Pani Marta zawsze mówi, że Łoś jest mądrym koniem. Że, na przykład, "nie wciska się między wódkę a zakąskę". Czyli: nie włazi w środek konfliktu. Za to ładnie konflikty w stadzie rozładowuje. Miał swego czasu nawet ksywkę okolicznościową "sołtys".
Łoś może i jest panikarz i wypłoch, ale o siebie umie zadbać. Mierzy siły na zamiary. Nie szarżuje.
Mija właśnie jego "okres ochronny" po ostatnich przejściach zdrowotnych. Okres, w którym miał się bardzo oszczędzać, kiedy trawę dawkowaliśmy mu stopniowo, kiedy miał być na diecie wyłącznie sienno-trawiastej. Pora powoli myśleć, co dalej. I tak jak dotąd Łoś godził się z losem, nie protestował, potulnie przyjmował i samotność, i krótki czas pastwiskowania, i stanie w boksie, tak w ten weekend pokazał nam dobitnie, że już pora wrócić do starego porządku. Znów jest sobą. Hardy, silny, chamski. Znów ciągnie na uwiązie, a wczoraj pod pretekstem spłoszenia uciekł mi z myjki i poleciał do koni. Zatem dzis poszedł do swoich kolegów, Pioruna i Winnera. Myślę, że się pamiętają. Dla zasady, było jedno kwiknięcie i ze dwie rundki kłusem. A potem już wsadzili paszcze w trawę.
Pacjent już wygląda nieco lepiej. Zahodował brzuch, żebra i zad zaczynają się trochę wypełniać. Widać, jakiej jakości jest trawa i siano w Kieźlinach :D.
Witaj w świecie siłaczki! Siłaczka jest nauczycielką angielskiego, niedużą ciałem, acz wielką duchem babką, która stara się wziąć byka za rogi i się nie dać :) Zapraszam do czytania, komentowania, próbowania moich smakołyków, dzielenia się spostrzeżeniami, chwalenia się, narzekania - no, co komu w duszy gra :)
niedziela, 25 września 2016
poniedziałek, 19 września 2016
Orneta
W tytule tylko nazwa miasta. Bo uważam, że jest to nazwa wyjątkowo ładna.
Kochamy nasze ulubione miasteczka, ale czasami chce się czegoś innego. Któregoś sierpniowego dnia usiadłam zatem i zaczęłam szukać, gdzie jeszcze nie byliśmy (tzn. razem, bo mąż mój oczywiście i tutaj kopał). I tak padło na Ornetę.
Położona w powiecie lidzbarskim Orneta swymi korzeniami sięga średniowiecza, a konkretnie XIV wieku. Do tej pory bardzo widać w niej ślady tych czasów, ma piękny średniowieczny ratusz, ogromny gotycki kościół.
Mnie oczarowały kamienice. Jest ich naprawdę dużo, są piękne, zdobne. Są oczywiście zniszczone, widać co i rusz takie "kawałki" domów, tam, gdzie z całego szeregu wojenną zawieruchę przeżył tylko jeden budynek.
Orneta ma przedziwną atmosferę. Jest tak jakoś... jakby czas się zatrzymał. Miasto ciche, niedzisiejsze. Na dziwnie kolorowym skwerze w cieniu kolejnego okaleczonego, "urwanego" domu, siedzą lokalni emeryci, pogrążeni w rozmowie. Pachnie dymem i starymi, zamokniętymi budynkami.
Bardzo polecam zajrzeć, jeśli będziecie w okolicy. Jest... na swój sposób egzotycznie. Jedna tylko uwaga - jeśli zgłodniejecie, to nie bardzo jest gdzie zjeść. Widzieliśmy jedną pizzerię, ale wyglądała na pustą, nie jesteśmy pewni, czy w ogóle była czynna.
Ale tak, to tylko popatrzcie!
Kochamy nasze ulubione miasteczka, ale czasami chce się czegoś innego. Któregoś sierpniowego dnia usiadłam zatem i zaczęłam szukać, gdzie jeszcze nie byliśmy (tzn. razem, bo mąż mój oczywiście i tutaj kopał). I tak padło na Ornetę.
