poniedziałek, 1 grudnia 2014

Gdzie są Gwiazdki z tamtych lat...?



Znamy to wszyscy: ledwo znikną ze sklepów znicze, pojawiają się choinki. Zewsząd słychać Jingle Bells. Półki uginają się pod ciężarem dóbr do kupienia. Telewizja huczy od reklam – musisz to kupić, twoje dziecko o tym marzy. Albo: weź kredyt na święta! Wszędzie kolorowo, głośno i w nadmiarze. I w tym wszystkim my – zabiegani, rozdarci, często zbyt zmęczeni, aby cieszyć się ze świąt.

A kiedyś było inaczej. Urodziłam się w połowie lat 80 i jeszcze pamiętam siermiężne święta tamtego okresu. I czasem wspominam z rozrzewnieniem. Nie było luksusów, przepychu, gadżetów. Ale było o wiele bardziej odświętnie i magicznie.

Jak pamiętam tamte święta?

Pamiętam obskurne plastikowe choinki. Drapaki na drewnianej kulce z trzema nóżkami. Charakterystyczny zapaszek. Gałązki, które trzeba wpierw rozprostować. A na choince – ozdoby. Bombki z dziurą, grzybki, szyszki i żołędzie. Kudłate zwierzątka z drucików. Ażurowe plastikowe bombki. Podłużne cukierki. Lampki z żarówkami, a nie LED-owe. Przezroczyste anielskie włosy i śnieg z waty.
Za to u moich dziadków była żywa choinka. Pachniała jak las, świeciła lampkami sprzed 40 lat.





 A tu, w ramach ciekawostki, nasza pierwsza żywa choinka, rok 1993. koszmarna! Ale co się dziwić – po sztucznej wydawała nam się z mamą taaaaaka piękna :)


Święta w PRL to też odrobina światła i kolorów w mieście. Wystawy sklepów z rachitycznymi chojakami, łańcuchami i pustymi paczkami. Pamiętam do dziś papier warszawskich Domów Centrum – biały w czarne logo: rozchodzące się promieniście linie i czerwona kropka. Nosz szczyt szaleństwa! :) Wystawa w Smyku, ruchome figury i muzyka.

(foto: internet)


Nie pamiętam słynnych pomarańczy i bananów. Pamiętam maminy kompot z suszu i sałatkę jarzynową. Dziś sama dążę do odtworzenia idealnie tamtego smaku.

Pamiętam listy do Mikołaja. Oj, długo wierzyłam w Świętego… do dziś nie rozwikłałam jednak tajemnicy jednej Wigilii, kiedy to ani na moment nie opuściłam pokoju, a prezenty pojawiły się między dwoma zerknięciami na choinkę. Pozostanie to zapewne tajemnicą na zawsze – takim moim własnym okruchem magii…

Jak PRL, to i Mikołaj w przedszkolu. Wszyscy to pamiętamy – był upiorny! Tak jak i przedszkolna choinka – królowa drapaków, upstrzona łańcuchami z papieru.


Kolejne wspomnienie to Wigilie u taty w pracy, 24-go rano. Tłum, gwar, jedzenie i cały korytarz toreb z prezentami. A prezenty zacne :)


Święta w PRL były wyjątkowe. Cieplejsze i piękniejsze niż świat dookoła. Skrzyły się zimnymi ogniami. Pachniały domową kuchnią i smakowały starymi cukierkami, podkradanymi z choinki. Szeleściły zgrzebnym papierem do pakowania. I brzmiały głosami rodziny. Były piękne!

niedziela, 30 listopada 2014

Coraz bliżej święta...!

Że zaśpiewam za reklamą napoju.

Kończy się listopad. Jutro cudny grudzień. Zatem, drodzy Czytacze, szykujcie się na posty świąteczne. Dużo. Różne. Mam już coś ekstra w zanadrzu.

Dziś już świątecznie. Obejrzeliśmy "Kevina". Pali się cynamonowa świeca. Miga tandetny domek na parapecie. Całą rodzinką zalegliśmy na wyrku i usnęliśmy przy dźwiękach piosenek świątecznych. Za oknem -10. Idą święta! Radujmy się!

niedziela, 23 listopada 2014

Ciepły listopad

Wcale nie o to chodzi, że na Podlasiu już leży śnieg, a u nas w końcu wyszło słońce. choć fakt - miło z jego strony. Już zapomniałam, jak wygląda niebieskie niebo.

Raczej chodzi mi o to, jak wyszukać odrobinę ciepła pomimo jesieni w pełni.

Mój ciepły listopad to wizyta w stajni. Zapach siana, słońce grzejące końską sierść i ciepłe końskie oddechy na karku.




Ciepło to też moja rodzina. Ich uśmiech, przytulanie, to miłe uczucie, kiedy o nich pomyślę. Kawka z mężem, złapany kątem oka film, śmiech młodej z jakichś naszych wygłupów. Kurczę, jest fajnie :)


poniedziałek, 17 listopada 2014

A jednak!


A jednak dotarłam do stajni! Kochany ten mój mąż jest... "Jedź", powiedział. Ciemno, zimno, wiatr zarzucał samochodem, ale przecież Dacia to czołg i pogody się nie boi!

