zamokniętymi budynkami.
Bardzo polecam zajrzeć, jeśli będziecie w okolicy. Jest... na swój sposób egzotycznie. Jedna tylko uwaga - jeśli zgłodniejecie, to nie bardzo jest gdzie zjeść. Widzieliśmy jedną pizzerię, ale wyglądała na pustą, nie jesteśmy pewni, czy w ogóle była czynna.
Ale tak, to tylko popatrzcie!
Targi Chłopskie Olsztynek 2016
Czekalim, czekalim i doczekalim! Idzie jesień, na wsiach dożynki, a i w naszym skansenie impreza. Że kochamy folklor i kochamy skanseny - wiecie. A jeszcze jak coś się dzieje - mmm!
Było gwarno, pachnąco, odpustowo. Byliśmy podekscytowani. Młoda fruwała na lewo i prawo, wszystkiego chciała dotknąć, usiłowała włazić na stragany (raz jej się nawet udało), a ja za nią. W tle przygrywali muzykanci na cymbałach lub zawodziły panie z ludowego zespołu. Pachniało bigosem i wędlinami. W alejkach odgrywano małe przedstawienia - byli przekrzykujący się Żydzi, cygańska wróżka i tajemnicze zielarki.
Powiem tak - pojechaliśmy z konkretnym planem: obkupić się kulinarnie. przezornie wzięłam kwotę x - poszła cała. Jakbym zabrała kwotę 2x, 3x - podejrzewam, że też by poszło! Wybór ogromny. Wędliny, nalewki, syropy, miody, przetwory, chleby, przyprawy... A do tego wszelkie rękodzieło, od chyba lekko paździerzowych mebelków malowanych w Minionki (!), po naprawdę ładną ceramikę, tkaniny.
Zakupiliśmy trzy słoiki genialnych pikli z ogórków, słój miodu z cynamonem (obłęd!!!) i całą siatę wędlin. Przy okazji okazało się, że nie jestem fanką dzika. Pasztet pycha, a kiełbasy nie mogę, no nie i już.
Zdjęć mało w tym roku. Dwulatek, wiecie ;)
Było gwarno, pachnąco, odpustowo. Byliśmy podekscytowani. Młoda fruwała na lewo i prawo, wszystkiego chciała dotknąć, usiłowała włazić na stragany (raz jej się nawet udało), a ja za nią. W tle przygrywali muzykanci na cymbałach lub zawodziły panie z ludowego zespołu. Pachniało bigosem i wędlinami. W alejkach odgrywano małe przedstawienia - byli przekrzykujący się Żydzi, cygańska wróżka i tajemnicze zielarki.
Powiem tak - pojechaliśmy z konkretnym planem: obkupić się kulinarnie. przezornie wzięłam kwotę x - poszła cała. Jakbym zabrała kwotę 2x, 3x - podejrzewam, że też by poszło! Wybór ogromny. Wędliny, nalewki, syropy, miody, przetwory, chleby, przyprawy... A do tego wszelkie rękodzieło, od chyba lekko paździerzowych mebelków malowanych w Minionki (!), po naprawdę ładną ceramikę, tkaniny.
Zakupiliśmy trzy słoiki genialnych pikli z ogórków, słój miodu z cynamonem (obłęd!!!) i całą siatę wędlin. Przy okazji okazało się, że nie jestem fanką dzika. Pasztet pycha, a kiełbasy nie mogę, no nie i już.
Zdjęć mało w tym roku. Dwulatek, wiecie ;)
wtorek, 6 września 2016
Bida Łoś
Jak to mówią, zwierzaka kocha się, jak jest młody i zdrowy, ale też wtedy, kiedy jest stary i chory. Jesteś na zawsze odpowiedzialny za to, co oswoiłeś.
Ostatni tydzień był dla nas bardzo ciężki. W poniedziałek rano dostałam telefon ze stajni, jakiego obawia się każdy właściciel, widząc, kto dzwoni.
"Coś złego dzieje się z Łosiem, kaszle, ma temperaturę, a z nosa i pyska leci mu ropa".
Zabrzmiało fatalnie. Szybka akcja i dużo szczęścia - weterynarz jedzie do Szczytna, będzie nas miał po drodze wracając.