Położona w powiecie lidzbarskim Orneta swymi korzeniami sięga średniowiecza, a konkretnie XIV wieku. Do tej pory bardzo widać w niej ślady tych czasów, ma piękny średniowieczny ratusz, ogromny gotycki kościół.
Mnie oczarowały kamienice. Jest ich naprawdę dużo, są piękne, zdobne. Są oczywiście zniszczone, widać co i rusz takie "kawałki" domów, tam, gdzie z całego szeregu wojenną zawieruchę przeżył tylko jeden budynek.
Orneta ma przedziwną atmosferę. Jest tak jakoś... jakby czas się zatrzymał. Miasto ciche, niedzisiejsze. Na dziwnie kolorowym skwerze w cieniu kolejnego okaleczonego, "urwanego" domu, siedzą lokalni emeryci, pogrążeni w rozmowie. Pachnie dymem i starymi, zamokniętymi budynkami.
Bardzo polecam zajrzeć, jeśli będziecie w okolicy. Jest... na swój sposób egzotycznie. Jedna tylko uwaga - jeśli zgłodniejecie, to nie bardzo jest gdzie zjeść. Widzieliśmy jedną pizzerię, ale wyglądała na pustą, nie jesteśmy pewni, czy w ogóle była czynna.
Ale tak, to tylko popatrzcie!
Targi Chłopskie Olsztynek 2016
Czekalim, czekalim i doczekalim! Idzie jesień, na wsiach dożynki, a i w naszym skansenie impreza. Że kochamy folklor i kochamy skanseny - wiecie. A jeszcze jak coś się dzieje - mmm!
Było gwarno, pachnąco, odpustowo. Byliśmy podekscytowani. Młoda fruwała na lewo i prawo, wszystkiego chciała dotknąć, usiłowała włazić na stragany (raz jej się nawet udało), a ja za nią. W tle przygrywali muzykanci na cymbałach lub zawodziły panie z ludowego zespołu. Pachniało bigosem i wędlinami. W alejkach odgrywano małe przedstawienia - byli przekrzykujący się Żydzi, cygańska wróżka i tajemnicze zielarki.
Powiem tak - pojechaliśmy z konkretnym planem: obkupić się kulinarnie. przezornie wzięłam kwotę x - poszła cała. Jakbym zabrała kwotę 2x, 3x - podejrzewam, że też by poszło! Wybór ogromny. Wędliny, nalewki, syropy, miody, przetwory, chleby, przyprawy... A do tego wszelkie rękodzieło, od chyba lekko paździerzowych mebelków malowanych w Minionki (!), po naprawdę ładną ceramikę, tkaniny.
Zakupiliśmy trzy słoiki genialnych pikli z ogórków, słój miodu z cynamonem (obłęd!!!) i całą siatę wędlin. Przy okazji okazało się, że nie jestem fanką dzika. Pasztet pycha, a kiełbasy nie mogę, no nie i już.
Zdjęć mało w tym roku. Dwulatek, wiecie ;)
Było gwarno, pachnąco, odpustowo. Byliśmy podekscytowani. Młoda fruwała na lewo i prawo, wszystkiego chciała dotknąć, usiłowała włazić na stragany (raz jej się nawet udało), a ja za nią. W tle przygrywali muzykanci na cymbałach lub zawodziły panie z ludowego zespołu. Pachniało bigosem i wędlinami. W alejkach odgrywano małe przedstawienia - byli przekrzykujący się Żydzi, cygańska wróżka i tajemnicze zielarki.
Powiem tak - pojechaliśmy z konkretnym planem: obkupić się kulinarnie. przezornie wzięłam kwotę x - poszła cała. Jakbym zabrała kwotę 2x, 3x - podejrzewam, że też by poszło! Wybór ogromny. Wędliny, nalewki, syropy, miody, przetwory, chleby, przyprawy... A do tego wszelkie rękodzieło, od chyba lekko paździerzowych mebelków malowanych w Minionki (!), po naprawdę ładną ceramikę, tkaniny.
Zakupiliśmy trzy słoiki genialnych pikli z ogórków, słój miodu z cynamonem (obłęd!!!) i całą siatę wędlin. Przy okazji okazało się, że nie jestem fanką dzika. Pasztet pycha, a kiełbasy nie mogę, no nie i już.