20 minut z koniem i inna ja. Kurz w nozdrzach. Zapach konia przywieziony we włosach i na ubraniu. Dreszcz na plecach, kiedy koń dmucha w szyję.

Dudnienie chrupanej przez wielki łeb marchewki. Długa, mamucia, listopadowa sierść. Na zimę przednie nogi Łosia porastają mega długimi, żółtymi włosami. Może pradziadek był shire'm...?

Przytulić się do ciepłego boku. Uwiesić na szyi. Pocałować pachnące szczęściem chrapy. Można wracać do domu. Można dalej zaklinać rzeczywistość.

niedziela, 16 listopada 2014

Na rozgrzewajkę

Nosz co za dzień! Dziecko od rana ma napady histerii z byle powodu, nie daj Boże ją próbować nakarmić kiedy nie jest głodna... Ryk nie z tej ziemi, buzia czerwona jak burak i łzy jak groch. A potem pada nieprzytomna i śpi. Coś dziś w dupkę ugryzło.

Do tego zimno, wieje, do stajni nie dotarłam - znowu - i mam wyrzuty sumienia.

Na ogrzanie atmosfery dziś eksperyment kulinarny p.t. zupa z dyni. Dostałam od teściowej słoik przecieru, to i zutylizowałam. Nawet smaczne wyszło.
Skład:
  • słoik przecieru z dyni
  • bulion warzywny
  • 4 łyżki mleka kokosowego
  • płatki migdałów
  • imbir
  • kurkuma
  • sos sojowy
  • ocet ryżowy
  • gałka muszkatołowa
  • ostra papryka
Ugotowałam bulion, dodałam dynię, zagotowałam. Doprawiłam do smaku - sos sojowy zamiast soli, octu dosłownie łyżka dla dodania odrobiny kwaskowości. Ma być słonawe i lekko pikantne. Na koniec zabieliłam mlekiem kokosowym i posypałam migdałami.

Sprofanowaliśmy to, zagryzając chlebem. po czym zgodnie uznaliśmy, że chętnie sprofanowalibyśmy jeszcze serem ;)

piątek, 7 listopada 2014

Dziecko: update

No czasem i o dziecku muszę :)

Dziecko przekroczyło magiczną granicę trzeciego miesiąca życia i faktycznie jest to czas zmian. Przestała być takim warzywkiem, a zaczęła się rozwijać w zastraszającym tempie. No oczywiście, że nie umie jeszcze czytać czy rozwiązywać sudoku (ha, JA nie umiem ich rozwiązywać...), ale robi postępy adekwatne do wieku. Gada, piszczy, śmieje się w głos, fika nogami, ssie palce i piąstki, łapie zabawki, ogląda książeczki, kocha muzykę, zwłaszcza mocną - wciąż faworytem jest Rammstein, hura! Bawi się grzechotkami i pieluchą tetrową, trzyma głowę w górze bardzo długo (jak chce, bo jak ma focha, to nie podniesie i już!), robi "pierdzioszki" buzią i produkuje bąbelki ze śliny. Jest z nią kontakt i zaczyna się robić fajna. Zdecydowanie im starsza, tym bardziej ją lubię.

I mówię to ja, anty-fanka dzieci. Jednak to prawda - własne to co innego. Cieszy i wzrusza.

Jest ciężko momentami, ale jest dobrze.






sobota, 1 listopada 2014

10/11

Przełom miesiąca. Koniec złotej jesieni. Już będzie tylko zimniej i ciemniej...

Tegoroczne Halloween na dwie raty. Wczoraj zamiast świętować, wylądowałam u lekarza z migotaniem serca. Wszystko w porządku, ale mam zwolnić, nie stresować się i żreć duuuużo magnezu z potasem. Mój wrodzony perfekcjonizm będzie musiał usunąć się w cień. To będzie trudne...

Dziecko było łaskawe zasnąć o 19, zdążyłam więc szybko wyciąć dyniowego cyklopa. Mały, skromny, ale tradycji stało się zadość i to mnie cieszy.

A dziś halloweenowy obiad - makaron w kształcie dyń i nietoperzy z pesto z dyni. Dziwaczne.
Potrzebujemy:
  • Szklankę upieczonej dyni, pokrojonej w kostkę
  • 2 paczki parmezanu tartego
  • pół paczki łuskanego słonecznika
  • 2 łyżki oliwy
  • pieprz świeżo mielony
  • sól
  • łyżeczka gałki muszkatołowej
Słonecznika prażymy na suchej patelni. Składniki blendujemy na papkę. Gotujemy makaron, w garnku mieszamy z sosem, na talerzu posypujemy jeszcze parmezanem.
Zapychające, dziwne. Ciekawy eksperyment, ale raczej nie powtórzymy.

Najważniejsze, ze cudny dzień razem. Spacer po mglistym lesie, pies wybiegany i wytarzany w jakimś paskudztwie - czeka nas kąpiel. Rozgrzewający obiad.

Mieliśmy dwa horrory do obejrzenia - oba okazały się strasznymi gniotami i obejrzeliśmy po 10 minut z każdego... Bywa.