Docieramy na miejsce, obraz i dźwięk dramatyczny - mój hardy zazwyczaj koń stoi jak trusia, ledwo oddychając, oczy ma przerażone i smutne, z głębi jego wielkiej głowy dobiegają odgłosy niczym ze starego rurociągu, a z nozdrzy szklankami leje się zielonkawa maź. Nogi się pode mną ugięły.
Dociera doktor Michał, słucha, mierzy temperaturę (już sam fakt, ze Łoś na to pozwala jest niepokojący - zazwyczaj kończy się to wybrykaniem termometru z pupska) - na szczęście, jest w normie. Ale nie ma dobrych wieści - co prawda płuca i oskrzela OK, ale jest kilka scenariuszy - zatkanie przełyku, poszerzenie przełyku, działalność choroby wrzodowej, może wszystko na raz. Ryzykiem jest czekać, nasza olsztyńska klinika zamyka drzwi o 13:00 i całuj klamkę, pacjencie. Kilka telefonów i decyzja o wiezieniu konia do szpitala na Służewcu. Czyli Warszawa. Opanowuję jako-tako panikę, udaje mi się załatwić transport, mąż rozlicza się z doktorem Michałem i notuje różne jego wskazówki. Łoś jak nigdy, wchodzi do koniowozu ze mną (zwykle robi to ktoś inny, ja niestety sama za bardzo się spinam i koń niechętnie za mną idzie... Przyznaję się, kiepski ze mnie koński przewodnik...) jak po sznurku. Chyba wie, ze chcemy mu pomóc.
Pojechali. Pozostaje czekać. Jestem sflaczała jak stary balonik. Po południu dzwoni mój kochany tata, który jak zawsze rzuca wszystko i ratuje swą córeczkę - odbiera konia w szpitalu, dzwoni po wstępnej diagnozie: to zatkanie przełyku. Będą zaraz odtykać. Wieczorem dzwoni, ze już po, był to nierozmięknięty wysłodek buraczany. Jak to się stało - nie dowiemy się. Koń uparcie milczy ;). Potem dzwoni i lekarz - jest dobrze, przełyk opuchnięty, ale nic poza tym, jedna maleńka nadżerka. Nazajutrz powtarzają badanie endoskopowe - jest dobrze. Nie doszło do zachłystowego zapalenia płuc. Łoś zostaje w szpitalu do niedzieli, gdzie powoli jest mu wprowadzana karma, a moja bohaterska koleżanka z dawnych lat (i właścicielka dawnego kumpla Łosia - dziś to już para starszych panów) odwiedza go ze szczotkami, miziającą ręką i uwiązem do spacerowania.
Szybka akcja numero 2 - zmiana stajni. Łoś staje się koniem specjalnej troski, wymaga ścielenia boksu trocinami, podawania tylko siana, pastwiskowania początkowo na godzinkę. I obserwacji. Niczym syn marnotrawny, wracamy do starej stajni, do Kieźlin. jak nam tu dobrze. Wszyscy znajomi, wszystko znajome. Siano genialnej jakości, czyste, suche, pachnące ziołami. Pierwszego wieczoru, Łoś pochłania cztery dokładki. Niech je, lekarz kazał do woli.
Miesiąc takiego trybu przed nami. Wybieranie kupek z trocin, wydzielanie pastwiska. Jeździmy z Młodą, która pomaga mi sprzątać boks, machając grabkami i wołając "kupa ihaha! Ble! Bawić!". koń chudy, same gnaty. Ale będzie dobrze. Twardy jest i się wyliże. Do wiosny będzie okrąglutki.
Po raz kolejny przekonałam się, że "tam jest dobrze, gdzie nas nie ma" i "trawa zawsze jest bardziej zielona po drugiej stronie". I że co Kieźliny, to Kieźliny. I ze mam ogromne szczęście do dobrych ludzi.
Ostatni tydzień był dla nas bardzo ciężki. W poniedziałek rano dostałam telefon ze stajni, jakiego obawia się każdy właściciel, widząc, kto dzwoni.
"Coś złego dzieje się z Łosiem, kaszle, ma temperaturę, a z nosa i pyska leci mu ropa".