Zdjęć mało w tym roku. Dwulatek, wiecie ;)
wtorek, 6 września 2016
Bida Łoś
Jak to mówią, zwierzaka kocha się, jak jest młody i zdrowy, ale też wtedy, kiedy jest stary i chory. Jesteś na zawsze odpowiedzialny za to, co oswoiłeś.
Ostatni tydzień był dla nas bardzo ciężki. W poniedziałek rano dostałam telefon ze stajni, jakiego obawia się każdy właściciel, widząc, kto dzwoni.
"Coś złego dzieje się z Łosiem, kaszle, ma temperaturę, a z nosa i pyska leci mu ropa".
Zabrzmiało fatalnie. Szybka akcja i dużo szczęścia - weterynarz jedzie do Szczytna, będzie nas miał po drodze wracając.
Docieramy na miejsce, obraz i dźwięk dramatyczny - mój hardy zazwyczaj koń stoi jak trusia, ledwo oddychając, oczy ma przerażone i smutne, z głębi jego wielkiej głowy dobiegają odgłosy niczym ze starego rurociągu, a z nozdrzy szklankami leje się zielonkawa maź. Nogi się pode mną ugięły.
Dociera doktor Michał, słucha, mierzy temperaturę (już sam fakt, ze Łoś na to pozwala jest niepokojący - zazwyczaj kończy się to wybrykaniem termometru z pupska) - na szczęście, jest w normie. Ale nie ma dobrych wieści - co prawda płuca i oskrzela OK, ale jest kilka scenariuszy - zatkanie przełyku, poszerzenie przełyku, działalność choroby wrzodowej, może wszystko na raz. Ryzykiem jest czekać, nasza olsztyńska klinika zamyka drzwi o 13:00 i całuj klamkę, pacjencie. Kilka telefonów i decyzja o wiezieniu konia do szpitala na Służewcu. Czyli Warszawa. Opanowuję jako-tako panikę, udaje mi się załatwić transport, mąż rozlicza się z doktorem Michałem i notuje różne jego wskazówki. Łoś jak nigdy, wchodzi do koniowozu ze mną (zwykle robi to ktoś inny, ja niestety sama za bardzo się spinam i koń niechętnie za mną idzie... Przyznaję się, kiepski ze mnie koński przewodnik...) jak po sznurku. Chyba wie, ze chcemy mu pomóc.
Pojechali. Pozostaje czekać. Jestem sflaczała jak stary balonik. Po południu dzwoni mój kochany tata, który jak zawsze rzuca wszystko i ratuje swą córeczkę - odbiera konia w szpitalu, dzwoni po wstępnej diagnozie: to zatkanie przełyku. Będą zaraz odtykać. Wieczorem dzwoni, ze już po, był to nierozmięknięty wysłodek buraczany. Jak to się stało - nie dowiemy się. Koń uparcie milczy ;). Potem dzwoni i lekarz - jest dobrze, przełyk opuchnięty, ale nic poza tym, jedna maleńka nadżerka. Nazajutrz powtarzają badanie endoskopowe - jest dobrze. Nie doszło do zachłystowego zapalenia płuc. Łoś zostaje w szpitalu do niedzieli, gdzie powoli jest mu wprowadzana karma, a moja bohaterska koleżanka z dawnych lat (i właścicielka dawnego kumpla Łosia - dziś to już para starszych panów) odwiedza go ze szczotkami, miziającą ręką i uwiązem do spacerowania.
Szybka akcja numero 2 - zmiana stajni. Łoś staje się koniem specjalnej troski, wymaga ścielenia boksu trocinami, podawania tylko siana, pastwiskowania początkowo na godzinkę. I obserwacji. Niczym syn marnotrawny, wracamy do starej stajni, do Kieźlin. jak nam tu dobrze. Wszyscy znajomi, wszystko znajome. Siano genialnej jakości, czyste, suche, pachnące ziołami. Pierwszego wieczoru, Łoś pochłania cztery dokładki. Niech je, lekarz kazał do woli.
Miesiąc takiego trybu przed nami. Wybieranie kupek z trocin, wydzielanie pastwiska. Jeździmy z Młodą, która pomaga mi sprzątać boks, machając grabkami i wołając "kupa ihaha! Ble! Bawić!". koń chudy, same gnaty. Ale będzie dobrze. Twardy jest i się wyliże. Do wiosny będzie okrąglutki.
Po raz kolejny przekonałam się, że "tam jest dobrze, gdzie nas nie ma" i "trawa zawsze jest bardziej zielona po drugiej stronie". I że co Kieźliny, to Kieźliny. I ze mam ogromne szczęście do dobrych ludzi.
Ostatni tydzień był dla nas bardzo ciężki. W poniedziałek rano dostałam telefon ze stajni, jakiego obawia się każdy właściciel, widząc, kto dzwoni.
"Coś złego dzieje się z Łosiem, kaszle, ma temperaturę, a z nosa i pyska leci mu ropa".
Zabrzmiało fatalnie. Szybka akcja i dużo szczęścia - weterynarz jedzie do Szczytna, będzie nas miał po drodze wracając.
Docieramy na miejsce, obraz i dźwięk dramatyczny - mój hardy zazwyczaj koń stoi jak trusia, ledwo oddychając, oczy ma przerażone i smutne, z głębi jego wielkiej głowy dobiegają odgłosy niczym ze starego rurociągu, a z nozdrzy szklankami leje się zielonkawa maź. Nogi się pode mną ugięły.
Dociera doktor Michał, słucha, mierzy temperaturę (już sam fakt, ze Łoś na to pozwala jest niepokojący - zazwyczaj kończy się to wybrykaniem termometru z pupska) - na szczęście, jest w normie. Ale nie ma dobrych wieści - co prawda płuca i oskrzela OK, ale jest kilka scenariuszy - zatkanie przełyku, poszerzenie przełyku, działalność choroby wrzodowej, może wszystko na raz. Ryzykiem jest czekać, nasza olsztyńska klinika zamyka drzwi o 13:00 i całuj klamkę, pacjencie. Kilka telefonów i decyzja o wiezieniu konia do szpitala na Służewcu. Czyli Warszawa. Opanowuję jako-tako panikę, udaje mi się załatwić transport, mąż rozlicza się z doktorem Michałem i notuje różne jego wskazówki. Łoś jak nigdy, wchodzi do koniowozu ze mną (zwykle robi to ktoś inny, ja niestety sama za bardzo się spinam i koń niechętnie za mną idzie... Przyznaję się, kiepski ze mnie koński przewodnik...) jak po sznurku. Chyba wie, ze chcemy mu pomóc.
Pojechali. Pozostaje czekać. Jestem sflaczała jak stary balonik. Po południu dzwoni mój kochany tata, który jak zawsze rzuca wszystko i ratuje swą córeczkę - odbiera konia w szpitalu, dzwoni po wstępnej diagnozie: to zatkanie przełyku. Będą zaraz odtykać. Wieczorem dzwoni, ze już po, był to nierozmięknięty wysłodek buraczany. Jak to się stało - nie dowiemy się. Koń uparcie milczy ;). Potem dzwoni i lekarz - jest dobrze, przełyk opuchnięty, ale nic poza tym, jedna maleńka nadżerka. Nazajutrz powtarzają badanie endoskopowe - jest dobrze. Nie doszło do zachłystowego zapalenia płuc. Łoś zostaje w szpitalu do niedzieli, gdzie powoli jest mu wprowadzana karma, a moja bohaterska koleżanka z dawnych lat (i właścicielka dawnego kumpla Łosia - dziś to już para starszych panów) odwiedza go ze szczotkami, miziającą ręką i uwiązem do spacerowania.
Szybka akcja numero 2 - zmiana stajni. Łoś staje się koniem specjalnej troski, wymaga ścielenia boksu trocinami, podawania tylko siana, pastwiskowania początkowo na godzinkę. I obserwacji. Niczym syn marnotrawny, wracamy do starej stajni, do Kieźlin. jak nam tu dobrze. Wszyscy znajomi, wszystko znajome. Siano genialnej jakości, czyste, suche, pachnące ziołami. Pierwszego wieczoru, Łoś pochłania cztery dokładki. Niech je, lekarz kazał do woli.