Zabrzmiało fatalnie. Szybka akcja i dużo szczęścia - weterynarz jedzie do Szczytna, będzie nas miał po drodze wracając.
Docieramy na miejsce, obraz i dźwięk dramatyczny - mój hardy zazwyczaj koń stoi jak trusia, ledwo oddychając, oczy ma przerażone i smutne, z głębi jego wielkiej głowy dobiegają odgłosy niczym ze starego rurociągu, a z nozdrzy szklankami leje się zielonkawa maź. Nogi się pode mną ugięły.
Dociera doktor Michał, słucha, mierzy temperaturę (już sam fakt, ze Łoś na to pozwala jest niepokojący - zazwyczaj kończy się to wybrykaniem termometru z pupska) - na szczęście, jest w normie. Ale nie ma dobrych wieści - co prawda płuca i oskrzela OK, ale jest kilka scenariuszy - zatkanie przełyku, poszerzenie przełyku, działalność choroby wrzodowej, może wszystko na raz. Ryzykiem jest czekać, nasza olsztyńska klinika zamyka drzwi o 13:00 i całuj klamkę, pacjencie. Kilka telefonów i decyzja o wiezieniu konia do szpitala na Służewcu. Czyli Warszawa. Opanowuję jako-tako panikę, udaje mi się załatwić transport, mąż rozlicza się z doktorem Michałem i notuje różne jego wskazówki. Łoś jak nigdy, wchodzi do koniowozu ze mną (zwykle robi to ktoś inny, ja niestety sama za bardzo się spinam i koń niechętnie za mną idzie... Przyznaję się, kiepski ze mnie koński przewodnik...) jak po sznurku. Chyba wie, ze chcemy mu pomóc.
Pojechali. Pozostaje czekać. Jestem sflaczała jak stary balonik. Po południu dzwoni mój kochany tata, który jak zawsze rzuca wszystko i ratuje swą córeczkę - odbiera konia w szpitalu, dzwoni po wstępnej diagnozie: to zatkanie przełyku. Będą zaraz odtykać. Wieczorem dzwoni, ze już po, był to nierozmięknięty wysłodek buraczany. Jak to się stało - nie dowiemy się. Koń uparcie milczy ;). Potem dzwoni i lekarz - jest dobrze, przełyk opuchnięty, ale nic poza tym, jedna maleńka nadżerka. Nazajutrz powtarzają badanie endoskopowe - jest dobrze. Nie doszło do zachłystowego zapalenia płuc. Łoś zostaje w szpitalu do niedzieli, gdzie powoli jest mu wprowadzana karma, a moja bohaterska koleżanka z dawnych lat (i właścicielka dawnego kumpla Łosia - dziś to już para starszych panów) odwiedza go ze szczotkami, miziającą ręką i uwiązem do spacerowania.
Szybka akcja numero 2 - zmiana stajni. Łoś staje się koniem specjalnej troski, wymaga ścielenia boksu trocinami, podawania tylko siana, pastwiskowania początkowo na godzinkę. I obserwacji. Niczym syn marnotrawny, wracamy do starej stajni, do Kieźlin. jak nam tu dobrze. Wszyscy znajomi, wszystko znajome. Siano genialnej jakości, czyste, suche, pachnące ziołami. Pierwszego wieczoru, Łoś pochłania cztery dokładki. Niech je, lekarz kazał do woli.
Miesiąc takiego trybu przed nami. Wybieranie kupek z trocin, wydzielanie pastwiska. Jeździmy z Młodą, która pomaga mi sprzątać boks, machając grabkami i wołając "kupa ihaha! Ble! Bawić!". koń chudy, same gnaty. Ale będzie dobrze. Twardy jest i się wyliże. Do wiosny będzie okrąglutki.
Po raz kolejny przekonałam się, że "tam jest dobrze, gdzie nas nie ma" i "trawa zawsze jest bardziej zielona po drugiej stronie". I że co Kieźliny, to Kieźliny. I ze mam ogromne szczęście do dobrych ludzi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















