Miesiąc takiego trybu przed nami. Wybieranie kupek z trocin, wydzielanie pastwiska. Jeździmy z Młodą, która pomaga mi sprzątać boks, machając grabkami i wołając "kupa ihaha! Ble! Bawić!". koń chudy, same gnaty. Ale będzie dobrze. Twardy jest i się wyliże. Do wiosny będzie okrąglutki.
Po raz kolejny przekonałam się, że "tam jest dobrze, gdzie nas nie ma" i "trawa zawsze jest bardziej zielona po drugiej stronie". I że co Kieźliny, to Kieźliny. I ze mam ogromne szczęście do dobrych ludzi.
środa, 10 sierpnia 2016
Za co kochamy Suwalszczyznę
Jak jest się bida małżeństwem, to wakacje muszą być nie za długie, nie za drogie i bez przesady ;) Co nie oznacza, że nie mogą być cudowne i nie można z nich wycisnąć do ostatniej kropli. Takie właśnie są te nasze.
W tym roku znów poniosło nas na Suwalszczyznę. Cóż poradzić, kiedy nachodzi człowieka tęsknota za przestrzenią, spokojem, dzikością i... kartaczami?
Niby mieszkamy na Warmii i mamy w bród lasów, jezior, przyrody, pagórków, zachodów słońca, pięknych starych domów itepe. No. Niby. Ale TAM wszystko jest... jeszcze bardziej. Lasy potężniejsze, wody jeziora bardziej zielone, pagórki i zachody bardziej malownicze. A domy zupełnie inne i więcej jest tych zachwycających starych. Nie z cegły, a z drewna. A, jak wiecie, drewniane domy od pewnego czasu stały się nam bliższe jakoś tak ;).
Kochamy te pustkowia. Idziesz, dumasz, kontemplujesz. Pies biega, patrzy i też po swojemu kontempluje. Tym razem udało nam się trafić w naprawdę fajne miejsce - gospodarstwo Staszkowa Zagroda we wsi Jabłońskie. wieś zadupiasta zupełnie, nawet sklepu nie uświadczysz, za to las o rzut beretem. Samo siedlisko urokliwe, zakwaterowanie w mieszkaniach dwupoziomowych mieszczacych się chyba w zaadaptowanych dawnych budynkach gospodarczych. Do tego trawa, staw rybny, sad, plac zabaw - dla każdego coś dobrego.
Najbliższym w miarę rozsądnym miasteczkiem są Raczki. Są tam sklepy i poczta, ryneczek, mieszanka wybuchowa stylów, od maleńkich, drewnianych domeńków, w których wzruszyły mnie nazwiska mieszkańców napisane nad numerami domów, po straszne komunistyczne klocki. Wyremontowana biblioteka, a za jej plecami martwy pawilon, zapewne były dom towarowy. A pod wszystkim ochoczo płynie Rospuda. To tu trzy lata temu nasz pies doznał szoku. Rzeka, w której płynął, a nie płynął. A jak nie płynął, to płynął. Tak ją nurt zaskoczył :D.
Jeśli pragniecie odrobinę więcej cywilizacji i turystyki - to kierunek Augustów. A na serio - polecam godziny poranne w szary dzień. Można cieszyć się brakiem tłumów. Augustów to typowy kurort, z masą ludzi, masą pamiątek (choć nie z masą kawiarni, co by nie było takie głupie...), masą naganiaczy ("zapraszam na rejs gondolą/ katamaranem/ łodzią Jaćwingów, piesek oczywiście płynie ZA DARMO!"). Ale ma swój urok, boczne uliczki całkiem klimatyczne, a Kanał ma moc przyciągania - pies ponownie "niechcący zupełnie" skąpał się. Dwa razy. Niechcący.
Albo kierunek Suwałki.
Lubię Suwałki. Anty-Księcia irytuje ich niskopienność, a dla mnie to urocze. Jedzie się wśród góra dwupiętrowych budynków i czuje się przestrzeń. Widzi się niebo. Mnie to odpowiada.
Suwałki są ładne. Zadbane. Co jesteśmy, to widać, ze się rozwijają i zmieniają. Jest gdzie usiąść, gdzie zjeść. Na rynku bujawki dla najmłodszych, pomnik Konopnickiej z ławeczką recytującą "Rotę" i skaczące fontanny. Latorośl nasza lansowała się w okularach przeciwsłonecznych, gibała się na sprężynach, pożarła lody o smaku banana z miodem. Światowa dziewczyna się robi.
Tym razem udało nam się też zobaczyć wreszcie coś nowego. Za podpowiedzią mini przewodnika znalezionego w pokoju, wyruszyliśmy do Puńska, reklamującego się jako "mała Litwa". Fakt - jest to tuż przy granicy, mieszkańcy są dwujęzyczni, tak samo jak większość napisów.
Na pierwszy rzut oka, Puńsk jest... taki nijaki. Ot, miasteczko. Małe, ciche, nudne, zabudowa nieciekawa, szaro. Ale trzeba umieć poszukać.
Zaczęliśmy od kościoła. Ja się nie znam, ale cytując mego męża, niedoszłego archeologa - "typowy kościół barokowy, choć nie przesadnie zdobny, za to niespotykanie duży, jak na tak niewielkie miasteczko". No, także tego. Choć faktycznie, kształtem przypomina ten ze Świętej Lipki. Tylko szary taki, ponury... Za to w środku ładny. Ponoć bardzo ładny jest ołtarz - ja nie wiem, zbyt zajęta byłam pilnowaniem dziecięcia, które próbowało dostać się do "lali" - figurki Matki Boskiej w błyszczącym różańcu. Nosz, sroka mała jedna... Ale moją uwagę przykuły chorągwie. Mnóstwo chorągwi, z polskimi i litewskimi napisami. Gąszcz chorągwi.
Zaraz koło kościoła, znajdziecie muzeum etnograficzne. Jest to stara plebania, zatem jeden niewielki budynek. Ale jest urocze, urokliwe, klimatyczne. Przedsionek i pięć pokoi, w tym jeden służący jako sklepik. Można zobaczyć szaty księdza, zbiór szarf (?) wyeksponowany pod sufitem, meble, sprzęt używany do obróbki lnu. Kolekcję krajek - zapasek do kobiecych spódnic. Wiedziałam, co to krajka, ale nie wiedziałam, że każdy wzór coś oznaczał. Każdy przekazywał życzenia składane obdarowanej niewieście - wzór róży - życzenie miłości, wzór gwiazdy - szczęścia. W innym pokoju imponujące prace konkursowe - pisanki, słomiane pająki pod sufitem, rzeźby, wycinanki w oknach. Wykonane tak, że szczęka opada. Że też ludzka ręka zdolna jest do takiej precyzji, takiej perfekcji...
W Puńsku jest też skansen. No, skansenik. Kilka chat na krzyż. Ale zacny i tak.
Warto dodać, ze wstęp do obu miejsc jest bardzo tani, odpowiednio 5 i 4 złote od osoby. Tym bardziej - warto!
Koło skansenu znajduje się zajazd i jeśli zgłodniejecie, to śmiało się tam stołujcie. Jedzenie pyszne, świeże, oczywiście sugeruję pominięcie schabowego, a zainteresowanie się kuchnią regionalną. Mąż mój skusił się na barszcz z pieczonymi pierogami (świetnymi) oraz domową białą kiełbasę (świetną), ja zaś, jako zdeklarowana fanka chłodnika (nawrócona dwa lata temu właśnie na Suwalszczyźnie) - chłodnik (ciekawy, bardzo kwaśny, szczypiący w język, z dużymi kawałkami warzyw) oraz czenaki (danie jednogarnkowe, z kiszonej kapusty, mięsa, marchwi i ziemniaków, na ciepło, podanych pod pierzynką z kwaśniej śmietany. Mniam!
No tak. Bo my jak zwykle podróżujemy kulinarnie. I zawsze wracamy do Bryzgla, do baru Wigraszek. Koniecznie, drodzy Czytacze! Koniecznie!
Najlepszy chłodnik (na 3 obiady tam, zaliczony trzy razy), cudowne kartacze. Soczewiaki (ziemniaczane racuchy z farszem z soczewicy), bliny (placki ziemniaczane z farszem mięsnym) oraz pielmieni (pierogi z mięsem) - również polecamy. My wszyscy, bo Kalina aż była różowa od chłeptania chłodnika, a pierogi połykała wielkimi kawałami.
A jak Bryzgiel, to i ulubiona traska spacerowa nad jeziorem Mulaczysko.
Podsumowując więc - jak tu nie kochać? Ciszy, spokoju, pewnej takiej dzikości, widoków, zapachu jaki niesie wiatr, lokalnego folkloru, śpiewnie zaciągających rozmówców, nieba na talerzu...?
W tym roku znów poniosło nas na Suwalszczyznę. Cóż poradzić, kiedy nachodzi człowieka tęsknota za przestrzenią, spokojem, dzikością i... kartaczami?
Niby mieszkamy na Warmii i mamy w bród lasów, jezior, przyrody, pagórków, zachodów słońca, pięknych starych domów itepe. No. Niby. Ale TAM wszystko jest... jeszcze bardziej. Lasy potężniejsze, wody jeziora bardziej zielone, pagórki i zachody bardziej malownicze. A domy zupełnie inne i więcej jest tych zachwycających starych. Nie z cegły, a z drewna. A, jak wiecie, drewniane domy od pewnego czasu stały się nam bliższe jakoś tak ;).
Kochamy te pustkowia. Idziesz, dumasz, kontemplujesz. Pies biega, patrzy i też po swojemu kontempluje. Tym razem udało nam się trafić w naprawdę fajne miejsce - gospodarstwo Staszkowa Zagroda we wsi Jabłońskie. wieś zadupiasta zupełnie, nawet sklepu nie uświadczysz, za to las o rzut beretem. Samo siedlisko urokliwe, zakwaterowanie w mieszkaniach dwupoziomowych mieszczacych się chyba w zaadaptowanych dawnych budynkach gospodarczych. Do tego trawa, staw rybny, sad, plac zabaw - dla każdego coś dobrego.
Najbliższym w miarę rozsądnym miasteczkiem są Raczki. Są tam sklepy i poczta, ryneczek, mieszanka wybuchowa stylów, od maleńkich, drewnianych domeńków, w których wzruszyły mnie nazwiska mieszkańców napisane nad numerami domów, po straszne komunistyczne klocki. Wyremontowana biblioteka, a za jej plecami martwy pawilon, zapewne były dom towarowy. A pod wszystkim ochoczo płynie Rospuda. To tu trzy lata temu nasz pies doznał szoku. Rzeka, w której płynął, a nie płynął. A jak nie płynął, to płynął. Tak ją nurt zaskoczył :D.
Jeśli pragniecie odrobinę więcej cywilizacji i turystyki - to kierunek Augustów. A na serio - polecam godziny poranne w szary dzień. Można cieszyć się brakiem tłumów. Augustów to typowy kurort, z masą ludzi, masą pamiątek (choć nie z masą kawiarni, co by nie było takie głupie...), masą naganiaczy ("zapraszam na rejs gondolą/ katamaranem/ łodzią Jaćwingów, piesek oczywiście płynie ZA DARMO!"). Ale ma swój urok, boczne uliczki całkiem klimatyczne, a Kanał ma moc przyciągania - pies ponownie "niechcący zupełnie" skąpał się. Dwa razy. Niechcący.
Albo kierunek Suwałki.
Lubię Suwałki. Anty-Księcia irytuje ich niskopienność, a dla mnie to urocze. Jedzie się wśród góra dwupiętrowych budynków i czuje się przestrzeń. Widzi się niebo. Mnie to odpowiada.
Suwałki są ładne. Zadbane. Co jesteśmy, to widać, ze się rozwijają i zmieniają. Jest gdzie usiąść, gdzie zjeść. Na rynku bujawki dla najmłodszych, pomnik Konopnickiej z ławeczką recytującą "Rotę" i skaczące fontanny. Latorośl nasza lansowała się w okularach przeciwsłonecznych, gibała się na sprężynach, pożarła lody o smaku banana z miodem. Światowa dziewczyna się robi.
Tym razem udało nam się też zobaczyć wreszcie coś nowego. Za podpowiedzią mini przewodnika znalezionego w pokoju, wyruszyliśmy do Puńska, reklamującego się jako "mała Litwa". Fakt - jest to tuż przy granicy, mieszkańcy są dwujęzyczni, tak samo jak większość napisów.
Na pierwszy rzut oka, Puńsk jest... taki nijaki. Ot, miasteczko. Małe, ciche, nudne, zabudowa nieciekawa, szaro. Ale trzeba umieć poszukać.
Zaczęliśmy od kościoła. Ja się nie znam, ale cytując mego męża, niedoszłego archeologa - "typowy kościół barokowy, choć nie przesadnie zdobny, za to niespotykanie duży, jak na tak niewielkie miasteczko". No, także tego. Choć faktycznie, kształtem przypomina ten ze Świętej Lipki. Tylko szary taki, ponury... Za to w środku ładny. Ponoć bardzo ładny jest ołtarz - ja nie wiem, zbyt zajęta byłam pilnowaniem dziecięcia, które próbowało dostać się do "lali" - figurki Matki Boskiej w błyszczącym różańcu. Nosz, sroka mała jedna... Ale moją uwagę przykuły chorągwie. Mnóstwo chorągwi, z polskimi i litewskimi napisami. Gąszcz chorągwi.
Zaraz koło kościoła, znajdziecie muzeum etnograficzne. Jest to stara plebania, zatem jeden niewielki budynek. Ale jest urocze, urokliwe, klimatyczne. Przedsionek i pięć pokoi, w tym jeden służący jako sklepik. Można zobaczyć szaty księdza, zbiór szarf (?) wyeksponowany pod sufitem, meble, sprzęt używany do obróbki lnu. Kolekcję krajek - zapasek do kobiecych spódnic. Wiedziałam, co to krajka, ale nie wiedziałam, że każdy wzór coś oznaczał. Każdy przekazywał życzenia składane obdarowanej niewieście - wzór róży - życzenie miłości, wzór gwiazdy - szczęścia. W innym pokoju imponujące prace konkursowe - pisanki, słomiane pająki pod sufitem, rzeźby, wycinanki w oknach. Wykonane tak, że szczęka opada. Że też ludzka ręka zdolna jest do takiej precyzji, takiej perfekcji...
W Puńsku jest też skansen. No, skansenik. Kilka chat na krzyż. Ale zacny i tak.
Warto dodać, ze wstęp do obu miejsc jest bardzo tani, odpowiednio 5 i 4 złote od osoby. Tym bardziej - warto!
Koło skansenu znajduje się zajazd i jeśli zgłodniejecie, to śmiało się tam stołujcie. Jedzenie pyszne, świeże, oczywiście sugeruję pominięcie schabowego, a zainteresowanie się kuchnią regionalną. Mąż mój skusił się na barszcz z pieczonymi pierogami (świetnymi) oraz domową białą kiełbasę (świetną), ja zaś, jako zdeklarowana fanka chłodnika (nawrócona dwa lata temu właśnie na Suwalszczyźnie) - chłodnik (ciekawy, bardzo kwaśny, szczypiący w język, z dużymi kawałkami warzyw) oraz czenaki (danie jednogarnkowe, z kiszonej kapusty, mięsa, marchwi i ziemniaków, na ciepło, podanych pod pierzynką z kwaśniej śmietany. Mniam!
No tak. Bo my jak zwykle podróżujemy kulinarnie. I zawsze wracamy do Bryzgla, do baru Wigraszek. Koniecznie, drodzy Czytacze! Koniecznie!
Najlepszy chłodnik (na 3 obiady tam, zaliczony trzy razy), cudowne kartacze. Soczewiaki (ziemniaczane racuchy z farszem z soczewicy), bliny (placki ziemniaczane z farszem mięsnym) oraz pielmieni (pierogi z mięsem) - również polecamy. My wszyscy, bo Kalina aż była różowa od chłeptania chłodnika, a pierogi połykała wielkimi kawałami.
A jak Bryzgiel, to i ulubiona traska spacerowa nad jeziorem Mulaczysko.
Podsumowując więc - jak tu nie kochać? Ciszy, spokoju, pewnej takiej dzikości, widoków, zapachu jaki niesie wiatr, lokalnego folkloru, śpiewnie zaciągających rozmówców, nieba na talerzu...?
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















































